Duży prezent koalicji Tuska dla PiS. Po co sami robią sobie krzywdę?Stankiewicz: Duży prezent koalicji Tuska dla PiS. Po co sami robią sobie krzywdę?
Koalicja rządząca w ostatnim czasie duże nadzieje zdaje się wiązać ze sprawą upadłej giełdy kryptowalut Zondacrypto, co chciałaby powiązać z prawicową stroną sceny politycznej, a także niektórymi mediami. Szykując jednak swoją polityczną bombę, od razu dała oponentom politycznym kod do jej rozbrojenia, wysyłając jako obrońcę byłego prezesa Zondacrypto Przemysława Krala swojego prominentnego polityka, wiceszefa klubu Koalicji Obywatelskiej Romana Giertycha. Temu, kto wymyślił taki „znakomity” manewr, prezes PiS Jarosław Kaczyński powinien wysłać kwiaty.
Szczerze mówiąc, sprawa afery Zondacrypto nie należy do najprostszych sposobów uderzenia przez rządzących w opozycję. Po pierwsze, nie jest jednoznaczna. Oczywiście wylot prominentnego posła PiS Michała Moskala na Ibizę, by spotkać się tam z ówczesnym prezesem Zondacrypto Przemysławem Kralem, jest dla tej partii obecnie dużym problemem wizerunkowym, ale w całej aferze pojawiają się też pytania do obecnej władzy. Przede wszystkim do zbadania jest wątek, kiedy podległe Donaldowi Tuskowi służby dowiedziały się o sprawie Zondacrypto i dlaczego nie udało się ostrzec na czas Polaków przed skutkami jej działania. Swoje robi też sprawa na pozór błaha, ale w świetle potężnej siły obrazu kłopotliwa wizerunkowo, a mianowicie słynne nagranie z lutego bieżącego roku, gdy Donald Tusk odbierał pamiątkową koszulkę Lechii Gdańsk, na którym widniało logo giełdy kryptowalut Zondacrypto – jednego z ówczesnych sponsorów gdańskiego klubu.
W każdym razie wyjątkowo zdumiewający jest fakt, że koalicja rządząca w takiej sprawie nie zadbała o chociażby pozór bezstronnego działania w sprawie Przemysława Krala. Doprowadzenie do tego, że jego obrońcą jest wiceszef klubu KO Roman Giertych (a razem z nim także mec. Jacek Dubois, również kojarzony z obecną władzą), to polityczne ukręcenie całej sprawie łba przez koalicję rządzącą już na samym starcie. Dla każdego – poza betonowym elektoratem obecnej koalicji, szczególnie KO – oczywistym jest, że zachodzi tu konflikt interesów i że w całej sprawie chodzi po prostu o to, by Przemysław Kral w swoich zeznaniach jak najbardziej pogrążył prawicę, za co w nagrodę otrzyma łagodniejszy wymiar kary. Zeznania Krala już tylko z tego powodu z całą pewnością przez przytłaczającą część opinii publicznej zostaną uznane za niewiarygodne.
Nawiasem mówiąc podobnie jest w sprawie upartego przepychania Macieja Berka jako kandydata do Trybunału Konstytucyjnego. Przez wiele lat politycy obecnej koalicji rządzącej – będąc wówczas w opozycji – gardłowali o upolitycznieniu sądownictwa przez PiS, wspominali m.in. o wysłaniu do TK dwóch osób z przeszłością poselską w tej partii – czyli Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza – by teraz wysłać do TK byłego ministra ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, zwanego przez wielu „prawą ręką Tuska”. Można sobie tylko wyobrazić, jak teraz czuje się przynajmniej część tego elektoratu obecnej koalicji rządzącej, która protestowała w 2017 roku i w latach późniejszych przeciw reformie sądownictwa, dostrzegając w tym upolitycznienie wymiaru sprawiedliwości. Zresztą dobrze stanowisko tych ludzi prezentuje publiczne prof. Marcin Matczak, prawnik otwarcie występujący przeciw kandydaturze Berka. Ba, swój sprzeciw wobec tej kandydatury zgłasza nawet część polityków koalicji rządzącej. Jednak tak jak w innych sprawach, zapewne na końcu skończy się jak zwykle – wszyscy zagłosują tak, jak oczekuje tego Donald Tusk, w imię jedności koalicji. To zachowanie pokaże jednak po raz kolejny hipokryzję obecnej władzy. Opozycja może się tylko cieszyć. Pozostaje jednak pytanie, po co rządzący sami sobie robią krzywdę?
