­Lenin: „kino to najważniejsza ze sztuk”, Tusk to realizuje­Lenin powiedział, że „kino to najważniejsza ze sztuk”, a Tusk to realizuje w praktyce, więc powinien dostać Złote Lwy w Gdyni

FacebookTwitter

Ponieważ Donald Tusk w swoich filmach „kłamie jak z nut”, nagrody festiwalu w Gdyni za scenariusz, reżyserię i główną rolę męską (z czasem może nawet żeńską) miałby „jak w banku”.

Na zakończonym 26 września 2026 r. 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni żadnej nagrody nie otrzymał premier Donald Tusk. Ani minister kultury Marta Cienkowska. Ani minister rolnictwa Stefan Krajewski. Ani rzecznik rządu Adam Szłapka, a tym bardziej zastępca szefa kancelarii premiera Jakub Stefaniak. No i nie dostał minister energii Miłosz Motyka. Tym bardziej że nawet Glinianych Lwów nie dostali minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, szef MSWiA Marcin Kierwiński, wiceminister obrony Cezary Tomczyk, minister klimatu Paulina Hennig-Kloska, jej wiceminister Urszula Zielińska, posłowie Roman Giertych, Witold Zembaczyński, Konrad Frysztak, Aleksandra Uznańska-Wiśniewska, Marta Wcisło, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Alicja Łepkowska-Gołaś, Sławomir Nitras, Monika Wielichowska, Michał Szczerba, Dariusz Joński, Adrian Witczak czy Patryk Jaskulski.

Wymienieni powyżej politycy coś na festiwalu w Gdyni dostać powinni, choćby za charakteryzację i kostiumy. Tym bardziej że minister Cienkowska już zaczęła próby do wejścia na festiwalową scenę spacerując po wybiegu na pokazie mody (sama za to zapłaciła, więc powinna być jakoś uhonorowana). Podobnie jak minister Krajewski, który wprawdzie po wybiegu nie spacerował, ale rzecz się działa blisko jego gabinetu w ministerstwie. A sam Donald Tusk wrzucał kolejne filmiki zapewne licząc na nagrodę za krótki metraż, debiut lub choćby montaż.

Przede wszystkim politycy, z Tuskiem na czele, powinni jakieś choćby lwiątka w Gdyni dostać za to, że po około 105 latach zrozumieli i wcielają w życie złociutką myśl wielkiego twórcy filmowego, nie tylko w tradycji kina znanego jako Lenin. Tenże Włodzimierz Lenin w 1921 r. lub 1922 r. powiedział, że „kino jest najważniejszą ze wszystkich sztuk”. Wypowiedź miała być ponoć skierowana do ludowego komisarza oświaty Anatolija Łunaczarskiego. Lenin dostrzegł, że właściwie tylko kino trafia do szerokich mas społeczeństwa, w tym do analfabetów pierwotnych i wtórnych (inny znany filmowiec, Lech Wałęsa, powinien się wreszcie zdecydować, do których się ostatecznie zalicza). Kino dociera o wiele łatwiej i skuteczniej niż literatura, teatr, muzyka czy sztuki plastyczne. I dzięki temu za czasów Lenina film dobrze się przysłużył sowietyzacji społeczeństwa w Rosji i budowie komunizmu jako ustroju szczęścia i dobrobytu, szczególnie w ich oazach, czyli gułagach.

Donald Tusk już nie dostanie Międzynarodowej Nagrody Leninowskiej (tej krajowej, czyli przyznawanej wyłącznie obywatelom Związku Sowieckiego, bez sowieckiego obywatelstwa i tak nie mógłby dostać), bo przestano ją przyznawać w 1990 r. Za twórczość filmową oczywiście, a nie za literaturę – jak Leon Kruczkowski czy Jarosław Iwaszkiewicz czy za osiągnięcia naukowe połączone z polityką – jak prof. Jan Dembowski albo prof. Halina Skibniewska. Wart Nagrody Leninowskiej (i jakichś lwów) był choćby słynny film Donalda Tuska, gdy śpiewał „Hey Jude” Beatlesów (promocja i rozpowszechnianie kosztowały marne 7,13 mln zł). A potem było wiele innych dzieł filmowych w ogóle nie wziętych pod uwagę przez jury festiwalu filmowego w Gdyni. A przecież Tusk objawił się jako nowy Dżiga Wiertow, czyli „człowiek z kamerą”.

Wymienieni na początku tego tekstu politycy (i nie tylko ci) o wiele lepiej czują się w filmie (na planie filmowym) niż w parlamencie. I nieważne, że oświetlenie niedobre, dźwięk spartolony, montaż fatalny, a dialogi (monologi) głupkowate. Ważne jest przekonanie, dzielone z Leninem, że tylko przez przekaz filmowy (nie szkodzi, że zwykle realizowany smartfonem) można dotrzeć do analfabetów i innych wyróżniających się negatywnie grup społecznych. Bo tylko oni są zafascynowani filmami Donalda Tuska i jego politycznych dzieci (tudzież rodzeństwa). A także można dotrzeć do zwierząt, jeśli brać pod uwagę ten filmowy gatunek, jaki uprawia Roman Giertych. 

Można sobie wyobrazić, jak bardzo polskie kino skorzystałoby, gdyby „festiwalowe” filmy zaczęli kręcić Donald Tusk, Roman Giertych czy Marta Wcisło. A nie pracując zawodowo w filmie muszą kręcić, ale w sprawie rzeczywistości, czyli po prostu kłamać. Natomiast w kinie przecież nie ma kłamstwa, nawet biorąc pod uwagę podział na „prawdę czasu” i „prawdę ekranu”. Kino to sztuka, a tam wszystko jest prawdą, nawet największe kłamstwo. I wreszcie różni malkontenci przestaliby mówić o Donaldzie Tusk, że „ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział”. Gdy to się odnosiło do Ryszarda Ochódzkiego w filmie „Miś”, każdy, nawet analfabeta, wiedział, że mamy do czynienia z filmową konwencją. A ponieważ Donald Tusk „kłamie jak z nut”, nagrody festiwalu w Gdyni za scenariusz, reżyserię i główną rolę męską (z czasem może nawet żeńską, skoro bracia Wachowscy są już siostrami) miałby „jak w banku”. Lenin tylko gadał o kinie, a Tusk byłby wielkim twórcą filmowym. Zatem: do dzieła!

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Stankiewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.