Szlaban na Ziemkiewicza. "Zmanipulowani Brytyjczycy"Szlaban na Ziemkiewicza. "Brytyjczycy zamykający wjazd do swojego kraju konserwatywnemu publicyście dali się zmanipulować"

Ziemkiewicz długo w areszcie nie posiedział, ale samo to, że Brytyjczycy zatrzymali go z powodu jego poglądów, wprowadziło naszych liberalnych fiksatów w krótkotrwałą ekstazę.
Brytyjczycy zamykający wjazd do swojego kraju konserwatywnemu publicyście dali się zmanipulować naszym rodzimym donosicielom, którzy przedstawili Ziemkiewicza jako rzekomego faszystę. Jednak poglądy Ziemkiewicza rzeczywiście nie mieszczą się w kanonie dopuszczonym przez lewicę. Novum tej sytuacji polega na tym, że ten lewicowy kanon nazywany jest w Londynie „brytyjskimi wartościami” i został oficjalnie autoryzowany przez państwo.
Rafał Ziemkiewicz wybrał się do Wielkiej Brytanii, aby wraz z żoną wziąć udział w inauguracji roku akademickiego na Oksfordzie, gdzie jego córka rozpoczyna właśnie studia na wydziale biochemii. Brytyjczycy wpuścili żonę i córkę, natomiast samego Ziemkiewicza zatrzymano „do wyjaśnienia”. Początkowo – jak relacjonował publicysta – miało chodzić o „problemy techniczne”, sytuacja jednak szybko się zmieniła: Ziemkiewicza poddano kontroli osobistej, odebrano mu dokumenty, telefon i leki na cukrzycę, po czym umieszczono w areszcie. Finał sprawy jest znany: po interwencji polskiego konsula Ziemkiewicza wsadzono do powrotnego samolotu do Warszawy, oznajmiając mu, że nie został wpuszczony do Wielkiej Brytanii, ponieważ „jego poglądy stoją w sprzeczności z brytyjskimi wartościami”.
Jedynie słuszne wartości
Zatrzymanie Ziemkiewicza wzbudziło wielką radość wśród naszej „demokratycznej” opozycji. Publicysta jest od dawna znienawidzony przez liberalne salony, nie tylko ze względu na swój ostry język (choć nie knajacki jak u antypisowskich biedaelit), lecz głównie dlatego, że jest zarazem poczytnym autorem, którego konserwatywne poglądy mają wpływ na wielu ludzi.
Jednak ciesząc się z kłopotów Ziemkiewicza, jego oponenci przyznają się zarazem do swojej kompletnej bezradności. Nie będąc w stanie pokonać go na gruncie publicystycznym, reagują jak klasyczni zamordyści, uznając najwyraźniej, że osoby o niemiłych im poglądach powinny zostać ukarane, a najlepiej wsadzone do paki. Wprawdzie Ziemkiewicz długo w pace nie posiedział, ale samo to, że Brytyjczycy zatrzymali go właśnie z powodu jego poglądów, wprowadziło naszych liberalnych fiksatów w krótkotrwałą ekstazę. Pokazuje to, na jak niebezpieczne pozycje przesunęli się w ostatnich latach liberałowie (którzy liberałami są już tylko z nazwy) i jak wielkie zagrożenie dla wolności mógłby stanowić powrót tych ludzi do władzy w Polsce.
Coraz wyraźniej bowiem widać – co jeszcze nie tak dawno temu byłoby u nas trudne do wyobrażenia – że Polska, w odróżnieniu od starych zachodnich demokracji, stała się oazą wszelkich swobód, które nie zostały u nas jeszcze obwarowane dziesiątkami ideologicznych zastrzeżeń. Oczywiście liberałowie od dawna uważali, że każda wolność, w tym wolność słowa, kończy się wtedy, gdy narusza ona prawa innych. Problem w tym, że lewica wypełniła te zasady własną ideologiczną treścią i ograniczając debatę publiczną rygorami politycznej poprawności, doprowadziła do jej zmonopolizowania, spychając tym samym osoby o odmiennych poglądach do getta rzekomych przeciwników wolności. To dlatego na Zachodzie trzeba dziś bardzo uważać na każde wypowiedziane słowo i na każdy gest. Niezdolność do autocenzury i brak ostrożności mogą bowiem kosztować utratę kariery, a nawet stać się przyczyną poważnych kłopotów z prawem.
Brytyjczycy zamykający wjazd do swojego kraju konserwatywnemu publicyście dali się oczywiście zmanipulować naszym rodzimym donosicielom, którzy przedstawili Ziemkiewicza jako rzekomego faszystę, rasistę i antysemitę. Jednak nie ulega wątpliwości, że poglądy Ziemkiewicza rzeczywiście nie mieszczą się w kanonie dopuszczonym przez lewicę. Novum tej sytuacji polega na tym, że dziś ten lewicowy kanon nazywany jest „brytyjskimi wartościami”, a zatem został oficjalnie autoryzowany przez państwo. Tak samo jest zresztą w innych krajach szeroko rozumianego Zachodu. Przekonało się o tym wielu innych „nieprawomyślnych”, w tym takie tuzy jak konserwatywny brytyjski filozof Roger Scruton, którego tuż przed śmiercią zaszczuto za poglądy i wyrzucono z rządowej komisji architektonicznej, domagając się przy tym odebrania mu tytułu szlacheckiego.
Przywodzi to nieco na myśl czasy wczesnych bolszewików w Rosji, gdy „wrogów” stawiano pod publicznym pręgierzem, stygmatyzowano i pozbawiano praw. Później „rewolucyjne trybunały” nie bawiły się już w takie konwenanse, tylko od razu wsadzały za kraty. Miejmy nadzieję, że tym razem historia się jednak nie powtórzy.
Szefowa trybunału
W przypadku Ziemkiewicza w roli szefowej „rewolucyjnego trybunału” ustawiła się niejaka Rupa Huq, posłanka brytyjskiej Partii Pracy pochodząca z rodziny bengalskich imigrantów. Rupa Huq już od dawna „prześladuje” Ziemkiewicza. Gdy w 2018 r. publicysta planował serię spotkań ze swoimi polskimi czytelnikami w Wielkiej Brytanii, Rupa Huq zaapelowała do brytyjskiego rządu o niewpuszczanie go do kraju, twierdząc, że „obecność Ziemkiewicza nie przyczyni się do polepszenia relacji międzyrasowych w Wielkiej Brytanii”. Jak twierdzi Ziemkiewicz, był to zapewne skutek wcześniejszego umieszczenia go na „liście antysemitów” przygotowanej przez Rafała Pankowskiego ze Stowarzyszenia „Nigdy Więcej” i rozpropagowanej także poza granicami Polski. Ostatecznie publicysta zrezygnował wówczas z przyjazdu do Wielkiej Brytanii.
Po wizytach smutnych panów wszystkie lokale, gdzie miały odbywać się spotkania – nawet rezerwacje restauracji na kolacje zostały wymówione
– uzasadnił.
Pomimo upływu trzech lat Rupa Huq wcale nie zapomniała o Ziemkiewiczu, być może zresztą ktoś usłużny jej o nim przypomniał, zwłaszcza że we wrześniu – jak wynika z jej słów i fotorelacji zamieszczonej na Twitterze – odwiedziła Warszawę. I co ciekawe, nikt jej na Okęciu nie zaaresztował ani nie wydalił do Wielkiej Brytanii. Gdy więc Ziemkiewicz pojawił się w poprzednią sobotę w Londynie, Rupa Huq nie posiadała się z radości, że go wreszcie zatrzymano, publikując nawet zdjęcie dokumentu wydanego przez brytyjski resort spraw wewnętrznych, w którym odmawiano mu wjazdu. Jak stwierdziła Huq:
Nikt, kto propaguje rasizm, w tym islamofobię i negowanie Holokaustu, nie jest mile widziany
Oczywiście, aby stawiać tego rodzaju ciężkie zarzuty, należałoby mieć najpierw dowody, których Rupa Huq nie ma, czerpiąc – jak wszystko na to wskazuje – swoją „wiedzę” o Polsce od nawiedzonych antypisowskich oszołomów. Gdyby takie dowody były, z pewnością Ziemkiewicz stanąłby przed polskim sądem. Tyle że jego publicystyka – mimo że ostra – nie wykracza poza normy przyjęte w tym gatunku ani poza Kodeks karny. Zawsze też, co zresztą Ziemkiewiczowi już się przytrafiało, ktoś urażony może go pozwać przed sąd cywilny. Dla owładniętej ideologiczną manią lewicy to jednak zbyt mało. Ona wolałaby postawić na straży ludzkich umysłów państwo i stosować policyjne represje za „niewłaściwe” poglądy.
Inna rzecz, że oskarżenia o rasizm, antysemityzm itp. mocno się za sprawą lewicy zdewaluowały, skoro są traktowane jako zwyczajowe obelgi pod adresem inaczej myślących. W takim też znaczeniu mogła ich użyć nieszczęsna posłanka torysów.
Warto też zauważyć, że Rupa Huq, tak chętnie szermująca wobec innych zarzutami antysemityzmu, sama ma tu sporo za uszami. Jak można przeczytać w brytyjskiej prasie, wywodząca się z muzułmańskiej rodziny Huq była już w przeszłości oskarżana o antysemickie wybryki. Najpierw broniła swojej partyjnej koleżanki zawieszonej za publikowanie na Twitterze antysemickich postów („W internecie łatwo coś kliknąć” – tłumaczyła), a potem – jak pisze „The Times” – podobne zarzuty postawili jej dwaj pracownicy biura poselskiego, twierdzący, że Huq drwiła z Żydów i opowiadała spiskowe teorie na ich temat. Huq nie przyznała się do niczego i sprawę zamknięto, a teraz próbuje występować w roli jedynej sprawiedliwej.
Złość i zazdrość
Historia z zatrzymaniem Ziemkiewicza ujawniła – jak się zdaje – jeszcze jeden ponury aspekt walki prowadzonej w imię „tolerancji i różnorodności”. Chodzi o z trudem ukrywaną złość, że córka konserwatywnego publicysty dostała się na jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie. To oczywiście jest niedopuszczalne, bo ludzie o „niewłaściwych” poglądach i ich rodziny powinni wegetować na marginesie społeczeństwa, tak jak to bywało w państwach komunistycznych, w tym także w PRL, zwłaszcza w jego wczesnej, najbardziej „rewolucyjnej” bierutowsko-stalinowskiej fazie. Pojawiała się też zwykła zazdrość, wyczuwalna choćby w zaczepkach Radosława Sikorskiego na Twitterze.
Swoją drogą ciekawe, że zamiast wysłać córkę, aby chłonęła pobożność i cnoty niewieście na KUL, nasi narodowcy wolą wywalić 100 tys. rocznie na uczelnię, która odmówiła honorowego doktoratu Lady Thatcher
– napisał Sikorski. A zaraz potem, za namową Romana Giertycha, zakpił sobie jeszcze z tego, że córka Ziemkiewicza będzie musiała na Oksfordzie uczyć się o LGBT.
Wszystko to, pomijając już zwykłą zawiść, wpisuje się w strategię uderzania w rodziny oponentów. O stygmatyzowaniu dzieci prawicowców mówił już parę lat temu Jacek Żakowski.
Za wieloma rodzinami oraz ich nazwiskami to się będzie ciągnęło na pokolenia
– groził. Nie da się zatem wykluczyć, czego oczywiście Rafałowi Ziemkiewiczowi nikt uczciwy nie życzy, że zgraja niespełnionych donosicieli, która próbowała zrobić z niego naczelnego faszystę Europy, będzie próbowała teraz uprzykrzyć życie jego rodzinie.
Sienkiewicz kontra Ziemkiewicz
Były szef MSW za rządów PO-PSL Bartłomiej Sienkiewicz, który ostatnio niestety słynie z żenujących wypowiedzi, przyrównał zatrzymanie Ziemkiewicza do sytuacji na naszej wschodniej granicy.
Każde państwo ma prawo określać, kogo chce u siebie widzieć na terytorium, a kogo nie. My nie chcemy w tej chwili widzieć na terytorium migrantów, a Brytyjczycy Rafała Ziemkiewicza
– powiedział. Oczywiście, że każdy może wpuszczać do siebie, kogo chce, ale Sienkiewicz sugeruje najwyraźniej, że prywatna wizyta konserwatywnego publicysty jest zagrożeniem porównywalnym z atakiem hybrydowym.
Różni nienawistnicy, tak bardzo radujący się z aresztowania Ziemkiewicza na brytyjskiej granicy, okazują się jednocześnie niesłychanie wrażliwi i otwarci na los nielegalnych imigrantów zwożonych hurtem na polską granicę przez reżim Łukaszenki. Najchętniej ich wszystkich natychmiast wpuściliby do Polski, nie pytając, skąd ani kim są. Jak powiedziała posłanka Koalicji Obywatelskiej Iwona Hartwich:
To, kim są imigranci, ustali się później
Na szczęście polskie służby już sporo rzeczy ustaliły, np. to, że niektórzy przyjezdni pasjonują się ścinaniem głów wrogom albo mają namiary na specjalistów od materiałów wybuchowych. Oczywiście większość imigrantów to nie są terroryści, ale należy się spodziewać, że Łukaszenka preferuje właśnie takich. Bo oni są najbardziej przydatni w realizacji jego planu zdestabilizowania sytuacji w Polsce czy szerzej w Unii.
Ta część działaczy opozycji, której walka z PiS odjęła już najwyraźniej rozum, gotowa jest więc na bezwarunkowe otwarcie granic dla każdego bez względu na to, kto go przysłał oraz skąd i po co przyjechał, nawet jeśli wśród przyjezdnych przytrafią się dżihadyści obwieszeni bombami. Dla wielu antypisowców znacznie bardziej groźne dla bezpieczeństwa są przecież prawicowe poglądy, za które należy przykładnie karać i wsadzać za kratki. Najlepiej całymi rodzinami.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
