Węgierski ekspert: Sojusz środkowoeuropejski to ratunek dla naszych krajów. NASZ WYWIAD

European People's Party/flickr.com/CC/Wikimedia Commons
European People's Party/flickr.com/CC/Wikimedia Commons

8-9 października w Balatonüred na Węgrzech spotykają się prezydenci państw Grupy Wyszhradzkiej (V4), by omawiać aktualną sytuację międzynarodową. Głównymi tematami będą np. takie sprawy, jak napływ imigrantów czy Nord Stream II. Po raz pierwszy w takim szczycie weźmie udział prezydent Andrzej Duda.

Zachód oficjalnie pochwala regionalne związki i inicjatywy, ale w rzeczywistości stara się je storpedować, ponieważ woli manipulować naszymi krajami pojedynczo, zgodnie z rzymską zasadą „dziel i rządź”. Z Attilą Szalaiem, ekspertem Inytytutu Badań i Archiwum Transformacji Ustrojowej w Budapeszcie, byłym dyplomatą węgierskim, rozmawia Grzegorz Górny.

(Grzegorz Górny, wPolityce.pl): Jak na Węgrzech odebrano zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich? Jakie były komentarze w mediach?

Attila Szalai: Oczywiście wypowiadam się wyłącznie we własnym imieniu. Odbiór był zadziwiająco spokojny. Ani entuzjazm, ani niechęć, raczej zdziwienie, że Platforma Obywatelska, która jest kojarzona w Europie i na świecie jako formacja odnosząca do tej pory sukcesy, mogła w ogóle przegrać. Od 2008 r., kiedy do Europy zawitał kryzys, Polska rządzona przez PO jawiła się jako „zielona wyspa” i wyglądało nawet na to, że będzie niemal jedynym krajem unijnym, który wyjdzie obronną ręką z kłopotów finansowych i gospodarczych. Po 2010 r. rząd Viktora Orbana też tak spoglądał na Warszawę – pamiętajmy, że pierwsza zagraniczna podróż Orbana znów skierowana została do polskiej stolicy. Tam, co prawda, nie zareagowano z podobnym entuzjazmem na wyrażoną chęć zbliżenia z Fideszem, jak oczekiwał tego Budapeszt. „Krnąbrnego” Viktora potraktowano ostrożnie: zbyt ścisła przyjaźń z nim wydawała się dla Tuska niebezpieczna z powodów wizerunkowych wobec świata. Koszula Dejaniry czy Nessosa może być przecież paląca, gdy się ją nałoży…

Ale przecież Platforma i Fidesz należą do tej samej międzynarodówki – Europejskiej Partii Ludowej…

Choć PO i Fidesz są w tym samym klubie w Brukseli, to jednak PiS, który należy do innego klubu, jest bliższy Fideszowi w kwestiach programowych i filozofii politycznej. Orban co prawda spotkał się wtedy także z Jarosławem Kaczyńskim i porozmawiali w dobrym nastroju, ale praktycznie nic konkretnego z tego nie wynikało. Ciekawe jest to, że do tego spotkania doszło z wielkim trudem, gdyż czynniki PO raz po raz, często w ostatniej chwili, umyślnie zmieniały program wizyty, nawet już w trakcie jej trwania, próbując w ten sposób storpedować spotkanie Orbana z Kaczyńskim.

Niewiele konkretnego przyniosły też jednak rozmowy Orban-Tusk. Mimo że węgierski premier po raz pierwszy publicznie oświadczył wtedy, iż Polskę – chociażby ze względu na jej wielkość terytorialną oraz potencjał ludzki i gospodarczy – należy uznać za przywódcę naszego regionu. Była to ogromna zmiana, ponieważ wcześniejsze rządy węgierskie rządy (wśród nich także pierwszy gabinet Orbana w latach 1998-2002) aż do znudzenia powtarzały niezłomnie, że wszystkie kraje regionu należy traktować identycznie, bez robienia wyjątków, na takich samych prawach.

Jak przyjęły propozycję Orbana polskie władze?

Tusk tego przełomu nie chciał zauważyć i przyjąć propozycji Orbana, gdyż zdawał sobie sprawę, że Zachód, choć oficjalnie – w duchu poprawności politycznej – pochwala regionalne związki i inicjatywy, ale w rzeczywistości stara się je storpedować, ponieważ woli manipulować naszymi krajami pojedynczo, zgodnie z rzymską zasadą „dziel i rządź”. Tusk więc wolał przypodobać się Zachodowi, aniżeli przyjąć orbanowską inicjatywę i przekształcić Polskę w skuteczny okręt flagowy naszego regionu.

Jak układały się stosunki między rządami PO i Fideszu?

Związki na szczeblu rządowym w dalszym ciągu wyglądały tak, że oficjalnie deklarowano przyjaźń i dobre stosunki, ale w praktyce niewiele się działo. Węgrzy co rusz występowali z całą serią inicjatyw współdziałania, na które PO odpowiadała udając, że ich to interesuje, a potem starała się rozmywać sprawy, mając nadzieję, iż Węgrzy zmęczą się w oczekiwaniu na efekty. Warto wspomnieć, jak traktowano np. inicjatywy kulturalne Budapesztu. Statystycznie rzecz biorąc, na 10 inicjatyw węgierskich – PO odpowiadała maksimum na 2, natomiast PiS prawie zawsze reagował na wszystkie propozycje pozytywnie. Inaczej mówiąc: w relacjach z Platformą Węgrzy znajdowali raczej ociągającego się partnera, podczas w PiS-ie bardzo aktywnego. Dość szybko okazało się, że zainicjowane przez Węgrów wspólne programy kulturalne w większości mogły dojść do skutku dzięki wsparciu PiS-u.

Co ciekawe, wywoływało to krytykę władz węgierskiego MSZ, które zarzucały służącym w Warszawie dyplomatom, że „nie kryją swej sympatii do PiS-u” i mają zbyt słabe relacje z ludźmi władzy oraz ośrodkami rządowymi, ponieważ nie są skuteczni we współpracy z nimi. Tymczasem inicjatywy węgierskie były skierowane do wszystkich sił politycznych i to nie nasza wina, że jedna strona reagowała pozytywnie i szybko, a druga ospale albo wcale. Jeśli dyplomaci chcieli wykazać się skutecznością, to siłą rzeczy musieli współpracować z partnerem, który był aktywny.

123
następna strona »

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych