Marcinkiewicz u Schnepf. Gdzie jesteśmy jako państwo?Marcinkiewicz u Schnepf robi z prezydenta "ćpuna". Gdzie jesteśmy jako państwo?

W jakim miejscu jesteśmy jako państwo, skoro na antenie telewizji publicznej były premier oskarża prezydenta o "ćpanie"? Czy pani Wysocka-Schnepf jest gotowa wziąć odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje harców upiorów, które wypuszcza?
Adama Michnika wyśmiewano swego czasu, że podczas wizyt w mediach publicznych za poprzednich rządów Donalda Tuska „uwalniał demony”. Dorota Wysocka-Schnepf w obecnej telewizji publicznej uwalnia czy raczej wskrzesza z niebytu zapomnianych, skompromitowanych polityków, którzy w dodatku snują opowieści z arsenału najbardziej twardogłowych "silnych razem". To trochę jak szamanka wskrzeszająca upiory.
Nie trzeba Kazimierzowi Marcinkiewiczowi przypominać po raz tysięczny, jak skompromitowaną jest postacią, sprowadzoną ponadto do tabloidowych historii i tandetnych zawirowań uczuciowych. Skupimy się na tym, co ważniejsze – czy byłemu premierowi przystoi w mediach publicznych pomawiać urzędującego prezydenta o – jak sam Marcinkiewicz powiedział wprost – „ćpanie”? Czy narracja rodem z Giertychowej "Sieci na wybory" powinna rzeczywiście znaleźć swoje miejsce w – było, nie było – telewizji publicznej? Wreszcie - czy to jest dla Polski bezpieczne, korzystne i jakie mogą być skutki?
Jedną ręką walczą z dezinformacją, drugą ją sieją
Przypomnijmy, że media publiczne po siłowym przejęciu w grudniu 2023 r. przez obecne władze, niezwykle zaangażowały się w walkę z dezinformacją, a Telewizja Polska w likwidacji wprowadziła do swojej ramówki kilka programów fact-checkingowych. Problem w tym, że „dezinformacją” jest dla niej najczęściej wszystko to, co mówią prawicowi politycy, a zagrożeń dziennikarze doszukują się m.in. w grach komputerowych lub głupich przeróbkach zdjęć z Mundialu, np. takich, jak wklejanie na trybunie podczas meczu Niemiec wygenerowanej przez AI osoby łudząco podobnej do Adolfa Hitlera. W materiałach poruszających poważne tematy (takie jak zagrożenie ze strony Rosji na wielu poziomach, w naszym przypadku bardziej hybrydowe niż militarne) zdarzają się kompromitujące błędy, które ośmieszają i “factcheckerów”, i - co gorsza - zjawisko, przed którym media publiczne nie tylko mogą, ale wręcz powinny ostrzegać.
Ile jest jednak warta cała ta walka z dezinformacją, jeśli potem przychodzi pani Schnepf i zaprasza do swojego programu w tejże TVP w likwidacji pewną postać znaną? Znaną zwłaszcza tym, którzy pamiętają czasy upadku marzeń o koalicji PO-PiS i pierwsze rządy partii Jarosława Kaczyńskiego, a później jeszcze bardziej znaną także miłośnikom tabloidów. Chodzi oczywiście o byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Pan Marcinkiewicz natomiast wylewa z siebie frustrację nagromadzoną po latach od rozwodu (rozwodu z PiS, oczywiście, a jakiego?) i rzuca historiami rodem z hasztagów “sieci na wybory” Romana Giertycha. Wprost, dosłownie, bez żadnej autocenzury mówi - raz jeszcze przypomnijmy: w telewizji publicznej - że urzędujący prezydent “ćpa”, czyli zażywa nielegalne, silnie uzależniające substancje psychoaktywne - znane jako narkotyki. Mało tego, jest w tym nałogu głęboko pogrążony. Pani Schnepf, choć trochę tonuje (zwraca uwagę, że “ćpają” narkomani, osoby poważnie uzależnione), to przede wszystkim sama ten temat wywołała, jakby w oczekiwaniu, że uda się niektórych widzów “nakarmić” sensacją.
Pani Schnepf zresztą, choć jest dziennikarką (tak, owszem, jest nią - czy to się komuś podoba, czy nie, ponieważ ma wieloletnie doświadczenie w pracy w mediach), to szczególnie w ostatnich latach nie bardzo chce jej się silić na jakikolwiek obiektywizm. Jeszcze za rządów Zjednoczonej Prawicy, kiedy to z upodobaniem gaworzyła sobie na łamach “Gazety Wyborczej” z mecenasem Romanem Giertychem. A ten z kolei zawsze lubił snuć dziwaczne teorie - jak chociażby ta o rzekomych planach udziału ówczesnego rządu Mateusza Morawieckiego w rozbiorze Ukrainy - wspólnie z Putinem (najpewniej “telepatycznie”) i premierem Węgier Viktorem Orbanem (tylko biedny Łukaszenka, jak jakiś frajer, nic by nie dostał, a przecież tak się starał z tą granicą w 2021 r.!). Giertych zresztą jest dziś częstym gościem TVP w likwidacji, zwłaszcza programów prowadzonych przez Wysocką-Schnepf. Dziennikarka raczej nie dystansuje się od jego teorii i tylko z rzadka tonuje jego wypowiedzi. Niekiedy wręcz wyciąga z niego różne “rewelacje”.
Marcinkiewicz dowodzi, że "Nawrocki ćpa"
Z Giertychem Marcinkiewicza łączy nie tylko to, że obaj współtworzyli kiedyś rządy PiS, a potem na tę partię się obrazili (i z wzajemnością). Również Marcinkiewicz jest bowiem dość częstym gościem programów pani Schnepf (zdarzyło się nawet, że wystąpił kiedyś w tym zatytułowanym “Niebezpieczne związki”). Dotychczas aż tak nie rzucało się to w oczy, ale wyszła kolejna rzecz, która łączy byłego premiera w rządzie PiS z byłym wicepremierem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego - to oskarżanie, obrażanie i pomawianie urzędującego prezydenta. Mecenas już wcześniej wielokrotnie sugerował, że Karol Nawrocki ma problem z nałogiem, choć ograniczał się raczej do insynuacji, że - cytuję - “to, co on zażywa, to nie jest tytoń” (gwoli ścisłości, rzeczywiście nie, bo nikotyna, czyli produkt pozyskiwany z tytoniu). Wiadomo, o co Giertychowi chodziło, ale jednak nie posunął się do tego, aby wypalić: “Nawrocki ćpa”, a przecież to dokładnie powiedział Marcinkiewicz.
Dodajmy, że swoje kategoryczne stwierdzenie były premier oparł na tzw. dowodzie anegdotycznym, bo w młodości, w akademiku miał styczność z ludźmi, którzy “ćpali”, dlatego “wie, jak zachowuje się osoba uzależniona”. Ale do tej wypowiedzi również sprowokowała swojego gościa pani Schnepf. Kierunek, w jakim prowadziła rozmowę (nawiązanie do historii z książki prof. Nowaka), wprost sugerował, że liczy, iż Kazimierz Marcinkiewicz właśnie coś takiego powie. Będzie mogła przekazać Polakom określoną narrację: że prezydent Karol Nawrocki może być niezdolny do sprawowania urzędu, bo ma problem z używkami. Ale przekazuje ją ustami kogoś innego. Czary! Magia! Marcinkiewicz sam później się broni, że nie chodziło mu o narkotyki, a i Wysocka-Schnepf, próbując go tonować, wychodzi na prawie obiektywną dziennikarkę, ale obraz zostaje, bo również późniejsze asekuracyjne stwierdzenie “nie wiemy, co tam jest” sugeruje, że coś poważniejszego niż nikotyna. Tak, nikotyna to substancja silnie uzależniająca, również uznawana przez WHO za narkotyk, ale wciąż legalna i niemająca tak destrukcyjnego wpływu na życie uzależnionych i ich bliskich, jak alkohol czy nielegalne substancje. Palacz ryzykuje przede wszystkim swoim zdrowiem i portfelem. O ile różnie można oceniać publiczne zażywanie przez prezydenta Karola Nawrockiego nikotyny w saszetkach (np. w mojej ocenie było to od samego początku bezsensowne, niepotrzebne i wywołało skutek odwrotny od zamierzonego), o tyle nasuwa się pytanie, czy na pewno publiczne zażywanie przez głowę państwa niedozwolonych substancji przeszłoby przez nikogo niezauważone, zwłaszcza, gdyby po ich zażyciu Nawrocki zaczął zachowywać się inaczej. Dodajmy, że snusa prezydent używał m.in. na forum ONZ, w którym uczestniczył po raz pierwszy i że nowy przywódca zawsze przykuwa uwagę.
Logicznym jest, że nielegalnych substancji psychoaktywnych w każdym razie raczej nie zażywa się publicznie. Właśnie dlatego, że są nielegalne. Czy jakkolwiek sensownie brzmi sugestia, że prezydent jakiegokolwiek niemałego, dostrzegalnego na świecie państwa, miałby narkotyzować się nie tylko w miejscu publicznym, ale i na oczach całego świata, także kamer telewizyjnych? Jego zachowanie niewątpliwie zmieniłoby się po zażyciu narkotyku i musiałoby zwrócić uwagę innych przywódców czy mediów. Tak się nie stało. Może dlatego, że na czele państw mogą stać nałogowi palacze bądź użytkownicy alternatywnych wyrobów tytoniowych i nie tylko prezydent Nawrocki w trakcie szczytu zapodał sobie snusa, który nie śmierdzi i nie wydziela dymu jak papieros, a zatem nie jest zabronione stosowanie go w miejscu publicznym? To, czy zażywanie nikotyny w jakiejkolwiek formie licuje z podkreślanym przez prezydenta zdrowym i aktywnym trybem życia to oczywiście inna sprawa (chyba że chodziło o pokazanie, że każdy ma jakieś słabości, a po snusie prezydent przynajmniej nie chwieje się nad grobami polskich oficerów, jak to z niektórymi polskimi przywódcami drzewiej bywało). Tymczasem wystarczy zapuścić się w ośmiogwiazdkowe rejony platformy X, żeby dostrzec, że nie brakuje wśród najzagorzalszych zwolenników obecnego rządu osób przekonanych, że prezydent zażywa kokainę lub amfetaminę. Silni Razem na potęgę udostępniają m.in. szczegółowe analizy domniemanych różnic między wyglądem snusa a narkotyku zawiniętego w bibułkę i połykanego czy… źrenic Karola Nawrockiego. Trzeba przyznać, że oglądanie zdjęć człowieka, którego się autentycznie nienawidzi i wpatrywanie w jego oczy to naprawdę zaskakujący sposób spędzania czasu. Wciąż czym innym jest jednak sytuacja, kiedy prezydenta o narkotyzowanie się oskarża jakaś pani Grażynka z Twittera, a inaczej, kiedy robi to były premier - co gorsza w telewizji publicznej, utrzymywanej przez nas wszystkich i będącej strategicznym aktywem państwa. Najgorsze jest jednak to, że szerzenie tego rodzaju insynuacji godzi w powagę państwa polskiego, morale wojska (prezydent jest wszak Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych), może zachwiać poczuciem bezpieczeństwa obywateli. Wypowiadanie takich słów przez byłego premiera, w telewizji publicznej, dodaje im wiarygodności, wyciąga je z odmętów kanałów różnych Wiejskich i Pińskich i każe wziąć pod rozwagę, czy mamy prezydenta zdolnego do sprawowania urzędu.
Kreml też lubi robić "ćpunów" ze swoich wrogów
Cała sprawa ma jeszcze jeden aspekt. Bo wcale nie jest tak, że zupełnie nikt na świecie, poza tą częścią Polaków, której nie odpowiada prezydent Nawrocki i to nie odpowiada do tego stopnia, że są skłonni uwierzyć, iż jest narkomanem, faszystą i agentem Putina, a do tego wszystkiego zapewne jeszcze zjada dzieci. Choć doniesień o rzekomym zażywaniu przez polskiego prezydenta substancji psychoaktywnych próżno szukać w zagranicznych mediach, jest pewien wyjątek. Jesienią ubiegłego roku, właśnie po wystąpieniu Nawrockiego na forum ONZ, temat “grzała”... powiązana z Kremlem agencja TASS, choć nie tylko. Wspominała o tym m.in. rzecznik rosyjskiego MSZ, Marija Zacharowa, która takimi oskarżeniami zareagowała na żart prezydenta w jednym z wywiadów, o tym, że regularnie rozmawia z duchem marszałka Józefa Piłsudskiego.
Nie mniej ciekawe jest jednak to, na kogo powoływała się rosyjska agencja informacyjna, donosząc o rzekomym zażywaniu przez prezydenta RP narkotyków. Wspomniana depesza z 23 września ubiegłego roku opiera się bowiem niemal w całości na… wpisie mecenasa Romana Giertycha, wymienionego w tekście z nazwiska. W październiku ubiegłego roku Zacharowa kilkakrotnie sugerowała, że Karol Nawrocki zażywa narkotyki, rozpowszechniała film z ONZ i wskazywała - podobnie jak “silni razem” - że środki psychoaktywne podają prezydentowi jego współpracownicy.
I to naprawdę niezwykle ciekawe, że politycy Koalicji Obywatelskiej, którzy z niecierpliwością czekają na każdą wzmiankę w kremlowskich propagandówkach o prezydencie Nawrockim, zwłaszcza gdy ta odnosi się do jakiejś jego decyzji czy wypowiedzi, którą można sprzedać jako “prorosyjską”, to akurat przeoczyli. “Zapomniało” im się również, że agencja TASS napisała depeszę o rzekomym uzależnieniu prezydenta Nawrockiego niemal w całości na podstawie tweeta ich partyjnego kolegi - tego samego, który głosi teorie o “rozbiorze Ukrainy” i o którym media pisały, że z jego kancelarią współpracowała onegdaj pewna Francuzka z rosyjskim paszportem.
Musimy mieć przecież świadomość, że reżim Putina nie jest przyjaźnie nastawiony do Polski i że bacznie obserwuje sytuację w naszym kraju. Z radością przyjmuje wszelkie słabości polskich władz - zwłaszcza wykonawczych, a więc prezydenta, premiera i całego rządu, chętnie wykorzystuje spory polityczne czy niepokoje w państwie. Nawet, jeśli przyjmiemy, że rosyjski atak przeciwko Polsce nie będzie zbrojny, to przecież wojnę hybrydową Kreml prowadzi od lat. Czy naprawdę chcemy powielać insynuacje, którymi żywi się rosyjska propaganda? Czy naprawdę chcemy, żeby Rosjanie mieli świadomość, że jest wcale nie tak mała, a na pewno dość głośna część naszego społeczeństwa, która wierzy, że nasz prezydent, czy go lubimy i popieramy, czy nie, jest - jak piszą silni razem - “ćpunem”, “narkomanem”, a więc osobą niezdolną do sprawowania tak odpowiedzialnego urzędu? Czy w ostatecznym rozrachunku wyjdzie nam to na dobre? Czy chcemy być “pożytecznymi idiotami” dla Zacharowej czy Putina?
Tutaj jeszcze jedna “ciekawostka”, która wielu się jednak nie spodoba, zwłaszcza w kontekście wydarzeń z ostatnich miesięcy. Istnieje bowiem także inne państwo, którego prezydent jest oskarżany przez ruską propagandę o zażywanie narkotyków. Mam tu na myśli Ukrainę i prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. W przemówieniu z okazji rocznicy swojego zaprzysiężenia Karol Nawrocki jednoznacznie wyartykułował swój stosunek do Ukrainy i Rosji. Wprost powiedział, w jaki sposób widzi partnerstwo na linii Warszawa-Kijów i dał do zrozumienia, że koniec końców, niezależnie od wszelkich trudności w relacjach i tego, że nie będzie udawał, że deszcz pada, kiedy Polakom pluje się w oczy “Bohaterami UPA”, jesteśmy po tej samej stronie i w naszym interesie jest spacyfikowanie Moskali, a więc zwycięstwo Ukrainy. Ale jeżeli Ukraińców próbuje się podburzać przeciwko ich prezydentowi, podważać zaufanie, sugerując np., że jest w nałogu i nie podejmuje decyzji świadomie (po co byłoby więc walczyć za kraj rządzony przez kogoś takiego?), to czy nie można podobnie rozgrywać nastrojów mieszkańców innych państw naszego regionu - nawet przy całej różnicy sytuacji? Inna sprawa, że ukraińska klasa polityczna i media stają - mimo problemów, protestów, niezadowolenia, trwającej wojny - po stronie swojego prezydenta, co obserwowaliśmy w konflikcie z Polską. W naszym przypadku można mieć wątpliwości, czy koalicja 13 grudnia nie podchwyciłaby z pocałowaniem w rękę nawet rosyjskiej narracji uderzającej w prezydenta Nawrockiego. Tym bardziej, że z podobnymi sytuacjami mieliśmy już do czynienia chociażby na początku 2020 r., kiedy ówczesny prezydent Andrzej Duda zbojkotował Światowe Forum Holokaustu w Jerozolimie, ponieważ swoje wystąpienie wygłaszał tam Putin (a wszystko działo się w okresie nasilonych ataków Rosji na Polskę przy pomocy kwestii historycznych), natomiast Dudzie przemawiać nie pozwolono. Inna taka sytuacja to początek hybrydowego ataku Łukaszenki (wprost mówi się, że wspomaganego przez Putina) na polską granicę.
I w tym wszystkim powstaje pytanie o to, jak media publiczne realizują swoją misję i jaka jest rola takich postaci, jak pani Schnepf, która - nawet, gdy zdarza się jej zauważyć, że rozmówca “przegina”, sama stara się prowadzić rozmowę w takim kierunku, aby to jej gość “nakarmił” widza rewelacjami z półki najbardziej twardogłowych “silnych razem”. W jakiej sytuacji jako państwo stawia nas dawanie w telewizji publicznej posłuchu rzeczom, które kiedyś można było uświadczyć jedynie u Pińskiego? I w ten sposób - dodawanie im wiarygodności?
Pani Doroty Wysockiej-Schnepf nie wolno nazywać “Arcykapłanką Propagandy”. Może i rzeczywiście bardziej pasuje tu inne określenie - na przykład szamanka. Szamanka gotująca z “czystej wody” propagandowy eliksir, cudzymi ustami serwująca widzom teorie spiskowe z najgłębszych odmętów “sieci na wybory”. Wskrzeszająca z politycznego niebytu zapomniane, skompromitowane postacie i wypuszczająca propagandowe “upiory”. Czy będzie jednak gotowa wziąć odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje tych “czarów”?
