Czekać na kolejne zamachy i powoli upuszczać ISIS krew, czy maszerować pod Dabiq? Jak zwalczać tych, którzy pragną apokalipsy?

fot.PAP/EPA
fot.PAP/EPA

Natychmiast uderzyć na Kalifat! – niesie się po polskim prawicowym internecie. Nie tylko po nim. Paryska zbrodnia prowokuje. A ISIS jest czymś tak barbarzyńskim, tak agresywnym, przerażającym, i tak samym swoim istnieniem wyzywającym dla Zachodu, że zarówno emocje, jak i intelekt skłaniają do zastanawiania się, jak by jak najszybciej zlikwidować tę czarną plamę siłą zbrojną.

Te emocje i to dążenie są zrozumiałe. Ale… czy na pewno wiemy, co chcemy likwidować? I co może stać się potem? Zachód, jak okazuje się po lekturze niezwykle ciekawego artykułu Graeme Wood w „The Atlantic”, nie bardzo wie. Wood badał Kalifat niezwykle wnikliwie. Poznał na wylot jego produkcję propagandową, ale rozmawiał też z wieloma zwolennikami Państwa Islamskiego, dotarł również do bardzo bliskich jego twórcom radykalnych myślicieli muzułmańskich, intelektualistów żyjących (często w warunkach przypominających łagodny areszt domowy czy sytuację osoby objętej nadzorem policji) na Zachodzie. I doszedł do bardzo ciekawych wniosków.

Świnia pokryta kałem

A więc po pierwsze – nie jest prawdą, jakoby (jak utrzymują rozmaici przeciwnicy zaostrzania relacji z muzułmanami) Państwo Islamskie było w rzeczywistości „antyislamskie”, sprzeczne z doktryną tej religii. Jest odwrotnie. Wprawdzie istotnie bardzo wielu muzułmanów na całym świecie nie popiera ISIS, ale na gruncie islamskich świętych tekstów da się logicznie obronić tezę, że są to muzułmanie – hipokryci, nie traktujący swojej wiary poważnie. Wood cytuje Bernarda Haykela z uniwersytetu Princeton, jednego z najwybitniejszych analityków mahometańskiego fundamentalizmu, według którego „muzułmanie, którzy określają Państwo Islamskie jako antyislamskie, zaniedbują historyczne i prawne wymagania swojej wiary; są wycofani, zakompleksieni i politycznie poprawni, mają cukierkowaty pogląd na własną religię”.

ISIS jest islamskie, bardzo islamskie – pisze Wood. „Jego najbardziej gorliwi zwolennicy wywodzą się ze środowisk pryncypialnych i uczonych interpretatorów islamu”.

Co ciekawe, tezę o tym jakoby ISIS było w rzeczywistości „antyislamskie” głosi publicznie z uporem prezydent Obama. Dla islamistów jest to w sposób niezrozumiały dla reszty świata szczególnie oburzające, a zarazem ma dla nich – również niezrozumiały dla reszty świata – wydźwięk komiczny. Dlaczego? Dlatego że ojciec prezydenta był (przynajmniej formalnie) muzułmaninem. Z punktu widzenia doktryny islamskiej Obama porzucił więc wiarę ojca. Jest więc niemal odstępcą (niemal, bo formalnie muzułmaninem nie zdążył zostać). A odstępca jest kimś gorszym niż niewierny, który nigdy nie miał żadnej relacji z wiarą Mahometa. Więc jeśli taki człowiek zaczyna wyrokować, co jest albo co nie jest naprawdę islamskie, to wzbudza to oburzenie. I jest przy tym komiczny. Bowiem, jak mówi jeden z cytowanych przez Wooda islamistycznych tweedów, jest „jak świnia pokryta kałem, radząca innym, jak utrzymać higienę”.

Oni chcą apokalipsy

Po drugie zaś – doktryna religijno-państwowa Kalifatu, wywiedziona przez jego twórców ze świętych muzułmańskich tekstów, jest (dla nas, ludzi Zachodu) wielce specyficzna. Ale jest traktowana niezwykle serio, i dlatego I zachodni przywódcy powinni ją poznać, zanim podejmą strategiczną decyzję o sposobach walki ze ISIS.

Ostatnie zamachy w Paryżu niektórzy obserwatorzy komentowali jako przejaw tego, że Państwo Islamskie… przegrywa. Przegrywa, bo poniosło ostatnio parę taktycznych porażek w Syrii, więc „rzutem na taśmę” chce udowodnić, że jednak jest potęgą.

To rozumowanie jest fałszywe. Porażki Kalifatu są na razie, jak już napisałem powyżej, jedynie skali taktycznej; na pewno nie takiej, która uzasadniałaby popadnięcie w desperację i psychologiczno-polityczny kryzys. Ale znacznie ważniejsze jest coś innego. Otóż takie zamachy można rozpatrywać jako najlepszy środek do sprowokowania lądowej interwencji Zachodu przeciw ISIS. A taka interwencja to jest dokładnie to, czego ideolodzy i przywódcy Daeszu (tym arabskim skrótem coraz częściej określa się Państwo Islamskie) pragną. Dlaczego? Dlatego, że Kalifat nie jest zwykłym państwem, i jego cele nie są takie, jakie mają zwykłe, nawet najbardziej agresywne, najbardziej barbarzyńskie i najbardziej dyktatorskie, państwa. Otóż ci, którzy stworzyli Daesz, kierują jego polityką i określają jego doktrynę, to wyznawcy nadchodzącej apokalipsy. To grupa millenarystyczna - sekta, czekająca na nadchodzący i jej zdaniem bliski koniec świata. Ten koniec oznacza ich zdaniem ostateczny tryumf islamu – ale przedtem wiele musi się stać. Co takiego konkretnie? Między innymi właśnie zachodnia inwazja.

Fundamentalistyczni teolodzy oraz badacze islamskiego radykalizmu powiedzieli Woodowi, że już w ostatnich latach amerykańskiej okupacji Iraku późniejsi założyciele Państwa Islamskiego widzieli wszędzie znaki, w ich interpretacji oznaczające bardzo rychłe nadejścia końca świata. Dziś przypominają, że zgodnie z przepowiedniami, zawartymi w islamskiej tradycji armia Rzymu (w czasach Mahometa chodziło tu o wschodnie cesarstwo rzymskie, czyli Bizancjum, dziś fundamentaliści widzą pod tym pojęciem cały Zachód) zetrą się z armią islamu właśnie w północnej Syrii.

Czekają w Dabiq

Daesz przywiązuje wielką wagę do syryjskiego miasta Dabiq w pobliżu Aleppo. To mały i strategicznie mało istotny ośrodek, który jednak ISIS zdecydowało się zdobyć kosztem absolutnie niewspółmiernym do jakkolwiek mierzonego ziemskiego znaczenia tego miasta. Po jego zajęciu propagandowe pismo ISIS zostało nazwane właśnie „Dabiq”. „Albowiem Prorok rzekł, że to właśnie tutaj armie Rzymu rozbiją obóz, a armie islamu zwyciężą w bitwie. Dabiq będzie dla Rzymu jak Waterloo”.

Pismo to cytuje Musę al Zarqawiego, niegdyś przywódcę al-Kaidy w Iraku, który zginął w 2006 roku: „iskra zabłysła tutaj w Iraku, a ogień będzie rozprzestrzeniać się, aż w Dabiq spali uczestników krucjaty”. ISIS tworzy wideoklipy o tej nadciągającej batalii.

„Skoro zajęto już Dabiq, Daesz oczekuje nadejścia wrogiej armii, której porażka rozpocznie apokalipsę” – pisze Wood. „Oto tutaj jesteśmy, grzebiemy pierwszego amerykańskiego krzyżowca w Dabiq, czekamy na przybycie waszej armii!” - mówił zamaskowany kat na filmie z listopada 2014 r., pokazując ściętą głowę Petera Kassiga, pracownika instytucji humanitarnych, który ponad rok trzymany był w niewoli. Podczas grudniowych walk w Iraku, po tym jak mudżahedini ogłosili, że w akcji widziano amerykańskich żołnierzy, twitterowe konto Państwa Islamskiego eksplodowało radością”.

Po zwycięskiej bitwie pod Dabiq kalifat rozszerzy się i zdobędzie Stambuł. Wtedy jednak ze wschodu przyjdzie postać, którą można porównać do chrześcijańskiego Antychrysta – Dajjal. Będzie już bliski ostatecznego zwycięstwa nad Siłami Dobra, kiedy na ziemię wróci Jezus (pamiętajmy – po Mahomecie najważniejszy prorok islamu). Przebije włócznią Dajjala i poprowadzi muzułmanów do ostatecznego zwycięstwa.

W myśl tej doktryny żadna porażka Państwa Islamskiego nie ma jakiegokolwiek znaczenia, jest bowiem wolą Allacha, że niemal wszyscy walczący po jego stronie zostaną zabici tuż przed ostatecznym zwycięstwem. Daesz ma więc przed sobą – wierzą jego liderzy – zarazem najlepsze i najgorsze dni.

Nasz racjonalizm nie dopuszcza takiej myśli, ale jeśli uznać, że liderzy Kalifatu naprawdę w to wszystko wierzą – a Wood i jego dobrze poinformowani rozmówcy są o tym całkowicie przekonani – to wypada dopuścić myśl, że oni po prostu naprawdę chcą lądowej, zachodniej inwazji…

Niewolnictwo. Tak po prostu.

Bo Daesz nie jest dziełem hipokrytów ani polityków, niechby najbardziej radykalnych. To dzieło najbardziej skrajnych fanatyków religijnych, w co nie chce uwierzyć wielu zachodnich racjonalistów. Ze wszystkich sił pragną oni przekonać śwait, że dżihadyści to tak naprawdę grupa nowoczesnych i świeckich ludzi (byli oficerowie służb Hussajna? Agenci Rosji? Agenci USA? – można wymienić wiele spiskowych teorii), których polityczne poglądy są tak naprawdę zupełnie współczesne, a religijny fanatyzm i odwoływanie się do muzułmańskiego Średniowiecza to tylko maska, sztafaż, środek propagandowy.

Prawda jest jednak inna. Ta grupa naprawdę chce – i realizuje – powrót do prawnych regulacji z VII wieku, i oczekuje nadejścia rychłej apokalipsy. Świadczy o tym, według Wooda, „każda poważna decyzja i prawo, ogłoszone przez Kalifat”.

Uderza to w ludzi Zachodu i bliskowschodnich innowierców, ale również w innych muzułmanów. Tradycyjnie apostazja, za którą w islamie karze się śmiercią, to odejście od wiary. Ale założyciele Państwa Islamskiego uznali, że apostatą można ogłosić muzułmanina za wiele innych czynów. Może to być sprzedaż alkoholu czy narkotyków, zachodnie ubranie, zgolenie brody czy… głosowanie w wyborach, nawet jeżeli kandydat jest muzułmaninem.

Daesz uważa za herezję i, odstępstwo od wiary szyityzm. Znaczy to, że około 200 milionów szyitów (w Iranie i w świecie arabskim) potencjalnie jest skazanych na śmierć. Bo, jak pisze Wood,

Państwo Islamskie zobowiązało się do oczyszczenia świata przez zamordowanie znacznej liczby ludzi.

Brak obiektywnych raportów z jego obszaru zajętego przez Daesz utrudnia zgromadzenie precyzyjnych danych, lecz media społecznościowe z tamtych regionów sugerują, że indywidualne egzekucje odbywają się ciągle, zaś masowe - co kilka tygodni. Ofiarami są zazwyczaj muzułmanie, uznani za apostatów. Chrześcijanie są (chwilowo) wyłączani z procesu masowej eksterminacji (co nie znaczy, by nie bywali mordowani indywidualnie, na mniejszą skalę), gdyż nie przeciwstawiają się nowemu rządowi. „Kalif” Baghdadi obiecuje darować im życie pod warunkiem, że będą płacić specjalny podatek, tzw. jizyai, jako znak poddaństwa.

Opis takiego podatku można znaleźć w dziewiątym rozdziale Koranu, który nakazuje muzułmanom walczyć z chrześcijanami i Żydami, aż będą płacić jizya z gorliwą uległością i poczują się gorszymi. Liderzy Kalifatu żarliwie wprowadzają w życie reguły, wymyślone przez Mahometa i odnawiają tradycje, zapomniane setki lat temu. Zdumiewająca jest nie tylko dosłowność, z jaką je traktują, ale też powaga, przywiązywana do interpretowania tych tekstów - mówi Bernard Haykel z Princeton. „Jest w tym rodzaj pracowitości, której muzułmanie normalnie nie przejawiają”.

cd na następnej stronie

12
następna strona »

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...