Żołnierz co sto metrów. Wędrówka ludów i jej konsekwencjeŻołnierz co sto metrów. "Coraz ciszej mówi się o cywilizacyjnym aspekcie tej wędrówki ludów i jej konsekwencjach dla świata Zachodu"

Pierwsze elementy metalowego muru na granicy z Białorusią mają być stawiane w listopadzie. Polska ma wystąpić do Unii, by ta dołożyła się do sfinansowania urządzeń elektronicznych.
Łukaszenka i Putin wiedzą już, że ich plan prowadzenia wojny hybrydowej z Polską i Unią Europejską się nie sprawdził. Zmieniają więc taktykę i zaostrzają działania. Granicę atakują coraz większe grupy migrantów. Odpowiedzią polskiego rządu jest budowa potężnej bariery i znaczące wzmocnienie wojskowe newralgicznych terenów na wschodzie kraju.
To ma być najnowocześniejsza budowla tego typu w Europie. Metalowa ściana o wysokości 5 m, zwieńczona concertiną, czyli zasiekami z drutu kolczastego. Takiego, jaki dziś leży na wielu kilometrach granicy. Do tego perymetria, czyli mnóstwo elektroniki: kamer, czujników ruchu, które automatycznie zawiadomią straż graniczną, gdy ktoś spróbuje forsować zaporę. Jak się dowiadujemy, pierwsze elementy mają być stawiane jeszcze w czasie obowiązywania stanu wyjątkowego, czyli w listopadzie. Jednocześnie ma pracować kilka ekip, aby przyspieszyć prace i szybko zabezpieczyć jak najwięcej miejsc zagrożonych nielegalną migracją.
Koszt? Ponad 1,6 mld zł, z czego 500 mln zł decyzją premiera już jest zabezpieczone w budżecie. Polska ma wystąpić do Unii Europejskiej, by ta dołożyła się do sfinansowania urządzeń elektronicznych, które będą stanowić kluczowe elementy zapory. Nasi rozmówcy z rządu wskazują, że UE przed kilkoma laty sfinansowała system inteligentnego nadzoru elektronicznego, który zainstalowano na Białorusi kilkaset metrów od naszej granicy, na południowym jej odcinku. Teraz powinna więc jeszcze chętniej wesprzeć zabezpieczenie wschodniej granicy wspólnoty. Zwłaszcza że według analiz polskich służb imigracyjna nawała ma nie być zjawiskiem sezonowym, lecz stałym.
Narady, odprawy i „latające oczy”
Nawet najlepsze mury nie wystarczą jednak do ochrony granic. Dlatego w tej chwili na granicy pełni służbę 2,5 tys. funkcjonariuszy Straży Granicznej, 600 policjantów i 3,2 tys. żołnierzy. W najbliższym czasie liczebność wojska ma się podwoić. – Na każdej zmianie na każdym kilometrze mamy 10 ludzi, czyli średnio co 100 metrów stoi żołnierz lub strażnik. A mówimy tylko o pierwszej linii obrony, która z reguły wyłapuje pojedyncze osoby przedzierające się przez granicę. Na drugiej linii, nieco dalej od pasa granicznego, mamy większe grupy mundurowych – słyszymy od jednej z osób odpowiadających za bezpieczeństwo granic.
Jak przekonuje, strażnicy graniczni są gotowi na zwiększoną presję ze strony Łukaszenki, a ich zaangażowanie jest doceniane przez przełożonych:
Funkcjonariusze wręcz masowo dostają nagrody, różne dodatki za pracę w szczególnie trudnych warunkach. Tylko w ten sposób możemy im zrekompensować ciężką służbę i permanentną presję ze strony białoruskiej.
Nasi rozmówcy podkreślają, że mimo licznych prowokacji – strzałów ślepą amunicją, wrzucania jakichś przedmiotów na polską stronę, pozostawiania podejrzanych pakunków przez Białorusinów czy wyzwisk – mundurowi strzegący granicy zachowują zimną krew i tak pozostanie.
Wojna wywołana przez Białoruś – bo tak trzeba nazywać sytuację na granicy – to najważniejsza sprawa, z jaką dziś mierzy się rząd. Zwłaszcza w resortach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo od tego zaczyna się każdy dzień.
Codziennie mamy poranną odprawę koordynowaną przez dowódcę operacyjnego Sił Zbrojnych RP, który jest w stałym kontakcie z dowódcami dwóch zgrupowań zadaniowych operujących na granicy. Nasze działania podzielone są na dwa odcinki – na Podlasiu to zgrupowanie „Czarny” realizowane przez 16 dywizję pod dowództwem gen. Krzysztofa Radomskiego, a odcinek lubelski, „Biały”, na którym współpracujemy z Nadbużańskim Oddziałem Straży Granicznej, jest koordynowany przez dowódcę 18 dywizji gen. Jarosława Gromadzińskiego
– opowiada nam wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz.
Do tego co najmniej dwa razy w tygodniu odprawy prowadzone przez szefa MON Mariusza Błaszczaka i stała współpraca z kierownictwem MSWiA, wymiana informacji, konsultacje decyzji również na poziomie politycznym. W tym ostatnim resorcie każdy ranek to spotkanie bądź telekonferencja Mariusza Kamińskiego z komendantem głównym Straży Granicznej i podsumowanie ostatnich godzin – raport o próbach nielegalnego przekroczenia granicy, zatrzymaniach, aktach agresji, pozyskanych informacjach o sytuacji po białoruskiej stronie.
Śledzimy arabskojęzyczne fora internetowe, znamy mapki, którymi posługują się migranci, dokładne szlaki ich marszu, miejsca, w których czekają na nich kurierzy. Jesteśmy krok przed przemytnikami ludzi. Stąd tak liczne zatrzymania osób, które pomagają w transportowaniu imigrantów przez Polskę
– słyszymy od osoby z Komendy Głównej SG, pokazującej nam mapę Google z aktywną trasą, wyznaczoną tzw. pinezkami, czyli punktami, na które orientują się „turyści Łukaszenki”.
Wszystkie osoby, z którymi rozmawiamy, podkreślają, że należy się szykować na eskalację agresji ze Wschodu. Nowy scenariusz mogliśmy już zobaczyć w praktyce. To ujawnione przez SG nagrania, ale też pojawiające się w mediach społecznościowych filmy przygotowane przez służby białoruskie, na których kilkudziesięcioosobowe grupy szturmują zasieki obronne bądź bezceremonialnie próbują się przedzierać przez mniej liczne patrole naszych funkcjonariuszy. Stąd coraz większe zaangażowanie Wojska Polskiego.
Nie tylko jeśli chodzi o żołnierzy, lecz i sprzęt
– podkreśla Skurkiewicz. I precyzuje:
Granicę codziennie patrolują cztery śmigłowce z termowizją i kilka–kilkanaście bezzałogowców będących m.in. na wyposażeniu Wojsk Obrony Terytorialnej. Te ostatnie, tzw. FlyEye [„latające oko” – przyp. red.], wykonują każdego dnia dziesiątki, a nawet setki lotów, dzięki którym możemy precyzyjnie śledzić działania służb białoruskich. Do tego dochodzi sprzęt na wyposażeniu straży granicznej czy wojskowe samochody z zamontowanymi na stałe głośnikami. Takie cztery pojazdy poruszają się wzdłuż granicy i od kilku dni emitują komunikaty po angielsku, białorusku oraz w językach arabskich, zniechęcając imigrantów do przekraczania granicy.
Wszystkie działania chroniące granicę mają również pełne poparcie głowy państwa. Prezydent Andrzej Duda zapowiedział też natychmiastowe złożenie podpisu pod specustawą o budowie bariery, gdy tylko jej ostateczną wersję przyjmie parlament.
Tusk jak Łukaszenka
Pamiętajmy, że ta inwestycja będzie prowadzona w ekstremalnych warunkach – w towarzystwie białoruskich służb pod bronią i gigantyczną presją – imigrantów oraz części polskiej klasy politycznej, a także mediów
– przewiduje jeden z naszych rozmówców z rządu. Jak dodaje, również z powodu postawy dużej części opozycji specustawa procedowana jest w trybie pilnym:
Już widać, że to była dobra decyzja, bo zachowanie Donalda Tuska i jego partii pokazuje, że skłonni byliby znów stosować obstrukcję w Senacie, byle tylko opóźnić budowę bariery.
Platforma Obywatelska i Lewica chciały natychmiastowego odrzucenia ustawy. Ostatecznie zagłosowały przeciw jej przyjęciu (podobnie jak koło Polska 2050 Szymona Hołowni). To szokująca postawa, gdy każdego dnia widzimy, jak Białoruś nakręca spiralę nielegalnej migracji. Polskie władze mają wsparcie Komisji Europejskiej, Frontexu (unijnej agencji powołanej do strzeżenia granic wspólnoty) i licznych ekspertów ds. wschodnich. Po przeciwnej stronie stoi część polskiej opozycji oraz samozwańczy prezydenci Białorusi i Rosji.
Łukaszenka i Putin znaleźli sobie narzędzie nacisku na nasz kraj i całą Unię. Politycznie to dla nas oczywiście korzystne, bo się nie ugniemy i tym zapunktujemy w oczach opinii publicznej, choć nie to jest naszym celem. Bezpieczeństwa Polski będziemy bronić zawsze i nie damy się szantażować. Żadne krzyki naszych przeciwników nas nie złamią. Ale z perspektywy interesów państwa postawa części opozycji jest zatrważająca
– konstatuje nasz rozmówca z kierownictwa PiS.
Musi to być widoczne również na zachodzie Europy. Już nawet takie gazety jak niemiecki „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, zwykle ostro krytykujący konserwatywny polski rząd, odnotowują, że „Łukaszenka wykorzystuje migrantów jako środek nacisku na UE, dlatego należałoby użyć wszystkich politycznych i gospodarczych możliwości, aby ukrócić jego podłą grę”. Odnosząc się do planowanej budowy polskiej bariery, „FAZ” dodaje, że „liczby, którymi dysponuje niemiecka policja federalna, pokazują, czyją właściwie pracę wykonuje tam Polska”.
Mur na granicy z Litwą?
Czy działania podjęte przez rząd Morawieckiego wystarczą? Czy za kilka miesięcy będziemy mogli mówić o wygranej wojnie hybrydowej z Łukaszenką i Putinem? Niekoniecznie.
Obawiamy się przesunięcia tych tysięcy migrantów i wciskania ich do Polski przez Ukrainę, a ze względu na panującą tam korupcję, możliwości skorzystania z tej drogi są właściwie nieograniczone. Kolejny scenariusz to jeszcze dalsze skierowanie imigrantów na południe i puszczanie ich Karpatami przez Słowację i dalej przez Czechy bądź Austrię do Niemiec. Wtedy oczywiście ominęliby nasz kraj, ale z perspektywy Unii Europejskiej problem byłby taki sam, a może nawet większy, bo nie wiemy, czy nasi południowi sąsiedzi zachowaliby się równie stanowczo jak my
– mówi proszący o anonimowość minister.
Dlatego w obozie władzy na poważnie rozważany jest scenariusz „zamurowania” całej granicy wschodniej, włącznie z odcinkiem ukraińskim, a nawet litewskim. Nikt nie powie tego pod nazwiskiem, ale od kilku ważnych polityków usłyszeliśmy, że Litwini niestety przymykają oko na swoich „podopiecznych”, których umieszczają w ośrodkach półotwartych, a ci znikają. Wilno codziennie raportuje liczbę osób znajdujących się w obozach dla cudzoziemców i codziennie ta liczba się zmniejsza.
Tu ma pan odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo naszego ogromnego zaangażowania na granicy z Białorusią Niemcy co chwilę wyłapują kogoś, kto próbuje się do nich wedrzeć z Polski. Zresztą nasze służby operują też na Suwalszczyźnie i tam zatrzymujemy migrantów trafiających do nas z Litwy
– słyszymy od jednej z osób odpowiedzialnych za szczelność granic.
W naszych rozmowach permanentnie powraca kwestia solidarnej unijnej izolacji Białorusi i twardej postawy wobec wschodnich reżimów. Nikt nie chce powtórki scenariusza z 2016 r., gdy Recep Tayyip Erdoğan skutecznie szantażował Unię imigrantami, otrzymując ostatecznie za zamknięcie szlaku migracyjnego przez Turcję 6 mld euro oraz ruch bezwizowy dla swoich obywateli.
Była to druga porażka Brukseli w obliczu kryzysu migracyjnego. Dużo mniej kosztowna niż nieco wcześniejsza, gdy na zaproszenie kanclerz Angeli Merkel w poszukiwaniu wygodniejszego życia do Europy przybyły miliony ludzi z obcych nam kulturowo regionów. Ówczesny polski rząd pod przywództwem Ewy Kopacz chciał uczestniczyć w tym samobójczym festiwalu, ale na szczęście nad Wisłą doszło do zmiany władzy, a i liderzy unijni zrozumieli wreszcie, jaką katastrofę sprowadzili na Stary Kontynent.
Coraz ciszej mówi się o cywilizacyjnym aspekcie tej wędrówki ludów i jej konsekwencjach dla świata Zachodu. Narody „starej” Unii już bezpowrotnie się zmieniły i muszą się pogodzić z utratą (przynajmniej częściową) swojej tożsamości. Państwa naszego regionu – na czele z Polską i Węgrami – wciąż stawiają opór islamskiemu zalewowi.
To nie jest rok 732 i nie potrzebujemy dziś Karola Młota, ani rok 1683, gdy napór muzułmanów zatrzymał pod Wiedniem Jan III Sobieski. Ale w dłuższej niż kilkuletnia perspektywie efekt migracji milionów muzułmanów do Europy może mieć takie konsekwencje, o jakich marzyły armie prowadzone w VIII w. przez Abd ar-Rahmana i 951 lat później przez Kara Mustafę.
Artykuł z 42/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
