Politycy z TikToka. " Stają się zwiastunami nowych czasów"Politycy z TikToka. "Sterczewski, Szymon Hołownia czy wreszcie Klaudia Jachira stają się zwiastunami nowych czasów"

Państwo jest właściwie bezbronne wobec zalewu infantylizmu, bo w oczach ludzi walka z osobami pokroju Franciszka Sterczewskiego czy Klaudii Jachiry naraża jego autorytet na śmieszność.
Największym – jak dotąd – osiągnięciem posła Franciszka Sterczewskiego z KO była efektowna wywrotka podczas gonitwy ze Strażą Graniczną. Za sprawą takich osób jak Sterczewski życie publiczne staje się dziś nieznośnie infantylne. Bo im ktoś zrobi coś bardziej głupiego, prowokacyjnego lub wulgarnego, tym będzie bardziej znany i popularny. Tymczasem rzeczy naprawdę ważne przestają się liczyć.
Krótki filmik, na którym poseł Koalicji Obywatelskiej Franciszek Sterczewski próbuje przedrzeć się z paczką do imigrantów koczujących po białoruskiej stronie granicy i ścigany przez Straż Graniczną efektownie wywraca się w trawie, obejrzały w internecie tysiące osób. Powstały nawet przeróbki, na których dla spotęgowania komicznego efektu tę samą sytuację można obejrzeć w przyspieszonym tempie.
Oczywiście wielu po obejrzeniu tego filmiku stukało się w głowę, bo poseł bawiący się w berka ze strażnikami nie wystawia sobie ani własnej formacji dobrego świadectwa. Co więcej, ośmiesza również Sejm, w którym zasiada. Co jednak z tego, skoro niepoważne zachowanie przyniosło niespecjalnie dotąd wyróżniającemu się Sterczewskiemu dużą rozpoznawalność. Nie jest zresztą jedyny na tym polu. Wystarczy wspomnieć jego klubową koleżankę Klaudię Jachirę, która utorowała sobie drogę do wielkiej polityki, umieszczając na YouTubie głupawe filmiki z pacynką przedstawiającą Jarosława Kaczyńskiego, a dziś wypisuje androny w mediach społecznościowych.
Wspólna zabawa
Zarówno Jachira, jak i Sterczewski są częścią znacznie szerszego zjawiska, które wiele lat temu pojawiło się na Zachodzie, a dziś z impetem wkracza do Polski. Chodzi tu o postępującą infantylizację życia publicznego, zrodzoną jeszcze w czasie rewolucji obyczajowej i buntów młodzieżowych sprzed półwiecza, a w ostatnich czasach wzmocnioną dzięki mediom społecznościowym.
W tym nowym, zdziecinniałym świecie wartością nadrzędną staje się wspólna zabawa, najlepiej bez żadnych konsekwencji i ograniczeń. Dlatego wrogiem jest każdy, kto chciałby tę zabawę zepsuć. A więc ten, kto np. nawołuje do odpowiedzialności (bo z życia trzeba korzystać pełną garścią), ten, kto stawia innym granice (bo wszyscy ludzie są tacy sami i chcą się tylko bawić), oraz np. ten, kto je mięso (bo katastrofa klimatyczna przerwie nam zabawę). Bo tylko dzięki zabawie ludzie są szczęśliwsi i unikają konfliktów.
Można powiedzieć, ideologia na poziomie nastolatków, i to tych młodszych. I jest w tym sporo prawdy, bo to oni są jej adresatami. Tyle że kryją się za tym znacznie poważniejsze rzeczy. Jeśli bowiem stwierdzimy, że celem człowieka ma być zabawa bez konsekwencji, to znacznie łatwiej nam potem zgodzić się z tym, że należy usuwać wszystko, co stoi na przeszkodzie naszemu dobremu samopoczuciu. Przy takim spojrzeniu państwo i jego instytucje, podobnie zresztą jak normy kulturowe i religijne, postrzegane są jako niemoralne więzi krępujące ludzką wolność. To z takim przekazem idzie dziś do ludzi liberalna lewica. Starsze pokolenie jest wobec takiej ideologii sceptyczne, ale młodsze – już niekoniecznie.
Niektórzy promują takie postawy cynicznie, tylko po to, by pozyskać głosy wśród młodych. Ostatnim przykładem może być Donald Tusk, który nazwał macierzyństwo udręką. Najwyraźniej próbował w ten sposób przypodobać się młodemu odbiorcy, zwłaszcza temu, który zaangażował się niedawno w walkę o prawa kobiet i w protesty proaborcyjne. Jednak inni, zwłaszcza ci z młodszego pokolenia, są bardziej szczerzy w swoim dążeniu do świata bez granic, a przez to bardziej przekonujący. Niewykluczone, że to właśnie oni, a nie Tusk, będą w niedalekiej przyszłości nadawać ton w obecnych środowiskach antypisowskich.
Niestety współczesne państwo jest właściwie bezbronne wobec zalewu infantylizmu. Bo w oczach opinii publicznej walka z osobami pokroju Franciszka Sterczewskiego czy Klaudii Jachiry naraża jego autorytet na śmieszność. Jednak ustępując przed błazenadą, państwo również traci powagę. Konsekwencje tego błędnego koła mogą być w przyszłości bardzo poważne, czego próbkę mieliśmy choćby w trakcie akcji podejmowanych przez antypisowskich aktywistów na granicy z Białorusią.
Władcy umysłów
Jednak na razie wszyscy stajemy się zakładnikami wszechobecnego infantylizmu i mimowolnymi uczestnikami zabawy. Niektórzy – tak jak wspomniany wcześniej Donald Tusk i spora część jego środowiska politycznego – próbują się zabawiać w wodzirejów (zwykle z dość miernym skutkiem), inni – przede wszystkim na prawicy – trzymają się z daleka, wiedząc, że ceną za udział w takiej zabawie jest utrata własnej tożsamości. Wygrywa więc lewica oraz zdziecinniałe autorytety w rodzaju Jurka Owsiaka i Kuby Wojewódzkiego oraz rozlicznych influencerów i influencerek, jak określa się gwiazdy mediów społecznościowych, rzekomo niezależne, a w rzeczywistości często opłacane przez rozmaitych Sorosów lub uzależnione nałogowo od kasy z reklam wrzucanych przez międzynarodowe korporacje.
Owi influencerzy stają w obronie „wolności” i „prawa do zabawy” przeciwko „opresyjnemu” państwu i „obsuranckiemu” pisowskiemu reżimowi. A im ich przekaz jest bardziej prostacki i wulgarny, tym lepiej, bo chamstwo powiększa zasięgi, liczbę lajków, a w rezultacie – co najważniejsze – dochody z reklam.
Zalew tej medialnej prostytucji (bo przecież wszystko dla kasy) sieje niebywałe spustoszenie w głowach nieprzygotowanych, głównie młodych odbiorców. Żadnej alternatywy, odtrutki na to nie ma, bo globalne serwisy społecznościowe są przecież cenzurowane i wszystko, co narusza reguły społeczności (czytaj: jest niezgodne z liberalno-lewicowym przekazem), zostaje zaraz wychwycone i usunięte. Doświadczył tego, jak pamiętamy, nawet Donald Trump.
Dla nikogo przytomnego nie ulega więc chyba wątpliwości, że ten, kto panuje dziś nad internetem, ten panuje również nad ludzkimi umysłami, zwłaszcza ludzi młodych, którzy są najbardziej aktywni w sieci. I nie jest też dla nikogo tajemnicą, że internetem rządzą wielkie amerykańskie korporacje, których szefowie nie kryją swoich liberalnych poglądów. Co ciekawe, ich chińska konkurencja w postaci popularnego wśród młodszych nastolatków TikToka również promuje podobne treści. Biorąc zaś pod uwagę to, że TikTok jest dziś najchętniej ściąganą aplikacją (3 mld pobrań na całym świecie), można przyjąć dwie wersje: pierwszą, że Chińczycy wiedzą, na czym się zarabia, albo drugą, że ich aplikacja jest narzędziem wojny hybrydowej rozsadzającej od środka zachodnie społeczeństwa. Jedna interpretacja nie wyklucza zresztą drugiej.
Można się więc przyłączyć do zorganizowanego przez wielkie korporacje internetowe chóru (niekiedy z korzyścią dla własnej kariery i finansów) lub z nim walczyć. Przy czym w obecnych okolicznościach jest to walka całkowicie nierówna.
Nowy środek ciężkości
Przewaga mediów internetowych jest już tak silna, że dotychczasowe kanały informacji, takie jak telewizja i radio, nie mówiąc o prasie, straciły na znaczeniu. Próbując wytrzymać morderczą presję ze strony internetu, promuje się treści sensacyjne, stawia na emocje, co również prowadzi do upadku jakości debaty publicznej i wzmacnia efekt infantylizacji życia społecznego. Rządząca prawica walcząca dziś o repolonizację rynku medialnego (telewizja, prasa) w gruncie rzeczy odzyskuje niewiele pola. Bo strategiczny środek ciężkości przesunął się już do sieci.
To właśnie w internecie, który w założeniu miał być przestrzenią wolnej wymiany myśli, a w praktyce staje się dziś głównym narzędziem indoktrynacji, urabia się przyszłe społeczeństwo i zarazem przyszłych wyborców. Ci obecni, którzy ciągle oglądają telewizję lub czytają prasę, za jakiś czas się bowiem wykruszą. Tymczasem internetu, w odróżnieniu od bardziej tradycyjnych mediów, nie da się zrepolonizować. Największe serwisy pozostają poza jakąkolwiek jurysdykcją suwerennych państw i mogą zupełnie bez konsekwencji uprawiać własną politykę. Jedyną alternatywą byłoby bowiem zablokowanie sieci, co jest możliwe jedynie w warunkach państwa autorytarnego, a Polska takim państwem – wbrew histeriom opozycji – nie jest i przy obecnej władzy na pewno nie będzie.
Dlatego ganiający się ze Strażą Graniczną poseł Sterczewski, popłakujący w internecie Szymon Hołownia czy wreszcie Klaudia Jachira stają się zwiastunami nowych czasów. Jak słusznie zauważył Aleksander Majewski w swoim komentarzu zamieszczonym na portalu wPolityce.pl, dziś nie zdobywa się poparcia wszechstronną wiedzą ani logiczną argumentacją. Zamiast tego wystarczą wywołujące emocje chwyty: jakiś obrazek, bluzg, prowokacja albo zrobienie z siebie idioty. I nawet jeśli odstraszy to swoim infantylizmem starszego odbiorcę, to i tak nie będzie miało większego znaczenia, bo głównym adresatem takiego przekazu jest młode pokolenie, które – jeżeli wcześniej nie zmądrzeje – być może odwdzięczy się w przyszłości przy urnie wyborczej.
Oczywiście najłatwiej jest manipulować najmłodszymi. Nic dziwnego więc, że już od pewnego czasu w rozmaitych liberalno-lewicowych umysłach rodzą się postulaty obniżenia wieku uprawniającego do udziału w wyborach. Przykładowo szef Wydziału Polityki i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu w Cambridge David Runciman postulował na początku 2019 r. (a więc po referendum w sprawie brexitu) obniżenie czynnego prawa wyborczego do szóstego roku życia, sugerując jednocześnie, aby pozbawić prawa głosu osoby starsze. Jego zdaniem polityka znajduje się dziś w rękach tych, których z racji wieku interesuje już tylko teraźniejszość. Tymczasem od podejmowanych przez nich decyzji zależą losy kolejnego pokolenia. Ludziom starym nikt nie odbiera głosu, choć – jak stwierdził Runciman – wielu z nich może być pogrążonych w demencji i podejmować absurdalne decyzje przy urnach. Z tego punktu widzenia głos sześciolatka wcale nie musi być bardziej ryzykowny. Za to „wybory staną się bardziej ekscytujące, dostarczą więcej radości”. Ano właśnie, więcej radości, bo wszystko jest przecież zabawą. A uczniowie podstawówek, dzięki podsuniętym im filmikom z TikToka,podejmą właściwe decyzje.
Są również – i to po stronie liberalnej – także inne, bardziej przytomne głosy. Zdaniem Antonia Garcíi Martíneza, publicysty „The New York Timesa”, Stany Zjednoczone poniosły porażkę w Afganistanie, bo okazały się „niepoważnym krajem, który masturbujący się histerycy pogrążyli w gównianych dramatach”.
Warto więc może, abyśmy i my w Polsce zastanowili się, czy przypadkiem nie stajemy się „niepoważnym krajem”. Bo to w końcu kwestia przyszłości, a w naszym przypadku – również suwerenności państwa.
Artykuł z 36/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
