Ostrożnie z lockdownem. "Stracił rację bytu"Ostrożnie z lockdownem. "Rok temu lockdown miał sens. Gdy jednak pojawiły się szczepionki, stracił rację bytu"

To ogromne straty wynikające m.in. z wygaszenia handlu, transportu lub wszelkich usług, których te branże mogłyby tym razem nie przetrwać, ponieważ nowych pieniędzy na działania osłonowe i kolejne tarcze antykryzysowe nie da się wyczarować.
Kolejne kraje europejskie wprowadzają restrykcje związane z czwartą falą pandemii. W ślad za nimi podobne postulaty coraz częściej wysuwa opozycja w Polsce. Nie należy iść tą drogą. Państwa nie stać już na kolejny lockdown, zwłaszcza że mamy do dyspozycji szczepionki. Chyba że komuś bardzo zależy na tym, aby nas wepchnąć w gospodarcze tarapaty.
Minister zdrowia Adam Niedzielski zarzekał się tydzień temu, że scenariusz kolejnego lockdownu jest dziś bardzo mało prawdopodobny. Jak stwierdził, stoją za tym racje społeczne i ekonomiczne. Należy się bowiem spodziewać dużego oporu ze strony społeczeństwa, które po zeszłorocznym zamknięciu gospodarki dopiero co powróciło do normalnego życia i nie zamierza się z nim znowu rozstawać. Wskazuje na to chociażby imponujący na tle innych państw, bo wynoszący 5,1 proc. (w ujęciu rok do roku) wzrost polskiego PKB w trzecim kwartale, co dowodzi silnego odbicia po pandemicznej zapaści. W odróżnieniu od Polski wszystkie największe gospodarki Unii: Niemcy, Francja i Włochy, nadal są pod kreską w stosunku do okresu sprzed pandemii. Tymczasem Polska odżyła i wraca na ścieżkę wzrostu, więc nie powinna teraz tego atutu zaprzepaszczać.
Tym bardziej że mając już do dyspozycji szczepionki, trudno wytłumaczyć sens kolejnych wyrzeczeń. Świadczą o tym ogromne protesty w kilku krajach Europy Zachodniej, które wybuchły po przywróceniu tam ograniczeń. Nie ma żadnego powodu, aby sądzić, że Polacy przyjęliby powrót restrykcji bez sprzeciwu. Być może nie byłoby u nas wielkich demonstracji ani ulicznych bitew z policją – tak jak w Rotterdamie – ale na pewno obostrzenia byłyby dość powszechnie kontestowane i obchodzone. Według listopadowego sondażu pracowni Ibris dla „Rzeczpospolitej” zaledwie 1,5 proc. ankietowanych chciałaby całkowitego lockdownu, za to aż 43 proc. opowiada się za utrzymaniem obecnego stanu. Po co więc wprowadzać reguły, których zasadność wielu będzie kwestionowało i których w praktyce prawie nikt nie będzie przestrzegał? Chyba że na ulice polskich miast przerzucimy wszystkich policjantów z białoruskiej granicy, aby pilnowali ludzi.
Tymczasem nie chodzi tu tylko o zwykłą ludzką przekorę, ale o kwestie bytowe, finansowe. Według różnych obliczeń każdy dzień poprzedniego lockdownu kosztował nas – mniej więcej – miliard złotych. To ogromne straty wynikające m.in. z wygaszenia handlu, transportu lub wszelkich usług, których te branże mogłyby tym razem nie przetrwać, ponieważ nowych pieniędzy na działania osłonowe i kolejne tarcze antykryzysowe nie da się wyczarować. Stanęlibyśmy więc przed realną groźbą zapaści gospodarczej, którą dość skutecznie udało się nam właśnie oddalić. Lepiej więc nie igrać z ogniem, szczególnie teraz – w dość trudnej sytuacji międzynarodowej, w której znaleźliśmy się za sprawą hybrydowej agresji na naszą wschodnią granicę.
To co zawsze
Oczywiście opozycja – zwłaszcza wspierające ją media – przedstawia to w inny sposób. Z jednej strony niby nie kwestionuje tego, że kolejny lockdown byłby rozwiązaniem niebezpiecznym dla gospodarki, lecz z drugiej mocno atakuje rząd za „niedecyzyjność”. Przy czym nie za bardzo jest jasne, na czym owa „niedecyzyjność” ma właściwie polegać. Bo unikanie lockdownu jest przecież decyzją dość klarowną. Chyba że uznamy, iż przeciwnicy rządu tak naprawdę chcieliby wprowadzenia lockdownu, lecz w obawie przed reakcją społeczną boją się powiedzieć tego wprost, więc atakują rząd nieco okrężną drogą, zarzucając mu „niedecyzyjność”, a więc w domyśle – nieradzenie sobie ze skutkami pandemii. Przy czym sami żadnego pomysłu, poza podpatrzonym na Zachodzie powrotem do lockdownu, nie mają. Z ich punktu widzenia presja na rząd, aby – w imię walki z pandemią – wziął na siebie odpowiedzialność za ryzyko, które niesie nowy lockdown, jest strategią idealną. Bo jeśli gospodarka ucierpi, a takie zagrożenie jest duże, to „reżim” straci sporo poparcia. Na skutkach pandemii wyłożyło się już wielu polityków, w tym nawet Donald Trump (choć akurat on nie z powodu restrykcji, wręcz przeciwnie). W Polsce za pierwszym razem się nie udało, ale skoro okazja się powtarza, to dlaczego znów nie spróbować?
Dobrym przykładem takich kalkulacji jest niedawny wywiad Donalda Tuska dla Wirtualnej Polski, w którym lider PO, któremu zadano proste pytanie o jego plan walki z pandemią, zdołał z siebie wykrztusić jedynie, że walka z pandemią nie jest zadaniem dla opozycji. Oczywiście nikogo, kto choć pobieżnie obserwuje scenę polityczną w Polsce, nie powinno w ogóle dziwić, że szef największej partii opozycyjnej nie ma pomysłu na pandemię, bo opozycja w ogóle nie ma nic do zaproponowania poza niekończącym się obalaniem „reżimu”. Zatem w ogóle nie chodzi tu o żadną pandemię ani o żaden lockdown, tylko o to co zawsze – o walkę z PiS.
Umiarkowany optymizm
Pozostawiając na boku kalkulacje polityczne antypisowskiej opozycji oraz znacznie ważniejsze od tych kalkulacji konsekwencje społeczne i gospodarcze lockdownu, należy się pochylić nad obecną sytuacją epidemiologiczną w Polsce, bo to właśnie ona powinna być głównym punktem rozważań na temat ewentualnego wprowadzenia restrykcji.
W tej chwili dynamika pandemii jest w Polsce rzeczywiście wysoka. O ile na początku listopada poziom zakażeń sięgnął 10 tys. przypadków dziennie, o tyle w ciągu trzech kolejnych tygodni skoczył już ponaddwukrotnie i waha się wokół 20 tys. – niekiedy tę liczbę znacznie przekraczając. To dużo, ale trzeba pamiętać, że rok temu, w warunkach ścisłego lockdownu i przy znacznie mniej zjadliwym wariancie koronawirusa, mieliśmy mniej więcej tyle samo przypadków ile dziś i ok. 600 zgonów na dobę (w trakcie tej fali, do 23 listopada, było to maksimum 463). Według prognoz przedstawionych przez ministra Niedzielskiego możemy się spodziewać dalszych wzrostów do poziomu nawet 30–35 tys. przypadków na dobę, przy czym apogeum czwartej fali nastąpiłoby w pierwszej połowie grudnia. Jeśli fala nie zacznie potem opadać, to niewykluczone są – zdaniem Adama Niedzielskiego – bliżej jeszcze niesprecyzowane ograniczenia w okresie świątecznym.
Na razie jednak to wróżenie z fusów. Jest bowiem nadzieja, i to wcale nie płonna, że rzeczywiście w drugiej połowie grudnia dojdzie do spadku liczby zakażeń. Mogą o tym świadczyć na razie niewielkie, ale już zauważalne spadki liczby zachorowań w województwach na ścianie wschodniej, które jako pierwsze dotknęła obecna fala pandemii. A zatem fala, która teraz najsilniej atakuje Mazowsze, po prostu przetacza się właśnie przez Polskę. Za takim scenariuszem przemawia też doświadczenie innych państw naszego regionu, szczególnie Rumunii i państw bałtyckich, które tej jesieni wcześniej niż Polska zanotowały ogromny wzrost zakażeń, a dziś ich sytuacja stopniowo się poprawia.
Do umiarkowanego optymizmu może również skłaniać większy niż rok temu zapas łóżek szpitalnych na oddziałach covidowych, szacowany już na ok. 65 proc. populacji poziom odporności oraz – przede wszystkim, bo to sprawa kluczowa – powszechna dostępność szczepionek znacznie łagodzących przebieg zakażenia. Uleganie panice w tej sytuacji byłoby błędem. Wystarczy bowiem zachować ostrożność i roztropność.
Szczepionki zamiast restrykcji
Przyznam, że do czasu wprowadzenia szczepień byłem zwolennikiem lockdownu, widząc w nim najskuteczniejszą metodę walki z rozprzestrzenianiem się pandemii. Gwałtowny wzrost liczby zachorowań i zgonów wraz towarzyszącą mu zapaścią ochrony zdrowia był bowiem większym zagrożeniem dla kondycji i stabilności państwa niż tymczasowe, nawet kosztowne, zamrożenie gospodarki. Rok temu wielokrotnie pisałem o tym na tych łamach. Gdy jednak pojawiły się szczepionki, argument ten stracił rację bytu. Bo szczepionki aplikowano właśnie po to, byśmy mogli wreszcie wrócić do w miarę normalnego życia.
Oczywiście szczepionki nie chronią nas przed zakażeniem, lecz poważnie redukują ryzyko ostrego przebiegu choroby koronawirusowej i śmierci. Dziś wiele osób zwraca uwagę, że gdy na początku tego roku rozpoczynano akcję szczepień, przekonywano nas, że szczepionka w całości chroni przed zachorowaniem. Prawda jest taka, że choć faktycznie tak twierdzono, nie miało to uzasadnienia w żadnych wynikach badań, bo tych badań – dotyczących długotrwałości ochrony dawanej przez szczepionki, zwłaszcza wobec nowych wariantów koronawirusa – zwyczajnie nie było. Szczepionki były zbyt krótko na rynku, aby ktokolwiek mógł to ocenić.
Trzeba jednak zauważyć, że bez zachęt do przyjmowania szczepionki, nawet tych nieco na wyrost, zaszczepiłoby się mniej osób, zwłaszcza że równocześnie trwała (i trwa) kampania antyszczepionkowców.
Dziś, po niemal roku stosowania szczepionek, wiemy już nieco więcej. I dane, które każdy może sam odnaleźć, są raczej optymistyczne. Bo choć szczepionki nie dają stuprocentowej ochrony przed zakażeniem i trzeba brać dawki przypominające (niewykluczone, że będzie ich więcej niż trzy, być może będą konieczne co roku, jak przy grypie), to z pewnością wpływają one na złagodzenie objawów choroby koronawirusowej w przypadku większości zaszczepionych osób.
Potwierdzają to najnowsze statystyki z całego świata. Tam, gdzie szczepienia objęły większą część populacji, tam notuje się znacznie mniej hospitalizacji i zgonów, przykładowo w Portugalii przy skali wyszczepienia dorosłych osób wynoszącej 92 proc. liczba zgonów w ciągu 14 dni listopada wyniosła 10 osób na milion mieszkańców, w Hiszpanii (84 proc. wyszczepienia) – tylko 4 osoby na milion. Dla odmiany w Bułgarii, przy poziomie wyszczepienia zaledwie 29 proc., było w tym czasie aż 325 zgonów na milion, a w Rumunii – z 43 proc. wyszczepienia – 267 zgonów na milion. Dla Polski – z wyszczepieniem na poziomie 62 proc. dorosłej populacji – odnotowano przez pierwsze dwa tygodnie listopada łącznie 49 przypadków śmiertelnych na jeden milion mieszkańców. Zatem prawidłowość widać dość wyraźnie, choć zdarzają się od niej pojedyncze wyjątki, być może związane z rodzajem używanych szczepionek (nie wszystkie są na równi skuteczne) lub stanem ochrony zdrowia.
Jeżeli więc uznajemy, że szczepionki chronią przed ostrym przebiegiem infekcji, to wprowadzenie lockdownu jest nie tylko nieuzasadnione, ale również może okazać się zagrożeniem dla akcji szczepień. W Polsce dotychczas zaszczepiło się 62 proc. dorosłej populacji (wliczając nastolatki, liczba ta spada do 53 proc. populacji), a więc stosunkowo mało. Jak zatem przekonać niezdecydowanych (bo opornych nie da się chyba przekonać) do sensu szczepień, skoro wprowadzając restrykcje, daje się niejako do zrozumienia, że szczepienia są nieefektywne? W ten sposób ustępuje się jedynie pola antyszczepionkowcom.
Sztuka kompromisu
Zarówno antyszczepionkowcy, jak i antypisowska opozycja chcą zbić na pandemii polityczny kapitał i utrudniają rządowi skuteczną walkę z koronawirusem – choć każda z tych grup robi to na swój sposób. Antyszczepionkowcy odwołują się do różnych teorii spiskowych, które są chętnie podsuwane zza wschodniej granicy. Nie przypadkiem w obliczu zagrożenia atakiem hybrydowym do największych w naszej części Europy akcji przeciwko szczepieniom doszło akurat na Litwie i Ukrainie.
Z kolei antypisowcy są za szczepieniami, tyle że chcieliby – zresztą ewidentnie w złej wierze – sprowokować rząd do tego, aby zaczął przymuszać opornych do szczepień. Licząc oczywiście, że wywoła to wielkie protesty, które doprowadzą do osłabienia, a może nawet wysadzenia „reżimu” w powietrze. Inaczej mówiąc, marzyłby im się scenariusz, w którym rękami antyszczepionkowców sięgną po władzę. Warto, aby ci ostatni o tym pamiętali.
Oczywiście problem ze szczepieniami istnieje. Ale nic na siłę. Pomysł nowej ustawy dającej pracodawcy możliwość (ale nie obowiązek) sprawdzenia szczepień lub statusu ozdrowieńca swoich pracowników wydaje się możliwym do przyjęcia kompromisem łączącym potrzebę ochrony dobra wspólnego, jakim jest powszechne bezpieczeństwo zdrowotne, z poszanowaniem indywidualnej wolności. Zwłaszcza że brak szczepienia lub statusu ozdrowieńca nie oznacza zwolnienia z pracy, lecz ewentualnie przesunięcie pracownika na stanowisko, na którym nie będzie on stwarzał potencjalnego zagrożenia dla innych. To nie jest zagrożenie dla równości praw, lecz po prostu zakwalifikowanie pracownika zgodnie z jego aktualnymi predyspozycjami. Tak samo jak nie jest zamachem na niczyją równość odmowa zatrudnienia osoby nieposiadającej odpowiedniego certyfikatu językowego na stanowisku tłumacza przysięgłego.
Takie wymogi są z pewnością lepsze niż lockdown, który – szczególnie w obecnej sytuacji – byłby formą odpowiedzialności zbiorowej, która objęłaby wszystkich, zarówno zaszczepionych, jak i niezaszczepionych. Warto dostrzec, że w Polsce – w przeciwieństwie do wielu innych krajów Europy – rząd stara się uniknąć wprowadzania restrykcji. Przy czym, aby to się powiodło, niezbędna jest współpraca ze strony społeczeństwa. Chyba że naprawdę uważamy, że po nas choćby potop. Jednak ci, którzy tak sądzą, również nie powinni oczekiwać, że w przyszłości ktokolwiek będzie brał ich zdanie pod uwagę.
Artykuł z 48/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
