Ostatni skok Tuska. "Przez 11 lat nie wybaczył nikomu"Ostatni skok Tuska. "Przez ponad 11 lat przewodniczenia Platformie Tusk nie wybaczył nikomu, kogo uznał za osobistego wroga"

W czasie gdy Tusk urzędował w Brukseli, a Schetyna został wybrany na szefa PO, odbywało się tylko udawanie dobrych relacji, żeby nie demobilizować elektoratu.
Były premier chce wystartować w wyborach prezydenckich w 2025 r. Po to wrócił do polskiej polityki.
Tylko pozornie 23 października 2021 r. przypadła kulminacja walki o władzę w Platformie Obywatelskiej, mimo że właśnie wtedy w lokalnych biurach partii wybierano przewodniczącego ( jedynym kandydatem był Donald Tusk) oraz szefów regionów i powiatów. Przed tymi wyborami wielu ważnych polityków zeszło z linii strzału Donalda Tuska: Grzegorz Schetyna na Dolnym Śląsku, Andrzej Halicki na Mazowszu, Sławomir Neumann na Pomorzu czy Robert Tyszkiewicz na Podlasiu. I tak się składa, że właściwie wszyscy oni byli uznawani za ludzi Grzegorza Schetyny.
Ale najważniejsze jest to, że do konfrontacji z Tuskiem o przywództwo w partii nie stanął jej wiceprzewodniczący i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Zrobił to, by nie zaprzepaścić szans w przyszłych rozgrywkach o najwyższe stawki. Problemem jest to, że Trzaskowski słabo się orientuje w planach i strategii swego najważniejszego rywala, czyli właśnie Donalda Tuska. Rywala, a nie sojusznika, gdyż pokój zawarty przed tzw. kampusem w Olsztynie i potem szeroko nagłaśniany to tylko przedstawienie. Trzaskowski został przez Tuska właściwie zdmuchnięty, gdy były premier postanowił wrócić do polskiej polityki i przejął władzę w Platformie Obywatelskiej. Co nie oznacza, że prezydent Warszawy pogodził się z losem tego „drugiego”. Tylko nie wyciągnął lekcji z tego, co spotkało w 2014 r. Radosława Sikorskiego, przekonanego, że Donald Tusk załatwia dla niego ważne stanowisko w instytucjach Unii Europejskiej. W tym czasie, owszem, Tusk załatwiał, ale posadę dla siebie, Sikorski zaś został na lodzie.
Donald Tusk zamierza strategię z 2014 r. powtórzyć, Rafał Trzaskowski zaś żyje podobnymi złudzeniami, jak siedem lat temu żył były minister spraw zagranicznych. Złudzeń nie ma za to Grzegorz Schetyna, świetnie Tuska znający, tylko na razie nie ma armat. O ile jednak Schetyna jest nauczony czekać na polityczną okazję, o tyle Trzaskowskiego goni czas. Ma już 49 lat i nie zrealizował ani planów zostania szefem rządu, ani prezydentem RP. Jest o dwa lata starszy od Lecha Wałęsy, gdy ten zostawał prezydentem, o sześć lat starszy od Andrzeja Dudy, kiedy ten obejmował najwyższy urząd, i o osiem lat starszy od Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy on zamienił Lecha Wałęsę na stanowisku głowy państwa.
Zegar tyka Trzaskowskiemu jeszcze bardziej niż Donaldowi Tuskowi. Tylko Trzaskowski o tym nie wie albo żyje złudzeniami.
Czyszczenie pola
Robiąc miejsce dla Donalda Tuska, Trzaskowski nie przewidział, że radykalnie zmienia swoje położenie i znaczenie w Platformie, mimo że pozostaje na stanowisku wiceprzewodniczącego partii. Przed powrotem byłego premiera prezydent Warszawy mógł właściwie wszystko: kierować partią i kandydować na stanowiska prezydenta państwa oraz premiera. Prezydentura Polski przeszła mu koło nosa, ale wciąż był najsilniejszy po stronie opozycji. Dlatego, choć z ociąganiem, budował struktury na przyszłość: fundację Ruch Wspólna Polska oraz samorządowe stowarzyszenie o takiej samej nazwie. I dla przyszłości (własnej) zorganizował Campus Polska Przyszłości. We wszystkie te przedsięwzięcia ingerował Donald Tusk: jako uczestnik bądź ten, kto jest w stanie je przejąć. To właśnie prezydenci miast mieli być największym atutem Trzaskowskiego, lecz Tusk łatwo poparcie dla prezydenta Warszawy odwrócił na swoją korzyść. A potem zaczął robić porządki w strukturach terenowych PO.
Kształt tych porządków ujawnił w wywiadzie dla wrocławskiej „Gazety Wyborczej” (16 października 2021 r.):
W Platformie widzę miejsce dla każdego, kto podziela towarzyszące nam poczucie wielkości zadania, jakiego się podejmujemy. To poczucie nie może mieć jednak związku z ewentualnym pełnieniem jakichkolwiek funkcji
Czyli wszyscy powinni być przygotowani do pracy na rzecz Tuska, gdyż to jednocześnie praca dla odzyskania przez PO władzy. I nie liczą się wcześniejsze zasługi.
Nikt lepiej nie nadawał się do zilustrowania strategii Tuska niż Schetyna:
Grzegorz Schetyna to człowiek, który wciąż ma w sobie sporo energii i siły. Intuicja mi mówi, że zrobi jeszcze wiele dobrych rzeczy, co nie musi być przecież związane z pełnieniem przez niego jakichś funkcji. O te zresztą […] w zbliżających się wyborach nie zabiega
Schetyna nie zabiegał, gdyż Tusk zrobił wszystko, by niegdysiejsi jego najbliżsi współpracownicy nie wygrali (z prezydentem Wałbrzycha Romanem Szełemejem). Andrzej Halicki zrezygnował z ubiegania się o kierowanie Mazowszem (na rzecz rzecznika partii Jana Grabca), Robert Tyszkiewicz nie będzie rządził na Podlasiu (zostawił miejsce dla posła Krzysztofa Truskolaskiego, syna prezydenta Białegostoku), a Sławomir Neumann na Pomorzu (na rzecz Agnieszki Pomaski). Pozostał tylko Rafał Grupiński w Wielkopolsce, który prowadzi grę między Tuskiem a Schetyną. Jeśli dodać do tego Cezarego Grabarczyka w regionie łódzkim, Tomasza Lenza w kujawsko-pomorskim, Aleksandra Miszalskiego w Małopolsce, Artura Gieradę w Świętokrzyskiem czy Olgierda Geblewicza w regionie zachodniopomorskim… Widać, że Tusk rozbroił miny i ustawił teren, Trzaskowski zaś nie zyskał nic, mogąc tylko kogoś wesprzeć, jak Romana Szełemeja, swego zwolennika. Tylko nie ma to żadnego praktycznego znaczenia, skoro Tusk „przejął” prezydenta Wałbrzycha.
Strach Trzaskowskiego
Rafał Trzaskowski był politycznie najsilniejszy za rządów w PO Borysa Budki. Dlatego tak łatwo zastąpił Małgorzatę Kidawę-Błońską w wyścigu prezydenckim, a po wyborach, mimo że przegranych, mógł w partii robić, co chce. Budka nie był w stanie nic złego prezydentowi Warszawy zrobić, a poza tym Trzaskowski mógł błyszczeć na tle miękkiego, nieporadnego i powszechnie uważanego za tymczasowego szefa partii.
Tak więc przekonanie elektoratu Platformy, że jest w niej tylko jeden samiec alfa, i jest nim Tusk, to największy polityczny błąd Trzaskowskiego. Tym znaczniejszy, że z większości badań wynikało, iż PO zyskiwałaby więcej, gdyby jej przewodniczącym był Trzaskowski. Głównie dlatego, że jest odbierany jako przyszłość partii, Tusk zaś jako jej przeszłość. Może i chwalebna, ale jednak odległa. A usunięcie Schetyny i jego najważniejszych ludzi z kierowania strukturami terenowymi, a byliby oni naturalnymi sojusznikami Trzaskowskiego, tylko pogarsza jego zasoby i możliwości. Prezydent Warszawy zdaje się nie rozumieć, że Donald Tusk nie gra na nikogo poza sobą. I jeśli kogoś zwalcza, to oczyszczając pole dla siebie, a nie dla kogokolwiek innego.
Przez ponad 11 lat przewodniczenia PO (w latach 2003–2014) Tusk nie wybaczył nikomu, kogo uznał za osobistego wroga. Wypchnął z partii Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego, Pawła Piskorskiego, Jana Rokitę, Zytę Gilowską, a wszyscy oni mieli nieporównanie silniejszą pozycję, niż ma obecnie prezydent Warszawy.
Jedynym ocalałym z grona ważnych polityków był Grzegorz Schetyna, choć został zdegradowany. W czasie gdy Tusk urzędował w Brukseli, a Schetyna został wybrany na szefa PO (2016–2020), odbywało się tylko udawanie dobrych relacji, żeby nie demobilizować elektoratu. Powrót Tuska zastał Schetynę w roli szefa struktur PO na Dolnym Śląsku, ale p.o. przewodniczący partii zaczął robić wszystko, żeby Schetyna nie sprawował żadnej funkcji. W wywiadach Tusk kpił ze Schetyny, że ten powinien pracować dla partii bez honorów i stanowisk.
Po okresie kierowania partią przez Borysa Budkę i wiecznego przymierzania się do tej roli przez Rafała Trzaskowskiego Grzegorz Schetyna był realną alternatywą dla Tuska i cennym potencjalnym sprzymierzeńcem Trzaskowskiego. Tusk o tym doskonale wiedział, dlatego chciał dokończyć dzieło niszczenia swego dawnego przyjaciela, a w partii sekretarza generalnego. Schetyna ma niezbędne doświadczenie i wciąż rozległe wpływy, żeby przeciwstawić się Tuskowi, czego nie ma Trzaskowski, choć to prezydent Warszawy jest dla Tuska największym zagrożeniem. I wbrew udawaniu, jak świetne są relacje Tusk–Trzaskowski, są one chłodne. Tusk nie może bowiem dopuścić do tego, by za jego przewodniczenia Platformą Trzaskowski miał taką pozycję jak w czasach Borysa Budki.
Pojawiły się sygnały, że po powrocie Tuska i początkowym mocnym jego uderzeniu w aktywa Trzaskowskiego Grzegorz Schetyna namawiał prezydenta Warszawy do zawiązania sojuszu przeciwko byłemu premierowi. W takim układzie Schetyna prowadziłby wojnę podjazdową, Trzaskowski zaś jawnie rywalizowałby jako lepszy i perspektywiczny lider opozycji. Na Tuska spadłaby odpowiedzialność za przygotowanie PO i opozycji do wyborów, a gdyby opozycja ich nie wygrała, Tusk byłby jedynym odpowiedzialnym. Problemem był jednak strach Trzaskowskiego przed otwartą konfrontacją z Tuskiem i jego mentalna podległość, łatwo wyczuwana przez wyborców.
Drugi po Piłsudskim
Rafał Trzaskowski jest na konfrontację z Donaldem Tuskiem skazany, choćby tego nie chciał i to odwlekał. Powód jest prosty: Tusk nigdy nie zrezygnował z ambicji ukoronowania swojej kariery prezydenturą Polski. Przede wszystkim dlatego, że w wyborach prezydenckich (w 2005 r.) poniósł spektakularną porażkę, i to z Lechem Kaczyńskim. Zniósłby przegraną z każdym, ale nie z kimś, kto nazywa się Kaczyński. W 2010 r. nie chciał kandydować, bo planował już wtedy swoją europejską karierę, a właściwie planowała ją dla niego kanclerz Niemiec Angela Merkel. Ale przede wszystkim po porażce pięć lat wcześniej wciąż jeszcze się nie pozbierał.
W 2015 r., gdy ledwie zaczął urzędowanie w Brukseli na najwyższym formalnie stanowisku w Unii Europejskiej, był skłonny kandydować na prezydenta Polski, lecz musiałby to wybić z głowy Bronisławowi Komorowskiemu, co było właściwie niewykonalne. Ostatecznie uwierzył, że Komorowski wygra, a on sam może poczekać pięć lat, wnosząc wiano w postaci „prezydenta Europy” (żartobliwie nawet „króla Europy”) i ustawiając się materialnie na resztę życia. W 2020 r. nic, nawet pandemia, nie powinno przeszkodzić Tuskowi w ubieganiu się o prezydenturę Polski, a jednak nie wystartował. Głównie ze strachu, że znowu przegra, skoro sondaże wcale mu zwycięstwa nie gwarantowały. Tusk wystartowałby, gdyby prawdopodobieństwo wygranej było wysokie, ale nie było. Gdyby przegrał, i to po triumfalnym powrocie z Brukseli, byłby politycznie skończony. Do boju stanął Rafał Trzaskowski, czyli kandydat w tamtym czasie nawet silniejszy od Donalda Tuska, z czego były premier zdawał sobie sprawę. Ale Trzaskowski przegrał, a dzięki temu nie zawalił się plan Tuska, by zostać prezydentem. Gdyby Trzaskowski wygrał, byłby oczywistym kandydatem w następnych wyborach i Tusk zostałby z niczym.
Donald Tusk uznał, że w 2025 r. może mieć szansą na zwycięstwo z kilku powodów. Założył, że PiS nie będzie rządziło dłużej niż dwie kadencje, bo to jest w Polsce maksimum tego, co można osiągnąć. A jeśli to on byłby liderem zwycięskiej opozycji w wyborach w 2023 r., miałby prezydenturę w kieszeni, niezależnie od tego, czy przed nią byłby premierem, czy tylko kreatorem szefa rządu. Tym bardziej że PiS musiałoby znaleźć całkiem nowego kandydata i jeszcze go wypromować. No i Rafał Trzaskowski jako kandydat już byłby „trafiony”, czyli naznaczony porażką sprzed pięciu lat. Bez tego „garbu” Trzaskowskiego trudno byłoby odstręczyć od kandydowania czy wręcz mu to uniemożliwić. W efekcie Tusk wykalkulował, że w 2025 r. będzie miał największe szanse ukoronowania swej kariery funkcją głowy polskiego państwa.
To przesądziło o jego powrocie do polskiej polityki latem 2021 r. i zdecydowało o usuwaniu wszelkich przeszkód na drodze do prezydentury, od „czyszczenia” partii po próbę odgrywania roli tego, kto odzyska dla Polski blokowane pieniądze z funduszu odbudowy oraz subwencje z wieloletniego budżetu. A wtedy Donald Tusk będzie mógł wreszcie odegrać rolę zbawcy triumfalnie wjeżdżającego na białym koniu. I realizującego swoje marzenie o polskiej prezydenturze, co ma uleczyć pozostałe jeszcze kompleksy i zagoić dawne rany. Wtedy byłby politykiem, który po 1918 r. osiągnął najwięcej. Po marszałku Józefie Piłsudskim – jak przynajmniej chciałby się widzieć.
Artykuł z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
