WYWIAD "SIECI". Prof. Jan Duda: Nikogo nie dyskryminujemyWYWIAD "SIECI". Prof. Jan Duda: Nikogo nie dyskryminujemy. " W naszej deklaracji nie ma słowa o ludziach LGBT"

Jeśli sądy uznają, że nie mamy prawa wypowiadać swojego zdania w obronie rodziny, to będą uchylać. Tylko co z naszą wolnością słowa?
Z dokumentów negocjacyjnych przesłanych z Komisji Europejskiej dowiaduję się, że tu już nie chodzi tylko o tolerancję. KE oczekuje od nas promowania różnorodności preferencji seksualnych. I to ma być punkt wyjścia do negocjacji w sprawie środków finansowych - mówi prof. Jan Duda, przewodniczący Sejmiku Województwa Małopolskiego w rozmowie z Dorota Łosiewicz na łamach tygodnika „Sieci”.
Sejmik Województwa Małopolskiego nie uchylił tzw. deklaracji anty-LGBT. Czy to znaczy, że Małopolska dyskryminuje osoby należące do społeczności LGBT?
Jan Duda: Oczywiście, że nie. Po pierwsze, w naszej deklaracji nie ma słowa o ludziach LGBT. Po drugie, to nie jest deklaracja anty-LGBT, tylko sprzeciw wobec upowszechniania i promowania ideologii ruchów LGBT. W deklaracji zapisano wyraźnie: „Sejmik Województwa Małopolskiego wyraża zdecydowany sprzeciw wobec pojawiających się w sferze publicznej działań zorientowanych na promowanie ideologii ruchów LGBT, której cele naruszają podstawowe prawa i wolności zagwarantowane w aktach prawa międzynarodowego, kwestionują wartości chronione w polskiej konstytucji, a także ingerują w porządek społeczny. Podejmowane w ostatnim okresie działania przez niektórych przedstawicieli samorządowej, jak i krajowej sceny politycznej ukierunkowane są na wywoływanie fundamentalnych zmian w życiu społecznym. Działania te zorientowane są na anihilację wartości ukształtowanych przez wielowiekowe dziedzictwo chrześcijaństwa, ważnych szczególnie dla mieszkańców Małopolski. Jako Radni Województwa Małopolskiego deklarujemy wsparcie dla rodziny opartej na tradycyjnych wartościach oraz obronę systemu oświaty przed propagandą LGBT zagrażającą prawidłowemu rozwojowi młodego pokolenia”. Krótko mówiąc, chcemy działać w kierunku wzmacniania instytucji rodziny, a przede wszystkim chronić dzieci przed deprawacją. Jest to nasz konstytucyjny obowiązek, zwłaszcza wobec pogłębiającego się kryzysu rodziny w Polsce. Chcemy też upowszechniać wiedzę o zagrożeniach, które niesie ze sobą taka ideologia.
Jak pan rozumie ideologię LGBT?
Dla jasności, lepiej byłoby używać sformułowania „ideologia płciowości kulturowej – po ang. gender”, którą postrzegam jako istotne spoiwo ideowe środowisk LGBT, chociaż one same zaprzeczają istnieniu takiego spoiwa i negują zasadność używania tego terminu. Wikisłownik określa ideologię jako „system poglądów, idei jednostki lub grupy; wspólnota światopoglądów, której celem jest świadome dążenie do realizacji określonego interesu klasowego, grupowego lub narodowego”. Wikipedia podaje też, że „społeczną funkcją ideologii jest artykulacja celów aktywności i dopuszczalnych sposobów ich osiągania oraz motywacja ich zasadności względami uznawanymi za wyższe niż jednostkowy interes”. Trudno zaprzeczyć, że poglądy propagowane usilnie przez środowiska LGBT odpowiadają podanej wyżej definicji. W moim rozumieniu „ideologia gender” to zespół przekonań, według których uwolnienie się od ograniczeń biologicznych związanych z płcią i żonglowanie własną seksualnością jest uprawnioną drogą do samorealizacji człowieka. Jest to w istocie rozwinięcie, wypracowywanej od lat 70. XX w., neomarksistowskiej ideologii nowej lewicy, mającej na celu przebudowę społeczeństwa w drodze tzw. marszu przez instytucje, tym razem przez rodzinę. Nowe społeczeństwo ma być wolne od zobowiązań wynikających z życia intymnego, a przez to szczęśliwsze. Ta oczywista i szkodliwa utopia jest bardzo intensywnie, jakkolwiek być może czasem nieświadomie, promowana przez środowiska ludzi identyfikujących się z akronimem LGBT, deklarujące walkę o niedyskryminację osób o nieheteronormatywnych skłonnościach seksualnych. Środowiska te znajdują mocne wsparcie w instytucjach UE ze względu na przyjęte standardy tolerancji i równego traktowania. Niepokojące jest, że politycy UE uporczywie negują wpływ takiej polityki na promocję rewolucji obyczajowej, kierują swoje działania także do dzieci, ignorując to, że eksperymenty społeczne o podobnym charakterze miały w przeszłości bardzo negatywny wpływ na relacje społeczne, a szczególnie na kondycję rodzin. Trudno się oprzeć wrażeniu, że nie chodzi tu tylko o tolerancję, ale o wywołanie fundamentalnych zmian społecznych.
Skąd pewność, że ten zespół poglądów, czyli „ideologia gender”, jak pan mówi, jest społecznie szkodliwy?
To wynika z licznych badań naukowych, które wskazują, że „ideologia gender” może być atrakcyjna dla osób niemających predyspozycji biologicznych do skłonności homoseksualnych. „Science Magazine”, czołowe pismo naukowe, w 2019 r. informowało o badaniach przeprowadzonych na próbie 500 tys. osób deklarujących preferencje nieheteroseksualne. Okazało się, że tylko u 8–25 proc. osób z tej grupy owe preferencje mogą mieć podłoże genetyczne. U reszty to wynik czynników hormonalnych i kulturowych. To są fakty naukowe. Wynika z nich, że na zachowania nieheteronormatywne w znaczącej mierze może wpływać promocja takich zachowań przez media, manifestacje czy działania polityczne. Mogą jej ulegać ludzie zwiedzeni złudną perspektywą nieograniczonej wolności, nieświadomi bardzo negatywnych konsekwencji podjęcia takich zachowań, a szczególnie dorastająca młodzież o nieukształtowanej jeszcze osobowości. To może prowadzić do późniejszych zaburzeń tożsamości i komplikacji w życiu osobistym. Te zagrożenia trzeba uświadamiać. Poza tym trzeba promować postawy wypracowane przez tysiące lat, czyli antropologię chrześcijańską. Warto uczyć odpowiedzialności za osobiste działania. To podstawa funkcjonowania dojrzałego społeczeństwa. A ta odpowiedzialność zanika. Dlatego wyraziliśmy przekonania, które, naszym zdaniem, powinny przyświecać życiu społecznemu. Warto jeszcze dodać, że gdy przyjmowaliśmy tę deklarację, mieliśmy prawo spodziewać się eskalacji promocji tej ideologii i wciąż mamy podstawy, by tak myśleć. Nasze działania wynikają przede wszystkim z troski o rodzinę i przyszłość dzieci.
Jednak przekonania przekładają się na pieniądze. Komisja Europejska, opozycja straszą utratą 2,5 mld euro.
Wydaje się, że jest wyraźny problem w komunikacji z Komisją Europejską. Można mieć wrażenie, że urzędnicy KE nie rozumieją tego, co my do nich mówimy. Nie wiem, jak można wyinterpretować ze słów, które są w deklaracji, a które cytowałem na początku, że my chcemy eliminować z życia publicznego ludzi? Poza tym z dokumentów negocjacyjnych przesłanych z KE dowiaduję się, że tu już nie chodzi tylko o tolerancję. Komisja oczekuje od nas promowania różnorodności preferencji seksualnych. I to ma być punkt wyjścia do negocjacji w sprawie środków finansowych.
To jest zapisane w korespondencji, która do pana trafiła?
Są takie zapisy w dokumencie, który mi udostępniono, przesłanym z Komisji Europejskiej w ramach negocjowania warunków uznania Zarządu Województwa Małopolskiego za instytucję zarządzającą środkami regionalnych programów operacyjnych. Urzędniczka KE pisze tak: „Obowiązkiem instytucji zarządzającej powinno być nie tylko zapobieganie dyskryminacji, ale również promowanie równości i różnorodności preferencji seksualnych”. KE oczekuje przygotowywania projektów promujących tę różnorodność. Zdaniem pani urzędniczki przyjmowanie uchwał, takich jak nasza, to „stygmatyzowanie pewnej grupy osób”. Ponadto pisze, że nie powinno mieć miejsca mówienie, że taka grupa jest niepożądana. A przecież takich sformułowań nie używamy ani nie mamy takich intencji. W dokumencie czytam, że „Uchwały te (…) są sprzeczne z celami art. 7 rozporządzenia 1303/2013”. Artykuł, na który powołuje się KE, dotyczy promowania równości mężczyzn i kobiet (!) oraz niedyskryminacji płci w trakcie przygotowania i wdrażania programów. Chodzi o zapobieganie dyskryminacji ze względu na płeć (ale wymienia się tylko dwie, a nie kilkadziesiąt). Artykuł ten stanowi: „Państwa członkowskie i KE podejmują odpowiednie kroki w celu zapobiegania wszelkim formom dyskryminacji ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, religię lub światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną podczas przygotowania i wdrażania programów”. W moim przekonaniu wszystkie te warunki spełniamy. Szanujemy ludzi, ale oceniamy ich działania. Mamy do tego prawo. Tymczasem KE chce od nas promocji różnorodności, w tym edukacji w zakresie różnorodności seksualnej. Uważamy, że będzie to prowadzić do pogłębiania kryzysu rodziny. A przecież w Polsce mamy inne problemy. U nas dochodzi do dyskryminacji głównie ze względu na wysokość dochodów, ubóstwo, i to trzeba eliminować. Musimy wprowadzić równość, jaka od dość dawna istnieje na Zachodzie, czyli wspierać najsłabszych, wyrównywać szanse edukacyjne. Zachód od dawna stać było na programy socjalne, u nas 500+ wystartowało dopiero w 2016 r. Musimy dbać o rodziny, gospodarkę, transport. To prowadzi do równości i braku wykluczenia. Ważny jest też rozwój poradnictwa rodzinnego i wychowawczego dla wzmacniania instytucji rodziny. To są realne, nie zaś wyimaginowane problemy. Być może urzędnicy KE biorą pod uwagę historię niektórych państw Unii, w których miały miejsce krwawe wojny religijne, mordy na mniejszościach etnicznych i stąd ten lęk przed dyskryminacją. W Polsce spory ideowe czy konflikty etniczne nigdy nie były tak ostre, a postawy tolerancji pielęgnujemy od 600 lat.
Głos w sprawie zabrał także nowy RPO.
Dostałem niedawno list, w którym zastępca rzecznika praw obywatelskich pan Maciej Taborowski apeluje do radnych Sejmiku Województwa Małopolskiego o uchylenie uchwały przeciwko „ideologii LGBT”. W liście tym RPO powiela stanowisko środowisk lewicowych i stawia nam zarzuty nieuzasadnione w treścią naszej deklaracji, ewidentnie sprzeczne z naszymi intencjami. Można odnieść wrażenie, że w opinii RPO nie mamy prawa bronić rodziny ani wpływać na sytuację społeczną, a nawet wyrażać poglądów na takie tematy. Zdaniem RPO ta uchwała narusza prawo do nauczania oraz prawo do wychowania dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami, choć jest dokładnie odwrotnie. A my właśnie się domagamy, by rodzice takie prawo mieli. Postawa RPO jest dla mnie niezrozumiała. Uważam, że ma on obowiązek bronić również praw obywateli przywiązanych do tradycji chrześcijańskiej, a także dzieci przed kryzysem rodziny. RPO ostrzega też, że sądy administracyjne będą uchylać uchwały samorządów. No trudno. Dura lex, sed lex. Jeśli sądy uznają, że nie mamy prawa wypowiadać swojego zdania w obronie rodziny, to będą uchylać. Tylko co z naszą wolnością słowa?
Czuje pan, że ona jest ograniczana?
Tak. Przez nakaz promocji neomarksistowskich poglądów. Fala indoktrynacji jest tak silna, że nawet nie wolno publikować danych o przestępczości w środowiskach LGBT. A tam częstość rozwodów czy konfliktów jest wysoka. Konsekwencje społeczne potężne. Co my więc mamy promować? Jak mam promować coś, co uważam za szkodliwe? Nawet za czasów PRL nikt mi nie kazał promować tamtego ustroju. My walczymy w istocie o prawo do kształtowania regionalnej polityki społecznej, o prawo do niełamania naszych sumień za pieniądze.
Niektóre województwa wycofały się z uchwał. Dlaczego?
Uległy presji ze strony instytucji UE. Włodarze gmin i województw boją się utraty środków, boją się, że stracą mieszkańcy. Jednak ja chciałbym mieć jasność, jak daleko zechce się posunąć KE we wpływaniu na naszą tożsamość. Gdzie ich poszanowanie różnorodności kulturowej w ramach Unii? Zaraz okaże się, że musimy promować aborcję, bo przecież według uchwały PE to prawo człowieka. Presja na nas, na łamanie naszych wartości to po prostu łamanie traktatów UE. Traktowanie nas jak podbitych ludów.
Opozycja mówi, że Sejmik Województwa Małopolskiego nie wycofał się z uchwały, ponieważ przewodniczący sejmiku ma syna w Pałacu Prezydenckim. I stąd ta twardość.
Powiedzieć można wszystko, ale ja chyba dość precyzyjnie wyłożyłem swój punkt widzenia. Jest on zgodny z poglądami większości obywateli, ale zapewniam, że nie ma on bezpośredniego związku z funkcją pełnioną przez mojego syna. Mój syn zawsze stał na stanowisku, że każdy z nas jest samodzielnym politykiem i podejmuje decyzje na własną odpowiedzialność. Jednak fakt, że teraz utrzymaliśmy w mocy naszą deklarację, nie kończy sprawy. Będzie ona dalej procedowana w najbliższym czasie, przy czym wiodącą rolę odgrywa tu zarząd województwa. W moim odczuciu w naszej deklaracji zawarliśmy sformułowania nieco zbyt emocjonalne, ale trzeba pamiętać, że była to reakcja na konkretne, bardzo niepokojące zdarzenia, takie jak praktycznie bezkarne profanowanie kościołów (m.in. w mojej parafii) czy obrażanie naszych uczuć religijnych. Uznaliśmy, że mamy prawo wyrazić zdecydowany sprzeciw wobec takich działań, tym bardziej że ówczesny RPO nie wykazywał szczególnej aktywności w obronie naszych praw. Z tekstem tej deklaracji jest trochę jak z „Marsylianką”. Gdy czytamy słowa tej pieśni, włos się jeży na głowie, ale ona powstała w określonym kontekście historycznym. Nikt, kto ją dziś śpiewa, nie wzywa do nienawiści. Niestety użyte w naszej deklaracji określenie „ideologia LGBT”, niezbyt fortunne, jakkolwiek dla większości obywateli zrozumiałe, zostało przez totalną opozycję wykorzystane do całkowitego zafałszowania naszych intencji, a przez to do szkalowania Polski w UE. Dlatego uważam, że nie wycofując się z przyjętych tam zobowiązań ideowych i konstytucyjnych, musimy wypracować nową treść uchwały. Potrzebne są nowe sformułowania. Nie powinno się mówić o „ideologii LGBT”, trzeba podkreślić, że chodzi o „neomarksistowską ideologię gender (lub po polsku – płci kulturowej)” albo wyrazić ją opisowo. Trzeba jednoznacznie zadeklarować, że chodzi nam o ochronę rodzin, a szczególnie dzieci, przed deprawacją, co jest naszym konstytucyjnym obowiązkiem.
A tak szerzej: myśli pan, że uda się zatrzymać rewolucję kulturową?
Patrzę na sytuację z niepokojem. Jeśli Europy nie zmiażdżą bardziej prężne ludy, które wiedzą, co naprawdę jest ważne, to może się okazać, że Polska stanie się oazą wolności, do której będą zmierzać ludzie, jak w poprzednich epokach. Np. w ucieczce przed eutanazją, na którą zgodę wyraża rodzina, a nie sam zainteresowany, czy też przed presją na unikanie podejmowania trudów rodzicielstwa nawet poprzez aborcję. Jeśli ludziom na Zachodzie przestanie się podobać to upojenie pseudowolnością, to może nasza cywilizacja wytrwa. Jeśli nie, staniemy się bezwolnymi konsumentami globalnej wytwórczości.
A jak wygrać młodzież, jak uczyć patriotyzmu?
Młodzieży trzeba otwierać oczy na zagrożenia. Niewątpliwie rośnie nam pokolenie nieodpowiedzialnych mężczyzn, przestraszonych roszczeniowością kobiet, i kobiet nastawionych wyłącznie na tzw. samorealizację. Dziś żyje się przeważnie ok. 80 lat, a nie 30 czy 40, jak w epoce renesansu, i poczucie spełnienia trzeba sobie zapewnić na cały ten czas. Życie chwilą nie wystarczy. Najlepszą ścieżką budowania własnej siły i spełnienia jest wiara i życie w łączności z Bogiem. Czerpię z tego od 70 lat. Ale ja mogę tylko radzić. Co do patriotyzmu, uważam, że powinien się on dziś przejawiać w braniu na siebie obowiązków społecznych, choćby w wychowaniu dzieci. Warto też kupować i promować polskie produkty. To patriotyzm gospodarczy, konsumencki. Natomiast od przedsiębiorców można w imię ich patriotyzmu oczekiwać odwagi w podejmowaniu ryzyka unowocześniania swoich produktów, zwiększania ich konkurencyjności, wchodzenia na nowe rynki. Niestety takiego patriotyzmu trochę nam brakuje, bo w rankingach innowacyjności Polska ciągle plasuje się w końcówce Europy.
Czy bycie ojcem prezydenta bardzo utrudnia życie?
Dla mnie to przede wszystkim ciągła świadomość olbrzymiej odpowiedzialności, jaką syn ponosi za wszystkie sprawy w państwie, za każdą dziedzinę życia społecznego. Bycie głową państwa to ciężki codzienny trud, który wprawdzie jest doceniany przez większość społeczeństwa, o czym świadczy wysoki poziom zaufania społecznego, ale spotyka się też często z bardzo krzywdzącymi ocenami, a nawet przejawami nienawiści. Ten trud i krzywdzące ataki widzę po chrześcijańsku jak dźwiganie krzyża, w którym duchowo, nawet mimo woli, ale świadomie uczestniczę, trochę jak Szymon Cyrenejczyk.
A czy prezydent, pana zdaniem, zawetuje nowelizację ustawy medialnej?
Wiem tyle, ile usłyszałem w mediach. Wiem też, jaki syn ma pogląd na wolność mediów od dawna. Ja osobiście uważam, że nie jest drogą do budowania wizerunku państwa presja na istotne ograniczenie funkcjonowania stacji, która jest mocno krytyczna wobec rządu, często krzywdząco eksponuje potknięcia i unika pokazywania sukcesów, ale bywa też obiektywna. Pozwala zobaczyć naszą sytuację w innym świetle, oczami przeciwników politycznych, wyborców innych partii. To jest wartość: móc zobaczyć, jak widzą to inni. Próba zamknięcia ust niczego nie zmienia, a daje pretekst do ataków. Jestem zwolennikiem pluralizmu mediów. Sam, by mieć najszerszy ogląd spraw, jestem widzem wszystkich serwisów informacyjnych. Żaden pojedynczy przekaz nie jest obiektywny. Dopiero wielostronny obraz zbliża nas do obiektywizmu. A jestem przekonany, że ten obiektywny obraz, uwiarygodniony ostrą krytyką, będzie per saldo korzystny dla opcji dobrej zmiany.
Wywiad z 35/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
