Niemiecka lustracja a sprawa polska. Wtedy, 25 lat temu, przegraliśmy. Czy przegramy i dziś…?

IPN.gov.pl
IPN.gov.pl

Trudno to zapomnieć. Trudno zapomnieć bezpowrotnie zaprzepaszczoną szansę. Pamiętam jak dziś gromy, jakie krótko po upadku(?) komunizmu w naszym kraju sypały się pod moim adresem za domaganie się wiwisekcji życiorysów osób pełniących funkcje publiczne w naszym kraju i rozliczenia ich za niechlubną przeszłość. Za utrwalanie i zdradliwą obronę nieludzkiego systemu, za śmierć wielu ludzi, za ludzkie dramaty…

Pamiętam jak dziś przebieg zorganizowanej przeze mnie w latach dziewięćdziesiątych wizyty w Polsce Joachima Gaucka, wówczas głównego lustratora w zjednoczonych Niemczech - rozmowę, którą przeprowadzałem z nim w studiu telewizyjnej „Panoramy” i jego referat na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie „adwokaci” sprawców zza biurek usiłowali tłumaczyć rzekomo wyjątkową sytuację Polski, wychwalali „porozumienie” zawarte przy okrągłym stole, akcentując przy tym fałszywą troskę o „zgodę narodową”…

Niemiecki sposób rozrachunku z przeszłością i dekomunizacja była dla ówczesnych decydentów w Polsce nie do przyjęcia. Po serii moich krytycznych publikacji na ten temat kontaktowali się ze mną różni spadkobiercy byłego reżimu i protagoniści owego „porozumienia” z tzw. opozycji solidarnościowej, aspirujący do miana polityków. W większości były to próby przekonania mnie, że „polski wybór” był słuszny. Czyj „wybór” i jak „słuszny”, tego dowodzi ten fakt, że po 25 latach znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.

Utrwalaczom tzw. władzy ludowej, generałom Wojciechowi Jaruzelskiemu i Czesławowi Kiszczakowi włos nie spadł z głowy i, w przeciwieństwie do ich wielu ofiar, dożyli spokojnie swoich dni. Dziś, ironią losu, głównym lustratorem (z własnej woli, czy też nie), stał się zbrodniarz komunistyczny, były minister spraw wewnętrznych, współodpowiedzialny za przygotowanie i wprowadzenie stanu wojennego w 1981, główny koordynator walki z „przeciwnikami ustroju”, potem prezes Rady Ministrów PRL i pookrągłostołowy wicepremier Kiszczak właśnie, który przechowywał w swym domu na wiadomy tylko jemu użytek kompromitujące dokumenty, w tym dotyczące „ikony” Solidarności, Lecha Wałęsy. Co jest w tych dokumentach i ile ich przechowywanych jest w prywatnych domach byłych komunistycznych notabli i bezpieki?, tego nie wiadomo, i nie wiadomo, czy będzie wiadomo.

Pewne jest tylko to, że za grzech zaniechania rozliczenia za zbrodnie i szubrawstwa z niemal półwiecza panowania reżimu komunistycznego w Polsce płacimy wszyscy do dziś. W Niemczech, bo ich przykładem chce się posłużyć, uchwalenie ustawy lustracyjnej nie przyszło łatwo. „Nie może wypowiedź byle szpicla łamać ludzkich życiorysów”, protestował tuż po zjednoczeniu RFNNRD szef frakcji chadeków współrządzących partii CDU/CSU Bertram Wieczorek. Także kanclerz Helmut Kohl nie chciał, by „zbrodnie reżimu komunistycznego truły klimat jednoczenia kraju” i wzywał do „zaniechania polowania na czarownice”. Ostatecznie jednak posłowie Bundestagu zdecydowali się na rozliczenia z przeszłością i powołanie w Berlinie Urzędu ds. Dokumentacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa (MfS) byłej NRD. Tę nową placówkę wkrótce zasypała lawina podań pracodawców i zwykłych obywateli o wgląd do akt. O skali tego rozrachunku świadczy fakt, że po dziesięciu latach jej istnienia co miesiąc wpływało jeszcze po kilkanaście tysięcy takich wniosków.

Pod lupą enerdowskiej bezpieki (STASI), znajdowały się zarówno znane i wpływowe postaci jak i przeciętni Niemcy, we wszystkich środowiskach bez wyjątku. „Ja, Torst Gütschow, urodzony 28.07.1962 roku w Görlitz, zobowiązuję się dobrowolnie do współpracy na rzecz obrony kraju przed atakami na nasz socjalistyczny ruch sportowy”, deklarował… bramkarz Dynama-Drezno. Wśród opisanych przez tego nieoficjalnego współpracownika (IM) kolegów z drużyny znalazł się szef jego klubu Wolf Ziegenbalg, który „dysponował zachodnią walutą, nosił odzież z intershopów i miał video”… Dla STASI szpiclował też brat Torsta, Uwe Gütschow. Rodzeństwo donosicieli nie spotkała kara, „z uwagi na niewielką szkodliwość społeczną czynu”. Jak komentował pełnomocnik do spraw archiwaliów byłej NRD, obecnie prezydent RFN Joachim Gauck, „małe świnie muszą same ze sobą dojść do ładu”. Tylko w Berlinie w roli „małych świń” występowało np. aż 80 tys. dozorców, składających STASI raporty o lokatorach i ich gościach. Do odpowiedzialności pociągnięci zostali jedynie ci, których donosy spowodowały ludzkie dramaty. Stefan Schalinski dowiedział się ze swego dossier, dlaczego będąc już dorosłym „musiał stać na drabinie i zakładać kable”. Gdy miał 14 lat zabrano go na przesłuchanie wprost ze szkolnego podwórka za to, że nosił na tornistrze nalepkę z napisem: „Miecze na lemiesze”. Donos złożył dyrektor szkoły. Później dla Schalinskiego nie było miejsca na elektronice, choć miał celujące oceny…

Ciąg dalszy na następnej stronie.

12
następna strona »

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...