Upadek Izby Dyscyplinarnej. "Schorzenie całej demokracji"Upadek Izby Dyscyplinarnej. "Kryzys sądownictwa jest może najpoważniejszym, choć ciągle niedocenianym, schorzeniem całej demokracji"

Eurokraci chcieliby tak naprawdę Polskę i Węgry ukarać za to, że wybrały do władzy konserwatywne rządy. Ale nie mogąc w żaden sposób otwarcie ukarać tej „zbrodni”, zadają ciosy przy pomocy trybunałów.
Kryzys sądownictwa jest może najpoważniejszym, choć ciągle niedocenianym schorzeniem całej demokracji zachodniej.
Kiedy tydzień temu Mateusz Morawiecki powiedział, iż „Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełniła oczekiwań moich i naszej formacji” – było jasne, że jest to wyrok wydany na tę instytucję. W słowach premiera pobrzmiewała z jednej strony nuta obywatelskiego rozczarowania, iż „nowi” sędziowie, za których obronę PiS zapłaciło już wielką cenę, nie okazują się wcale jakoś istotnie różni od „starych”. Ale słychać było również w tych słowach ton roztropności i realizmu polityka świadomego, że ani jego formacja, ani tym bardziej państwo polskie nie może się stać zakładnikiem jakiejś idée fixe, wedle której taki czy inny model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów (czyli rzecz, która sama w sobie – umówmy się – w ogóle nie obchodzi normalnego obywatela) miałby się stać polityczną kwestią życia albo śmierci.
Demoralizacja elit prawniczych
W chwili gdy ukaże się ten numer tygodnika, czytelnicy będą być może wiedzieć więcej o tym, jakiego sposobu PiS zamierza użyć, aby zakończyć działalność Izby Dyscyplinarnej w jej dotychczasowym kształcie. Ryszard Terlecki zapowiada w związku z tym jakąś nową ustawę na jesień. Ale prawdę mówiąc, to jest szczegół interesujący głównie samych prawników, no i oczywiście biurokratów oraz jurystów unijnych, którzy aby spowodować upadek Izby Dyscyplinarnej, przeprowadzili w ostatnim czasie prawdziwy nalot dywanowy na Polskę.
Dla polskiej opinii publicznej cała ta historia – jak mi się zdaje – winna być okazją do namysłu nad kilkoma kwestiami zasadniczymi dotyczącymi współczesnej kondycji naszego państwa i uniwersalnych reguł rządzących polityką od niepamiętnych czasów.
Po pierwsze, nad kwestią prawników. Optymistyczna diagnoza, iż „nowi” sędziowie, którzy zrobili szybkie kariery dzięki wsparciu PiS, okażą się jakoś istotnie lepsi od „starych”, jest już dzisiaj co najmniej wątpliwa. Ostry pogląd wyrażony miesiąc temu przez Zbigniewa Ziobrę na temat etyki zawodowej sędziów nowej Izby Dyscyplinarnej, nawet jeśliby była w nim pewna przesada, jest jednak spektakularnym znakiem rozczarowania samego inicjatora reform polskiego sądownictwa. Ziobro mówił, iż:
bezwstydnie stawiają oni interes korporacyjny ponad prawem i zasadami
przyznając tym samym, że główny zarzut formułowany od lat wobec „starych” sędziów może zostać postawiony również „nowym”.
Widzieliśmy już gorszące intrygi personalne w nowej KRS, widzieliśmy skrywaną walkę o przywileje materialne, ale co najważniejsze – widzieliśmy wyroki wydawane w sposób oczywisty nie ze względu na sprawiedliwość, ale motywowane interesem „kastowym”. Łącznie z ochroną sędziów podejrzanych o przestępstwa kryminalne (niemające nic wspólnego z polityką) i odrzucaniem a vista tzw. skarg nadzwyczajnych, które zgodnie z intencją prezydenta, który je wprowadził, miały przywrócić mocno nadwerężone w przeszłości przez sądy społeczne poczucie sprawiedliwości.
Demoralizacja elit prawniczych nie jest – jak teraz widać – ani specyfiką środowiska „starych” sędziów, ani nawet zjawiskiem ściśle polskim lub też postkomunistycznym. Kryzys sądownictwa jest może najpoważniejszym, choć ciągle niedocenianym, schorzeniem całej demokracji zachodniej. I mam tu na myśli nie tylko to, co dzieje się np. w Ameryce, gdzie pojedynczy sędziowie coraz nagminniej, z pobudek czysto ideologicznych, blokują demokratycznie uchwalane prawa (ostatnio np. o wolności słowa na Florydzie czy o zakazie aborcji w Arkansas). Czy też nachalne próby przejmowania władzy politycznej przez sędziów, choćby w trakcie brexitu w Anglii czy pandemicznego stanu wyjątkowego we Włoszech, Hiszpanii, Holandii. W pierwszej kolejności myślę tu bowiem o działaniu zwykłych sądów cywilnych w Europie, które miałem okazję obserwować z bliska w Berlinie czy Hamburgu z racji związków rodzinnych. I włos mi się jeżył na widok skali układów, sitwowych powiązań, kastowego myślenia, a w efekcie sądowej niesprawiedliwości wobec zwykłych ludzi.
Konkluzja w tym punkcie nie jest wesoła. Myślę, że „kastowych” stosunków się u nas nie zmieni, dopóki KRS jest konstytucyjnie umocowana do ochrony interesów korporacji sędziowskiej, a nie prawa zwykłych ludzi do szybkiego i sprawiedliwego sądu (katastrofalny art. 186 Konstytucji RP). Na dodatek o jej decyzjach rozstrzygają sędziowie stanowiący przygniatającą większość składu (jeszcze bardziej katastrofalny art. 187).
Sprytna idea Zbigniewa Ziobry, aby dla osłabienia korporacji wykorzystać lukę konstytucyjną, czyli brak ścisłego sprecyzowania, kto ma wybierać sędziów do KRS, okazuje się chyba jednak zbyt słabą podstawą dla reformy wymiaru sprawiedliwości. Trzeba po prostu radykalnie zmienić konstytucyjny ustrój państwa w takim kierunku, w jakim w 2005 r. proponował prof. Rzepliński: odebrać korporacji prawniczej kontrolę nad KRS i nominacjami nowych sędziów. To będzie kiedyś możliwe, o ile nastąpi całkowita odmiana panujących stosunków politycznych, a w miejsce partyjnej walki na śmierć i życie pojawi się znów pokolenie polityków reformatorów pragnących idealistycznie budować lepszy ustrój. Taki czas nastąpi, ale oczywiście nieprędko. Polska musi na to jeszcze trochę poczekać.
Sędziokracja
Druga kwestia, która przy tej okazji wymaga namysłu, to nasze myślenie o instytucjach europejskich. Pouczającą lekcję eurorealizmu daje ostatnio tygodnik „The Economist” – co ważne – pismo od lat uważane za biblię i katechizm najbardziej ideowych wielbicieli integracji, Unii Europejskiej i tzw. wartości europejskich. Na tle ostatnich przypadków represyjnego zahamowania wypłat funduszów rozwojowych dla Węgier (oficjalnie) i Polski (skrycie, ale z takim samym skutkiem), całej lawiny wyroków trybunałów w Luksemburgu i Strasburgu przeciw Polsce oraz dyskusji nad sankcjami wobec państw członkowskich Unii, „Economist” (chyba pierwszy raz w swej historii) otwarcie kpi sobie z „wartości europejskich”, przyznając, iż są dzisiaj tylko „sygnałami do zadawania ciosów” wrogom ideologicznym. Praktykę karania Warszawy czy Budapesztu przyrównuje zaś do znanych przypadków mafiosa Ala Capone, którego sądy skazywały nie za prawdziwe poważne winy, lecz za łamanie przepisów ruchu drogowego.
Trafność tego porównania bierze się stąd, iż eurokraci chcieliby tak naprawdę Polskę i Węgry ukarać za to, że wybrały do władzy konserwatywne rządy. Ale nie mogąc w żaden sposób otwarcie ukarać tej „zbrodni”, zadają ciosy za pomocą zinstrumentalizowanych „wartości europejskich”, które ( jak sarkastycznie pokazuje „Economist”) są dziś już ideową i moralną pustką.
To przecież jasne, że nigdy w historii wspólnot europejskich i późniejszej UE państwa członkowskie nie godziły się na to, aby ponadnarodowe sądy decydowały o ustroju państw. Owszem, w podręcznikach prawa europejskiego można się doczytać, że takie pomysły rodziły się w sądach europejskich już dawno temu, jeszcze w latach 60. XX w., ale były całkowicie ignorowane przez rządy.
Formalnie nic się w tej sprawie nie zmieniło również w traktacie lizbońskim. Art. 258 traktatu TFUE, mówiący o „uchybieniu przez państwo zobowiązaniom traktatowym”, nawet w snach największych euroentuzjastów nie mógł wyglądać na podstawę do decydowania przez luksemburski trybunał o tym, jak poszczególne kraje mogą, a jak nie mogą organizować swojego parlamentu, rządu, sądownictwa. Wystarczy poczytać prof. Jacka Zaleśnego, jednego z tych nielicznych prawników, przeciwników PiS, którzy nie ulegli wszechpanującemu fanatyzmowi, aby zrozumieć, jak oczywista jest racja rządu polskiego, uparcie twierdzącego, iż sędziowie luksemburscy robią coś, do czego w ogóle nie mają podstaw. Cóż jednak z tego, skoro polityczne fakty są takie, jakie są. To znaczy, że Luksemburg rozszerza sobie art. 258 traktatu niczym jakąś prawniczą gumę, rządy europejskie zaś milcząco albo nawet zachęcająco przyzwalają na ten rodzaj samowoli.
Dlaczego teraz rządy godzą się na coś takiego? Tu właśnie chyba tkwi sedno sprawy. Bo większość z nich uważa, i wcale się z tym nie kryje, że nowy konserwatyzm, który pleni się w Unii (ten spod znaku Kaczyńskiego, Salviniego, Orbána, Janšy, Abascala czy Le Pen), jest wielkim politycznym zagrożeniem dla utrwalonej politycznej dominacji bezideowych, ale ciągle panujących nad Unią partii „głównego nurtu”. A Berlin czy Paryż, nie chcąc wprost angażować się w konflikty z sąsiadami, uznały, że polityczna wojna „per procura” (ostatnio modne jest określenie „proxy war”), czyli za pośrednictwem europejskich trybunałów, jest polityką dla nich wygodniejszą. Mało jest takich przywódców jak premier Rutte, który dla wojennej wyprawy na Warszawę i Budapeszt gotów zaryzykować wszystkie siły Niderlandów. Ale także ci ostrożniejsi sporo taką polityką ryzykują. Rozzuchwalając bowiem zawodowych eurokratów z Komisji Europejskiej czy trybunałów, sami wkrótce paść mogą ich ofiarą.
Faktem bezprecedensowym z ostatniego czasu jest skarga wniesiona przez Komisję przeciw Niemcom, w której żąda się wycofania się niemieckiego trybunału w Karlsruhe z obrony wyższości konstytucji RFN nad prawem europejskim. To pasjonująca historia, zobaczymy, czy i tu europejscy sędziowie wykażą taką samą „odwagę” jak w przypadku Polski.
Pułapka idealizmu
Nasza polska naiwność w traktowaniu instytucji europejskich bierze się z jakiejś idealistycznej wiary, iż muszą one działać praworządnie, zgodnie z traktatami, że nie mogą instrumentalizować „wartości europejskich” (niezależenie od tego, jak je dziś rozumieć), że w końcu w sytuacjach kryzysowych trzeba się zatem odwoływać do sprawiedliwości i innych świętych zasad, które powołały swego czasu Unię do życia. Paradoksalnie tego idealizmu jest dużo więcej po stronie rządzącej prawicy niźli w obozie opozycyjnego centrolewu. To właśnie z tego naiwnego idealizmu biorą się poglądy takie, jak skądinąd zacnego profesora historii (a zarazem ważnej postaci w IPN) Wojciecha Polaka, patetycznie nawołującego, aby niesprawiedliwości sądów europejskich przeciwstawić już tylko sławne słowa ministra Becka o „honorze, który nie ma swojej ceny”.
Nie tylko polityczna, ale i moralna pułapka takiego myślenia tkwi w tym, iż kryje się za nim gotowość wystawienia na szwank zasadniczych polskich interesów, w imię świętej wojny o respekt dla zasad. Opozycyjny centrolew pod wodzą Tuska ma dziś znacznie mniej skłonności do takiego pryncypializmu i tak jak uczy teraz „Economist” – dość swobodnie używa wszelakich „wartości europejskich” jako narzędzi „do zadawania ciosów”. Po prostu po to, żeby wygrać.
Warto zatem pamiętać, gdy idzie o podpisane przez Lecha Kaczyńskiego traktaty europejskie, że (wedle znanego bon motu de Gaulle’a) „traktaty są jak dziewice, są tyle, ile są”. To, co napisane w traktatach, ma znaczenie tylko wtedy, gdy ma się polityczny sposób na skuteczną obronę tego, co tam napisane. A jeśli się go nie ma, to trzeba myśleć zawsze i wyłącznie o jednym – o dobru i interesie własnego kraju. I niewystawianiu owego dobra i interesu na szwank, ani na ryzyko, tam gdzie jest ono nadmierne. W tyle głowy warto też mieć niezbyt przyjemną co prawda świadomość, że w ostatecznym rozrachunku traktaty w pierwszej kolejności służą silnym, słabszym zaś tylko wtedy, gdy potrafią z nich zrobić korzystny dla siebie użytek.
Co zaś się tyczy Unii Europejskiej, jej komisji, parlamentów i trybunałów – to w żadnym razie nie należy oczekiwać, iż królować miałyby tam bezinteresowność, wierność głoszonym zasadom i moralny pryncypializm. Unia jak Unia. Nasz w niej udział ma na razie głęboki sens w polskich narodowych interesach, co na dodatek świetnie rozumie przygniatająca większość Polaków. Ale Polska – wbrew mniemaniom prawicowych ideologów – nie jest krajem suwerennym, gdyż sama idea suwerenności rozpłynęła się już dawno w Europie. Nie tak dawno przecież Bruksela par force zmieniała rządy w Rzymie i Atenach, by lepiej „pasowały” do obecnego kierunku unijnej polityki. A teraz nawet niemiecki Trybunał Konstytucyjny musi się bać unijnego wyroku, który za jakiś czas zapaść może w Luksemburgu. Wniosek z tego jeden i Bogu dzięki chyba rozumieją go zarówno Kaczyński, Morawiecki, jak i Ziobro. Jeśli po nagłym unijnym nalocie dywanowym trzeba zrobić unik, to trzeba go zrobić zręcznie, tak by dla Polski był on jak najmniej kosztowny.
Artykuł z 31/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
