Co może rodzic w szkole i dlaczego to nieprawda. Szacun panie pośle!Co może rodzic w szkole i dlaczego to nieprawda. Szacun panie pośle!

Czasami odnoszę wrażenie, że szkole najbardziej przeszkadzają uczniowie – są niesforni, w różnym wieku, mają wakacje w tym samym czasie co nauczyciele, a mogliby w roku szkolnym, mają marudzących rodziców. A właśnie – rodzice. Ci są chyba jeszcze gorsi. Jak już przyjdą do szkoły na zebranie, to żaden nie chce zgłosić się do trójki klasowej, uciekają, co stawia nauczyciela w kłopotliwej sytuacji. Ministerstwo Edukacji Narodowej też nie lubi rodziców a na dodatek musi użerać się ze szkołami. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. MEN wie lepiej, a ci pierwsi nie chcą tego przyznać, a drudzy nie wdrażają na czas. W tej sytuacji TVP w likwidacji postanowiła dokonać konsolidacji.
Już festiwal, ale jeszcze nie igrzyska
W tym odcinku Z punktu widzenia rodzica… i obywatela miałem pisać o czymś innym, ale 12 września, w sobotnim wydaniu „Pytania na śniadanie” w TVP2, pojawił się temat początku roku szkolnego a konkretnie wyboru na pierwszym spotkaniu rodziców z wychowawcą klasowym tzw. trójek klasowych. Wymowa tego programu tak rozsierdziła posła Marcina Józefaciuka, nauczyciela, człowieka, który pełnił w systemie oświaty wiele różnych funkcji, że spytał TVP na platformie X: "Czy wyście już zupełnie na głowę upadli?! A potem napisał m.in: "W Pytaniu na śniadanie urządziliście blisko dziesięciominutowy festiwal kpin z rodziców, szkoły i społecznego zaangażowania. Wstyd, TVP. Naprawdę wstyd. Zgłoszę tę audycję do Rady Programowej TVP, Komisji Etyki TVP oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zażądam zbadania programu, oceny odpowiedzialności redakcji, sprostowania nieprawdziwych informacji i wyemitowania rzetelnego materiału o prawach rodziców. Nie pozwolę szczuć rodziców na szkołę. Nie pozwolę zniechęcać rodziców do współpracy ze szkołą.”
Ponieważ piszę ten cykl z punktu widzenia także rodzica (i jeszcze obywatela) postanowiłem zabrać głos nie tylko w tej konkretnej sprawie, ale także w szerszym aspekcie – co może rodzic w szkole, co może ze szkołą i co dla szkoły - mając na uwadze przede wszystkim to, że jego dziecko jest tej szkoły uczennicą/uczniem. Piszę: z punktu widzenia rodzica a nie rodziców, bo śmiem twierdzić, że nie jest możliwe ujęcie tego zagadnienia w sposób, który odzwierciedlałby poglądy wszystkich - czy choćby tylko większości - rodziców, których dzieci podlegają aktualnie obowiązkowi szkolnemu i obowiązkowi nauki. Można bowiem szacować, że jest to około 6 milionów obywateli. Ponad 60 tysięcy uczniów uczy się w systemie edukacji domowej. Ich rodzice muszą np. w zakresie wymaganym podstawą programową dostosowywać się do tego, co będzie później egzekwowane na egzaminach, ale nie muszą np. zastanawiać się nad problemami menu w stołówkach szkolnych. Ich problemy mogą być inne, ale są mi nieznane. W związku z powyższym dodaję jeszcze swój punkt widzenia jako obywatela, być może także w imieniu choć części osób, których dzieci już pokończyły szkoły lub dzieci nie mają. Takie będą Rzeczpospolite jak ich młodzieży chowanie. To – zakładam – powinna być nasza wspólna Polaków troska.
Do czego jesteśmy zmuszani?
Obowiązek szkolny. Przyzwyczailiśmy się do tego, że dzieci muszą chodzić do szkoły, siedzieć w ławkach i realizować polecenia nauczycieli. Historia obowiązku a właściwie przymusu szkolnego lub lepiej – przemocy szkolnej (nie mylić z sytuacją, gdy dwóch uczniów pobije się na przerwie) wzięła się głównie z potrzeby ujednolicenia treści, które wtłaczane będą do głów kolejnym pokoleniom młodych tak, żeby przyjęli za swoje oczekiwania rządzących. Jeśli młody człowiek wychowywany był w swojej rodzinie do innych oczekiwań, trzeba było to zmienić. Jak zapewne większość z Państwa wie, a wszyscy się domyślają, na taki pomysł pierwsi musieli wpaść Niemcy. I rzeczywiście. Masową edukację wprowadzono w Królestwie Prus w XVIII wieku a potem zachwycili się nią inni, na całym świecie. Tak bardzo, że nawet daleko idące reformy (nie piszę tu, Boże broń, o działaniach MEN) i przemiany społeczne nie zachwiały jej istotą. Jest nią nadal zmuszanie obywateli do podporządkowywania się aktualnym potrzebom władzy. Zamiast posłusznych pruskich żołnierzy, gotowych do wykonania każdego rozkazu, dziś oczekiwani mogą być żołnierze inkluzywni, heteronienormatywni, elastyczni i samorealizujący się. To samo dotyczy pracowników. Tylko oczekiwana lojalność urzędników, rozumiana jako bezwarunkowe wypełnianie poleceń i realizowanie procedur, mogłaby pozostać bez zmian.
W dzisiejszej, polskiej szkole, rodzice, czyli obywatele, są zmuszani do wszystkiego. Nie toczy się prawdziwa i istotna dyskusja na żaden temat związany z oświatą. Jeśli są jakieś dyskusje to między specjalistami, nauczycielami, politykami (a co tu do cholery robią politycy?). O szkole powinni dyskutować przede wszystkim rodzice i obywatele i nie chodzi tu o narzekania na kolejne wytyczne Ministerstwa tylko o rozmowę na temat zakresu w jakim Pan Tadeusz Adama Mickiewicza ma być „przerabiany” i w jakiej formie mają być przekazywane treści dotyczące zdrowego trybu życia, ochrony natury. Musi powstać platforma do takiej dyskusji i rolą Państwa jest ją zapewnić i zorganizować. Jeśli weźmie w niej udział nawet znikoma ilość obywateli to jej wynik będzie rezultatem demokratycznego procesu i powinien być uszanowany. To tak, jak z wyborami. Nie poszedłeś na głosowanie to Twoje oburzenie z powodu wyniku jest mało wiarygodne. I żeby tu była jasność: w dyskusji powinni móc wziąć udział wszyscy, na równych prawach, nie tylko rodzice i podmioty bezpośrednio zaangażowane w procesy oświatowe.
Katarzyna Lubnauer (MEN): praktycznie na każdym spotkaniu, jak rozmawiamy z nauczycielami (o tym), jakie są największe problemy, to (zgłaszany jest) problem dotyczący rodziców, którzy, mam wrażenie, czasami źle pojmują interes dziecka.
Rozmawiajmy, bo czas ucieka
Powie ktoś, że to głupie żarty i być może będzie miał rację, ale pomyślmy choć chwilę czy nie powinniśmy jednak, na poważnie, podjąć dyskusję na temat tego jak tę masową edukację, do której się przyzwyczailiśmy się, i która ma swoje zalety, przekształcić tak, by nadal była masowa, ale kształciła INDYWIDUALNIE. Bo „masowa” powinna oznaczać dziś tylko „powszechna” – dająca szansę wszystkim uczniom na najwyższym dla każdego z nich poziomie. Wiem, że brzmi to jak utopia i każdy może powiedzieć: zgoda lub nie, tylko jak jesteś taki mądry, to powiedz, jak można byłoby to zrobić? Niestety, wiem tylko, że nie istnieje coś takiego jak kultura masowa, masowa edukacja czy masowa produkcja. To sygnały wskazujące na tandetę i schemat a nie o to chodzi w edukacji. Nie ma przeciętnego ucznia czy przeciętnego odbiorcy. To manipulacje językowe szamanów od wciskania usług, produktów, programów gorszej jakości, podszyte lekką pogardą dla „prostego człowieka”, który ma ich zdaniem mniejsze potrzeby niż „oświeceni”. Masowe może być tylko zatrucie lodami. Rozmawiajmy, bo czas ucieka.
Podstawa programowa
Rodzice praktycznie nie mają żadnego wpływu na podstawę programową.
Lekcje religii
Rodzice praktycznie nie mieli wpływu na zmiany w ilości godzin.
Edukacja zdrowotna
No, były protesty i trochę udało się zmienić.
Egzaminy
Rodzice praktycznie nie mają wpływu na procedury związane z egzaminem ósmoklasisty ani maturami, ich formułami, założeniami itd.
Trzy warunki powodzenia dyskusji:
1. Trzy podmioty, na równych prawach, muszą współdziałać, nikt nie może być ważniejszy – istnieje konieczność dowartościowania Rodziców jako Partnerów, czyli Obywateli, bo nie zapominajmy, że chodzi o ich dzieci a nie dzieci ministra czy nauczycielki. Zdanie rodziców, ich opinie, to co sami chcą przekazać swoim dzieciom jest najważniejsze a nie aktualna przynależność partyjna władz oświatowych, najnowsze zdobycze w dziedzinie dietetyki - tu radzę prześledzić epopeję żywieniową w szkołach USA związaną z pomidorami i co się komuś kiedyś wydawało oraz przyjęcie, że za 50 lat (jeśli ludzkość dotrwa) to samo mogą przyszłe pokolenia sądzić o poglądach specjalistów-dietetyków i MEN-u na temat roślin strączkowych.
2. Dyskutować trzeba nie o tym, czego można zakazać lub na co pozwolić, tylko co jest powodem, że takie pomysły (zakazać lub pozwolić) się pojawiają. Problem zakazu używania przez uczniów telefonów w szkołach to bardzo dobry przykład dyskusji nie o tym co trzeba. Poza sporem pozostaje chyba to, że metodyka działania, rozwiązywanie problemów, twórcze, ale jednocześnie zgodne z dotychczasową wiedzą sposoby zdobywania i przetwarzania informacji, są takie same, niezależnie od tego czy korzysta się z książek w bibliotece czy z Internetu. Uczeń piszący np. rozprawkę z polskiego stara się zwykle znaleźć poparcie dla swoich przemyśleń w więcej niż jednej lekturze (o ile jakąkolwiek przeczytał). Odwołuje się do doświadczeń życiowych, czasami filmu itp. Z moich obserwacji (szerszych niż tylko własnych dzieci) wynika, że przy korzystaniu z urządzeń elektronicznych uczniowie najczęściej poprzestają na jednym odniesieniu, często przypadkowym i pierwszym. Dziadunio Marshall McLuchan miał rację: środek przekazu staje się przekazem, zmienia sposób myślenia. A tu za chwilę, a właściwie już teraz, w nieznanym jeszcze natężeniu i z nie do końca wiadomymi skutkami, wkracza do szkół AI. Postępujący w błyskawicznym tempie postęp technologiczny wymaga przyspieszenia w „oswajaniu” młodych ludzi z otaczającym nas światem cyfrowym i to nie w zakresie praktycznego opanowania (tu raczej młodzi mogą uczyć starszych) ile z implementowaniem doń dotychczasowej wiedzy, wspomnianej już metodyki i zasad. O tym trzeba rozmawiać. Jak im wyjaśnić, przekonać do tego, że informacja z jednego źródła nie daje pewności, że nie można interpretować, jeśli się nie porówna. I, że tych źródeł można także szukać w Internecie. I, że interpretacja zależy także od tego w co wierzymy, czemu i komu ufamy, co nas wzrusza a co niepokoi. I nie sam telefon jest problemem. Dziś nikt już nie chodzi po mieście z ogromnym radiem tranzystorowym pod pachą a ze smartfonem w ręku i owszem. To nie znaczy, że nikt już nie słucha radia i nie znaczy także, że zakaz używania w szkole radia tranzystorowego w latach 60-tych ubiegłego wieku okazał się skuteczny. Rodzice muszą być włączeni w ten proces. Być może przydałyby się działania edukacyjne, o dużym społecznym zasięgu. Nie chodzi tu o broszury dotyczące „ochrony danych osobowych” czego instytucje wymagają od poszczególnych osób, łamiąc jednocześnie tę ochronę same – przypadek wniosku o przyjęcie kandydata do szkoły ponadpodstawowej, co opisałem w poprzednich odcinkach.
Jednak najważniejszym problemem są media społecznościowe. Dla młodych ludzi potrzebne są limity czasu, nocne blokady, różne dodatkowe zabezpieczenia, ograniczenia, które władze (MEN jest przecież częścią rządu) powinny wyegzekwować (może włączyliby się w ten proces także inni ministrowie?) od platform organizującym cyfrowe środowisko młodym ludziom. Powinna zostać zaproponowana i zaistnieć granica wieku (zapraszamy do dyskusji) oraz takie mechanizmy, które będą umożliwiały skuteczne jej egzekwowanie. Tu główna rola należy się Ministerstwu, ale dużą rolę w uporządkowaniu tego zagadnienia powinni także odegrać rodzice. Ja bym sam co prawda nie miał pretensji (i nie miałem) o nawet jak największe restrykcje i uważam, że również decyzje o tym czy można mieć telefon w szkole mógłby podejmować dyrektor konkretnej placówki a ja wybrałbym taką szkołę, którą uznałbym za najbardziej odpowiednią dla dziecka, uwzględniając też wszystkie inne elementy składające się na jej całościowy obraz. Obawiam się tu kolejnej dyskusji o ograniczaniu wolności obywatelskich, szczególnie udziału w niej tych, którzy z wdziękiem nosorożca wolnością i niezależnością gardzą i wiem także, że rodzice w mniejszych ośrodkach (jedna szkoła w pobliżu) takich możliwości wyboru nie będą mieli. I tu również przydałaby się jakaś forma edukacji dla rodziców.
3. Odpolitycznienie szkoły. Wolność wyboru nie jest przywilejem tylko prawem a tradycja i wartości, które wiele lat chroniliśmy i przekazywaliśmy sobie przez kolejne pokolenia, co pozwoliło nam się zachować jako społeczeństwo, nie są zabobonami ani domeną konserwatywnych dziadów. Jeśli ktoś, w randze Ministra Edukacji Narodowej, zapewni mnie, że się z tym zgadza i będzie się tym kierował w swojej pracy, to nie będę pytał do jakiej partii należy. Co nie znaczy, że nie będę dbał o to czy słowa dotrzymuje.
Rodzic w szkole nie może nic, ze szkołą może wszystko a dla szkoły powinien jeszcze więcej.
Na koniec zacytuję samego siebie z poprzedniego odcinka: Jeśli nawet zgodzimy się z tym, że specjaliści wiedzą lepiej od nas, a z tym chyba zgodzić się możemy – w końcu to specjaliści, niech im będzie – nie znaczy to, że mogą przy pomocy MEN-u to egzekwować wbrew nam i naszym kosztem. Dotyczy to zresztą specjalistów wszystkich dziedzin i reprezentujących różne szkoły badawcze. Ja w każdym razie od specjalistów oczekuję wyjaśnień, porad i wskazówek. Decyzję podejmuję sam. Dziękując za pomoc.
Na tym między innymi polega wolność.
I jeszcze jedno: brałem niedawno udział w zebraniu rodziców uczniów pierwszej klasy liceum. Na poszczególne funkcje w trójce klasowej zgłosiły się osoby, które takie funkcje pełniły w różnych klasach, jeszcze w szkołach podstawowych swoich dzieci. Wyeliminowało to kłopot „pierwszego spotkania” kiedy to jeszcze rodzice nie znają się wzajemnie. Wierzę, że zgłosiły się, bo znają problemy związane z funkcjonowaniem takich ciał i chcą działać dla dobra wspólnego. Nikt nie uciekał, nawet wzrokiem. Nie padło ani jedno pytanie na śniadanie.
SZACUN PANIE POŚLE!
