Zimna wojna. "szepczą ze strachem"Zimna wojna. "Ci z miejscowych, którzy pamiętają jeszcze wojnę, szepczą ze strachem

Funkcjonariusz z goryczą mówi o tym, jak on i jego koledzy oraz koleżanki są traktowani przez media i polityków opozycji.
Napięcie, które czuje się przy wjeździe na tereny bezpośrednio przylegające do tych, gdzie wprowadzono stan wyjątkowy, można porównać do tego, jaki panuje na obszarach frontowych. Nikt do końca nie wie, czy huk, który słychać zza zakrętu, pochodzi z olbrzymiego kombajnu czy z jednej z wielu potężnych wojskowych ciężarówek kursujących między placówkami Straży Granicznej.
Ci z miejscowych, którzy pamiętają jeszcze wojnę, szepczą ze strachem, że „dziś jest podobnie”. Strażnicy graniczni, policjanci i żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej radzą sobie ze stresem lepiej niż ludność, ale również są poddani wielkiej presji. Ciągłe prowokacje białoruskich bezpieczniaków, kilkunastogodzinna służba, zmęczenie, stres i medialne ataki, sprawiają, że mundurowi na polsko-białoruskiej granicy znaleźli się w pułapce.
Ciężka służba
Wjazd do Michałowa zdobi niewielki obelisk z orłem bez korony, który stoi tuż przy drodze. Pozostałość czasów PRL zarasta trawa. Jest już po godz. 8, ale ruch na okolicznych polach jest niewielki. Kukurydzę zebrano niedawno, więc rolnicy przygotowują się do zimy. Ten sielski podlaski obrazek znika, gdy docieramy do miejscowej placówki Straży Granicznej. Tu wszyscy się spieszą, a ruch panuje tak duży, jak byśmy odwiedzali wielki zakład logistyczny. Tuż przy budynku leżą wielkie zwoje drutu kolczastego, elementy stalowej konstrukcji. Strażnicy uwijają się przy tym jak pszczoły. Pakują żelastwo do ciężarówek, które jedna za drugą ruszają w stronę granicy. Trwa budowa zasieków, które utrudniają przepływ nielegalnych imigrantów na polską stronę. Co kilkanaście minut podjeżdżają busy pełne strażników granicznych. Ci, którzy czekają na swój patrol, są skupieni i podekscytowani, ale ci powracający wyraźnie zmęczeni i bardzo znużeni kilkunastogodzinną służbą. Tylko karabinki szturmowe lśnią, jakby im służba nie przeszkadzała. Na szczęście po polskiej stronie nikt ich nie używa. Jak długo jeszcze? Trudne pytanie, szczególnie w kontekście strzałów po stronie białoruskiej i innych prowokacji służb Łukaszenki.
Nękani i prowokowani
Jest bardzo ciężko. Pogarszają się warunki atmosferyczne. Chłód, a mamy naprawdę co robić. Pracujemy często po 12–14 godzin w terenie. Zajmujemy się emigrantami nie tylko przy granicy, lecz także tutaj, w placówkach SG. Karmimy ich, robimy zakupy, umawiamy wizyty u lekarza, a potem w aptekach. Przygotowujemy też posiłki. Codziennie ciężka praca
– mówi st. chor. Marcin Suprun z placówki Straży Granicznej w Michałowie.
Suprun właśnie skończył wydawanie śniadania imigrantom, którzy zostali umieszczeni w placówce. Dziś ma szczęście, nie musi jechać w teren, ale do końca nie wiadomo, jak ułoży się dzień. Nad ranem złapał przymrozek i nocna służba musiała być wyjątkowo uciążliwa.
Praca w terenie jest wyczerpująca, jesteśmy jednak przygotowani. Obszar, który patrolujemy, jest bardzo zalesiony i bagnisty. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiemy, co nas spotka. Każdy dzień i każdy patrol jest inny. Nie wiemy, kiedy spotkamy imigrantów, ilu ich będzie i w jakim będą stanie. Ciężko to wyczuć, gdyż każda sytuacja jest inna. Ze strony białoruskiej widać wrogość. Koledzy mówią o tych zagrożeniach. Oddawane są strzały, rzucane są petardy pod nogi. Jesteśmy nękani i prowokowani. Okazuje się też, że po białoruskiej stronie znajdują się nie tylko pogranicznicy, ale także jednostki wojskowe. Dochodzą do nas informacje, że niektórzy imigranci są przebrani w białoruskie mundury. Takie osoby także zbliżają się do zasieków
– relacjonuje Marcin Suprun.
Nieuzasadniona krytyka
Funkcjonariusz z goryczą mówi o tym, jak on i jego koledzy oraz koleżanki są traktowani przez media i polityków opozycji. Nie rozumie tego.
Bardzo nas boli ta nieuzasadniona krytyka i hejt, które są kierowane w naszą stronę. Ci ludzie nie mają pojęcia o naszej pracy. Gdyby zobaczyli, jak wygląda jeden dzień z życia funkcjonariusza Straży Granicznej, to zmieniliby zdanie. Przecież gdyby los tych nielegalnych imigrantów był nam obojętny, tobyśmy ich nie karmili, nie wysyłali do lekarza ani nie opiekowali się nimi. Rozdajemy im koce na granicy, zapewniamy ciepłą odzież, wodę i żywność. Jak tylko możemy, to pomagamy. To przecież są ludzie
– przekonuje.
Widzimy ich codziennie
Spod placówki granicznej przechodzimy do centrum Michałowa. Przy pięknym kościele parafialnym spotykamy starszą panią. Podobnie jak inni mieszkańcy tej miejscowości oraz wielu innych przy pasie, za którym obowiązuje stan wyjątkowy, nie jest skłonna z nami rozmawiać. Tu media źle się kojarzą. Nie ma się co dziwić. Wielkie, wspierające opozycję redakcje od miesięcy przedstawiają lokalną ludność jako barbarzyńców, którzy „nie przejmują się losem dzieci z Michałowa”. To krzywdzący obraz, nieprawdziwy.
Wczoraj około 15 szedł ciemnoskóry mężczyzna, miał tylko plastikowe klapki na nogach. Szedł z plecakiem i z papierosem w ustach. Szybko został zatrzymany, ale takich sytuacji jest bardzo dużo. Bardzo się boimy
– mówi nam Mirosława Kondratowicz, mieszkanka Michałowa.
Straż graniczna wywiązuje się ze swoich obowiązków wzorowo. Dobrze, że nas chronią i wspierają. Łukaszenka celowo przerzuca tych ludzi. Ci imigranci się męczą, nasza pani doktor jeździ do ich dzieci na wizyty. W sobotę byli dokarmiani przez strażaków. Rozumiem ich niedolę, ale to oczywiste, że są wykorzystywani
– zauważa mieszkanka Michałowa.
Pani Mirosława, podobnie jak jej sąsiedzi, sama czuje się zagrożona. Nie ma dnia, by w kolejnej miejscowości nie pojawiały się grupy imigrantów, którym udało się przekroczyć granicę. Zagubieni, często koczują na leśnych polanach, łąkach czy polach uprawnych. Czasem, któryś z nich wyrusza do sklepu po żywność. Wtedy szybko jest zatrzymywany i wraz z resztą trafia do jednej z placówek granicznych.
Kilku spotkałam w moim własnym ogrodzie. Bardzo się zdenerwowałam. Słyszałam opowieści o kradzieżach. Rozumiem, że ci ludzie cierpią, ale przecież my nie możemy ich przenieść do Niemiec. Wszyscy oni mówią, że chcą jechać na Zachód. „Byle nie do Polski”
– powtarza słowa imigrantów mieszkanka pobliskiego Gródka.
Niebezpieczne bagna
Kilka kilometrów od Michałowa rozpościerają się lasy i bagna. Teren jest ogromny, pełen naturalnych przeszkód. Trzeba by całej armii strażników, by w 100 proc. zabezpieczyć taki obszar, by go uszczelnić.
Mieszkam tu całe życie, ale nawet ja nie byłbym w stanie odnaleźć nawet sporych grup imigrantów
– mówi nam pan Stanisław, miejscowy rolnik.
Niedawno przeszło tędy kilku mężczyzn, nie wiem, skąd pochodzili, ale wyglądali na Arabów. Ci, którym uda się przejść przez granicę, często się błąkają po tej okolicy. Wkrótce zrobi się naprawdę zimno, spadnie śnieg. Ten, kto ich tu przysłał, sprowadził na nich wielkie niebezpieczeństwo. Nie wszystkich będą w stanie uratować strażnicy i żołnierze
– kręci głową pan Stanisław.
Jak pomagają
O bezcennej pomocy udzielanej przez strażników granicznych i żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej słyszymy nie pierwszy raz podczas tego wyjazdu. Pryska mit o nieczułych mundurowych, którzy pozostawiają zziębniętych i chorych uchodźców na mrozie.
Często okrywamy ich kocami termicznymi, dzielimy się z nimi wodą. Tak działają wszystkie służby. Napotkaliśmy grupę imigrantów, którym natychmiast udzieliliśmy pomocy. To były osoby, które przez kilka dni przebywały w lesie. Pili wodę z przydrożnych kanałów
– mówi kpt. Łukasz Wilczewski z 1 Podlaskiej Brygady Obrony Terytorialnej.
Oficer opowiada nam, że żołnierze jego brygady doskonale znają nie tylko teren, na którym operują, lecz także ludzi tu mieszkających.
Stan wyjątkowy i operacja „Silne Wsparcie” trwa już ponad 30 dni, ale zanim wprowadzono stan wyjątkowy, to my już działaliśmy na Podlasiu. Funkcjonujemy tu już od ponad pięciu lat i jesteśmy częścią tej społeczności. W działania są zaangażowani żołnierze, którzy pochodzą z tych przygranicznych terenów
– mówi kpt. Łukasz Wilczewski.
Blokada i strefa
Z okolic Michałowa przenosimy się do oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów Kruglan. To zaledwie 13 km od Sokółki, która normalnie tętni życiem, tak jakby na granicy z Białorusią nic się nie działo. W wiosce spotykamy grupę strażników granicznych z Kuźnicy, która znajduje się na terenie objętym stanem wyjątkowym. Strażnicy są zmęczeni, ale pokazują nam przecinki leśne, którymi mogą przedzierać się ci „szczęśliwcy”, którym udało się przejść granicę.
Jak kontrolować te leśne ostępy? Pomaga najnowocześniejszy sprzęt. Szczególnie drony.
To nasze oko, które może wystartować w każdych warunkach terenowych. Dzięki jego kamerze możemy określić każdą grupę, która się zbliża do granicy. Kamera dokładnie pokazuje, jakie przedmioty mają przy sobie, czy niosą plecaki. Mamy też kamerę termowizyjną, która w nocy jest w stanie wskazać grupy imigrantów
– opowiada starszy sierżant Jakub Żywolewski z placówki granicznej w Kuźnicy.
Strażnicy ruszają do swoich obowiązków, a my dojeżdżamy do Czuprynowa. Tu zaczyna się obszar objęty stanem wyjątkowym. Nie możemy wjechać do tej wsi. Wjazdu strzeże posterunek z policjantem i żandarmem wojskowym. Ten pierwszy rutynowo nas legitymuje. Obaj sprawdzają tożsamość wszystkich przejeżdżających tędy kierowców. W oddali widzimy ultranowoczesny śmigłowiec Black Hawk. Widać, że szykuje się do lądowania w strefie objętej stanem wyjątkowym. Dalej majaczy konwój kilku wojskowych samochodów. Jadą w stronę granicy.
To nie jest stan wyjątkowy, to zimna wojna – mówi nam starszy mężczyzna, który idzie w stronę zamkniętej strefy.
Artykuł 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
