Sokrates i Chesterton, czyli o uśmiechu apologety

Szkoła Ateńska – malowidło ścienne namalowane przez Rafaela w latach 1509–1511, na zlecenie papieża Juliusza II.
Szkoła Ateńska – malowidło ścienne namalowane przez Rafaela w latach 1509–1511, na zlecenie papieża Juliusza II.

Nie lubię „Szkoły Ateńskiej” Rafaela. Za dużo w niej zabawy perspektywą. Za dużo, jak na mój gust, teatralnych póz i banalnych charakterystyk postaci.

Na przykład taki Sokrates.

Stoi z boku, plecami odwrócony do Platona… Rafael chciał przez to chyba powiedzieć, że w przeciwieństwie do swojego wielkiego ucznia i admiratora, Sokrates był mistrzem konkretu, a nie górnolotnych idei. Tak proste, że aż banalne. Artysta odział go w rodzaj habitu koloru verde bottiglia, jak mawiają Włosi – „zielonego butelkowego”. Nadaje to postaci Ateńczyka kształty ascetycznego Savonaroli, zapalczywego kaznodziei z Florencji, uważanego z twórcę współczesnej apologetyki.

Sokrates stoi, otoczony grupą młodych słuchaczy. Alkibiades, którego malarz przedstawił opierając się na rzeźbie zachowanej na rzymskim Kapitolu, przybrawszy go pierwej w wojenny rynsztunek, z podziwu aż otworzył usta. Jego młodzi towarzysze też słuchają, choć już bez tej pasji prymusa i wybrańca. Niski, starszy gość, może filozof Anthistenes, a może ktoś przysłany na „przeszpiegi” przez ateński dikasterion, pozostaje sceptyczny. Tak to 

Rafael ilustruje słowa Sokratesa z „Apologii”:

[…] chodzą za mną młodzi ludzie, którzy najwięcej mają wolnego czasu, synowie co najbogatszych obywateli; nikt im chodzić nie każe, ale oni lubią słuchać, jak się to ludzi bada, a nieraz mnie naśladują na własną rękę i próbują takich badań na innych. Pewnie — znajdują mnóstwo takich, którym się zdaje, że coś wiedzą, a wiedzą mało albo wcale nic. Więc stąd ci, których oni na spytki biorą, gniewają się na mnie, a nie na nich: mówią, że to ostatni łajdak ten jakiś Sokrates i psuje młodzież.

W kontakcie z tą grupą pozostaje następna, złożona z trzech osób. Zwraca w niej uwagę przypominający Hermesa półnagi młodzian ze zwojem rękopisu i kilkoma księgami w dłoniach. Towarzyszy mu człowiek w czapce, może miłośnik, może sprzedawca owych ksiąg, a może po prostu jedno i drugie. Młody człowiek z grupy Sokratesa odsyła ich jednak gestem, zdającym się mówić: nie jesteśmy zainteresowani, nie bardzo lubimy czytać…

A Sokrates? Sokrates rzeczywiście mówi. Mówi i mówi, wylicza na palcach argument za argumentem. „Po pierwsze…, po drugie…, po trzecie…”. Jego twarz, to twarz człeka pospolitego i gdyby nie to dostojne otoczenie, można by naprawdę dostrzec w nim „łajdaka”, którym się sam przezwał. Nie łajdak on jednak, tylko zapalczywy polemista, apologeta. Stoi z profilu, więc widzimy tylko jedno jego oko… złe, ostre, rozpalone oko cyklopa albo kogoś, kto debatując, ujawnia swoje szaleństwo… Podobny ni to do Savonaroli, ni to do kogoś, kto ma moc rzucać urok… Grecy mają na to swoje słowo: μάτιασμα. Włosi też – malocchio….

Greckie μάτιασμα, włoskie malocchio – złe oko, miałożby być symbolem apologii?

Mówią, że rysy twarzy Sokratesa Rafael zaczerpnął z dobrze znanych w renesansowym Rzymie rzeźb starożytnych mistrzów. Kilka z nich zachowało się do dziś. Sokrates wygląda jednak na nich bardziej jak jowialny, dobrotliwy starzec, koło sześćdziesiątki, krępy i dość potężny. Najłatwiej go sobie wyobrazić, gdy w jakiejś ludowej tawernie palcami, któ­rymi przed chwilą odliczał na ateńskiej ulicy kolejne argumenty, rwie sztukę mięsa i popija je potężnymi haustami słodkiego, czerwonego wina. Na twarzy filozofa-apologety rysuje się lekki uśmiech zadowolonego z życia zwycięzcy ulicznych pojedynków, który dobrze wie, że prawda jest nienegocjowalna; że  nie zależy ani od nastrojów społecznych, ani od przewagi fizycznej, ani od wyroków sądu, ani nawet – jak to siedemnaście wieków później wykaże cytowany w wykładzie ratyzbońskim Benedykta XVI cesarz Manuel II Paleolog - od woli bogów.

Dlatego i śmierć mu niestraszna, i pewny swego może mówić ateńskim sędziom:

Jeśli mnie skażecie, to niełatwo znajdziecie drugiego takiego, który by tak, śmiech powiedzieć, jak bąk z ręki boga puszczony, siadał miastu na kark; ono niby koń wielki i rasowy, ale taki duży, że gnuśnieje i potrzebuje jakiegoś żądła, żeby go budziło.

Owszem, „śmiech powiedzieć”…

Czy definicję apologii jako żądła gza czy boskiego bąka można wypowiedzieć nie wybuchając śmiechem lub przynajmniej robiąc perskie oko? I czy można nie przenieść tej opowieści kilkanaście wieków później, w świat Gilberta Keitha Chestertona - naszego bezpośredniego już przodka w apologijnej genealogii? Można. Podobieństwa są uderzające… Stateczna Encyklopedia Britannica wspomina, że Chesterton był znany „ze swojej żywiołowej osobowości i korpulentnej sylwetki”. Jego świat, to świat miłości do tłustych kotletów i żelaznej logiki, cygar, pubów i ironii, gorzkiej mądrości i śmiechu. George Weigel opowiada, że autor „Obrony rozumu” często spędzał wieczory w pubie o wdzięcznej nazwie Old Cheshire Cheese przy londyńskiej Fleet Street. My również – dodaje Weigel - powinniśmy tam zawitać, bo

świat katolicki to znacznie więcej niż tylko kościoły. Jest to także świat bibliotek i sypialni, gór i morskich wybrzeży, galerii i boisk sportowych, sal koncertowych i cel mnichów […]. Gdybyś przyszedł do Cheshire Cheese na początku dwudziestego wieku, […] mógłbyś mieć szczęście spotkać G.K. Chestertona, często z jego bratem Cecilem i ich przyjacielem Hilarym Bellokiem: trzech ludzi przekonanych, że prawdy, które zgodnie z zamiarem Bożym mamy odkryć na tym świecie, odkrywa się nie tylko w kościołach czy salach wykładowych, ale także w miejscach takich jak Old Cheshire Cheese – miejscach serwujących dobre jadło i dobre napitki, co usposabia do dobrego koleżeństwa i dobrej rozmowy.

Opowiadając o Chestertonie, nie sposób nie wspomnieć, jak niskie mniemanie miał o szkole, o nauce akademickiej czy dziennikarstwie.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

12
następna strona »

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...