Katarzyna P. oszukiwała klientów AMBER GOLD, a nawet matkęKatarzyna P. na wolności? Oszukiwała klientów AMBER GOLD, państwo, a nawet własną matkę. UJAWNIAMY PODSŁUCHY

Jako pierwsi ujawniliśmy w tygodniku "Sieci" stenogramy z podsłuchów przestępców oraz notatkę ABW świadczącą o tym, że PO kryła proceder.
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
Dzisiaj w cyklu WAŻNE ARCHIWA SIECI materiały Marka Pyzy i Marcina Wikło na temat afery Amber Gold. Jako pierwsi ujawniliśmy stenogramy z podsłuchów przestępców oraz notatkę ABW świadczącą o tym, że PO kryła proceder.
MISTRZOWIE KŁAMSTWA
Marek Pyza, Marcin Wikło
Artykuł ukazał się w tygodniku „wSieci” nr 42 (255) 2017
15-22 października 2017 r.
Marcin i Katarzyna P. nie mieli skrupułów. Nie mówili prawdy ani pracownikom Amber Gold, ani współpracownikom, ani nawet najbliższej rodzinie. Przesłuchaliśmy dziesiątki nagrań, które ABW uznała za tak mało istotne, że nie sporządziła z nich stenogramów. Dopiero z tego materiału wyłania się obraz bezwzględnych kłamców, którzy nawet w obliczu walącej się piramidy finansowej myśleli tylko o tym, jak jeszcze wyciągnąć pieniądze od nieświadomych niczego klientów. Skąd taka desperacja małżeństwa P., które mając świadomość zbliżającego się końca przekrętu, tak parło do kolejnych oszustw? Z podsłuchanych rozmów wynika, że Marcin i Katarzyna liczyli się z poważnymi kłopotami…
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego od początku działała w sprawie Amber Gold fatalnie. Z dokumentów, które już opisywaliśmy, wiemy, że funkcjonariusze obchodzili się z oszustami nad wyraz łagodnie, niektóre posunięcia trudno nazwać inaczej niż po prostu działaniami pozorowanymi. Nawet po słynnej notatce od gen. Krzysztofa Bondaryka z 24 maja 2012 r., której treść ujawniliśmy w tygodniku „Sieci”, a która trafiła do najważniejszych osób w państwie (m.in. prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska), śledztwo nie ruszyło z kopyta. Mimo że szef ABW pisze jasno, iż mamy do czynienia z piramidą finansową, że nie ma żadnego złota w skrytkach Amber Gold i wreszcie, że zagrożone są oszczędności tysięcy Polaków, nie wykonano podstawowej czynności, jaką jest założenie podsłuchu Marcinowi i Katarzynie P. – twórcom przekrętu, z którego przez kolejne miesiące mogli bezkarnie wyprowadzać miliony złotych. Gdy w końcu, po upadku linii OLT Express, podsłuch założono, okazało się, że ABW nie była zainteresowana zdecydowaną większością zgromadzonego materiału dowodowego. Z setek godzin podsłuchów powstało zaledwie kilkanaście stenogramów (jak okazało się w czasie posiedzeń komisji śledczej, bywało, że z tej samej rozmowy sporządzano dwie różne transkrypcje). Dotarliśmy do nagrań, które wykonała ABW, przesłuchaliśmy je i wybraliśmy wiele wątków, które służby pominęły. Część stenogramów przedstawiamy poniżej, oryginalne nagrania będziemy prezentować w telewizji wPolsce.pl.
Nerwowy brat
26 lipca 2012 r. linie OLT Express poinformowały, że od następnego dnia zawieszają regularnie wykonywane loty.
Informacja natychmiast znajduje się na czołówkach wszystkich mediów. W piątek 27 lipca z samego rana do Katarzyny P. dzwoni jej brat Andrzej Jacuk. Jest bardzo zły na niesprawiedliwość, która spotyka jego siostrę. Ta z kolei nie wyprowadza go z błędu, dopowiada legendę o państwowej mafii, która wykańcza przedsiębiorcze małżeństwo.
Katarzyna P.: Halo.
Andrzej Jacuk: Siostra, no co jest, k…?
K.P.: Ale co? To już poszło w telewizji?
A.J.: No…
K.P.: No słuchaj, co ja mam, Andrzej, zrobić? Pozajmowali nam wszystkie konta… Firma, która nam przekazywała pieniądze z płatności internetowych, kartą, najzwyczajniej w świecie po prostu nam nie przekazuje pieniędzy. Ja w chwili obecnej od tygodnia… ludzie mi płacą za przeloty, a ja nie mam pieniędzy! Bo są mi nieprzekazywane.
A.J.: No…
K.P.: Wyobrażasz sobie? Taki to jest, k…, kraj – firma, która jest rentowna, nagle upada! Tak że, no nie wiem… Przykro mi bardzo, że znowu pasażerowie muszą się przesiąść do pociągu i niech jadą 12 godzin. Jak nie, to niech zap… LOT-em za 1 tys. zł. […]
A.J.: No tak, tylko wiesz, najgorzej, że z tą drugą firmą wszyscy się srać będą. Wiesz, o co chodzi…
K.P.: No ale nic się strasznego nie dzieje. […]
A.J.: No nic, tylko że to… Tylko że to… Ja tu już, wiesz… Zaraz, k…, się przestraszyłem. Wiesz, jaki ja, k…, jestem…
K.P.: No ja też się cieszyłam. No kurczę, no… wszyscy byliśmy zadowoleni, że się udało to, tak? No trudno, no… […]
A.J.: Dobra. Do roboty idziesz?
K.P.: No tak, zaraz będę szła.
A.J.: To już dzisiaj pewnie będą pod wami, k…, reporterzy wszystko wkoło.
K.P.: No to będą, no… No co mogę zrobić? Bez pieniędzy nie polecimy, a pieniądze mamy, tylko… powiem tak…
A.J.: Dupę wypnij przez okno i ch…
K.P.: Co?!
A.J.: Nachy ściągnij, dupę wypnij przez okno i ch…
K.P.: Weź ty się zastanów, co ty mówisz…
A.J.: [śmiech] Ja bym tam porobił, po swojemu… […]
K.P.: Dla mnie to jest niepojęte, k…, żeby firmy, które dobrze prosperują, jak ktoś se postanowi, to je rozp… No dla mnie to jest po prostu nie do pojęcia.
A.J.: No, nie do pojęcia.
K.P.: W jakim my, k…, żyjemy kraju?!
A.J.: Jak poj… ten KNF, k…, to jest poj…, nie?
K.P.: Nooo… Oni twierdzą, że jak się KNF pomyli, a przy okazji sprzątnie jedną firmę, to trudno…
A.J.: Dobra… Ubieraj się i wstawaj, bo rano trzeba zawsze wstawać, bo słońce ci do dupy zagląda…
Mimo mało wyszukanych żartów sytuacja jest napięta, słychać to dobrze w głosach rodzeństwa. Katarzyna P. mydli bratu oczy, opowiada wersję o swojej krzywdzie. Tym śladem idzie także w późniejszej rozmowie ze swoją matką. Danuta J.-P. (nie podajemy pełnego nazwiska, bo kobieta usłyszała niedawno prokuratorski zarzut) na tym etapie sprawy wydaje się nieświadoma tego, co naprawdę robią jej córka i zięć. Katarzyna P. traktuje ją instrumentalnie, odnosi się do niej lekceważąco, wciska wersję o państwowym spisku przeciwko Amber Gold.
K.P.: Dobrze, a ty co masz taki posępny humor?
D.J.-P.: A co mam mieć, dziecko… Pieniądze tracicie, wszystko, co ja mam powiedzieć? [płacze] Dziecko, ja bym chciała dla was jak najlepiej. A tu wszystko, k…, idzie jak…
K.P.: Mamo, ale proszę cię… Mamusiu, posłuchaj, takie sytuacje… nie płacz, błagam cię. No słuchaj, takie sytuacje się zdarzają. My jesteśmy dorośli i odpowiadamy sami za swoje życie, tak że ty nie możesz się o nic obwiniać. O co ty chcesz się obwiniać? Za to, że nie masz wpływu na ludzi, którzy rządzą tym krajem? […] Posłuchaj, posłuchaj, mamo. My jesteśmy dorośli, pamiętaj o tym. Ja wiem, że jestem twoim dzieckiem i że ci jest przykro, że takie rzeczy się dzieją, ale takie widocznie właśnie było ryzyko prowadzenia tego interesu. Proszę cię, nie bierz tego do siebie w żaden sposób i jestem na to przygotowana po prostu, naprawdę. Krzywda nam się żadna nie stanie, po prostu nie wyszło i tyle. Pieniędzy de facto nie tracimy, spokojnie.
D.J.-P.: Nie wyszło! Wyszłoby, ale się jakiś uwziął się i koniec.
K.P.: No ale ty nie masz na niego wpływu, ja nie mam na niego wpływu. Ja nie wiem, czy to jest jedna osoba, podejrzewam, że to jest grupa raczej ludzi…
D.J.-P.: Mafia, u nas to jest mafia…
K.P.: Ja bym nie rzucała przez telefon takich tekstów! […] To nie jest koniec świata. Mamo, my mamy dopiero 28 lat. Daj spokój. Cieszę się, że jakoś nasi klienci stoją za nami w jakimś stopniu murem. Cieszę się, że kontrahenci są pozytywnie do tego też nastawieni. No trudno, no… Mój Boże. Nie ten, to inny. Wiesz, ile my jeszcze w życiu będziemy biznesów prowadzić. Miliony, na pewno miliony!
D.J.-P.: I to takie jest życie paskudne…
Trudno nazwać relacje w rodzinie Katarzyny szczerymi. Kobieta ma silny, dominujący charakter. Nawet gdy kłamie, mówi pewnie i bez skrupułów. Chwilę potem zmienia ton i robi z siebie ofiarę. Nic dziwnego, że wzbudza tym litość najbliższych, którzy bez problemu chwytają narrację, iż to państwo jest winne niepowodzeniom małżeństwa. Andrzej, brat Katarzyny, prosi ją tylko, by nie wprowadzała matki w szczegóły. „Tylko matce nie gadać” – żąda podczas jednej z rozmów. Sprawia wtedy wrażenie pijanego.
A.J.: Powiedz, że to inna firma i ch…
K.P.: Nie, no tak to nie mogę powiedzieć, aż tak głupia nie jest.
Siostra wyraźnie się uśmiecha do słuchawki.
Kłamstwa dla mamy
6 sierpnia 2012 r., gdy w mediach już od tygodnia trwa szaleństwo spowodowane upadkiem linii lotniczych państwa P., do Katarzyny dzwoni mama jej męża, Barbara Stefańska. Katarzyna kłamie jak z nut. Być może prosi ją o to mąż, bo na początku rozmowy słyszymy, jak zwraca się do niego, a potem mówi teściowej, że Marcin śpi.
Barbara Stefańska: Półtorej godziny okupowali mój blok.
[Katarzyna do Marcina: Telewizja Polska i dziennikarze okupowali blok twojej mamy…]
B.S.: No i podjechali do Magdy, powiedzieli, żeby się nie bała… Bo my byliśmy w pracy, nie… a oni nagonkę zrobili.
K.P.: Jak to możliwe, jak ona tam nie jest zameldowana?
B.S.: Kasia, dlatego mnie to dziwi! Raptem co? Kto dał namiary? Gdzie rodzice i w ogóle, i w szczególe, nie?
K.P.: Nie wiem…
B.S.: A jak wy się trzymacie?
K.P.: No dobrze, no. Póki co dobrze, tylko ile razy można to tłumaczyć, że jest wszystko dobrze, a chcą sobie zrobić po prostu jakieś, nie wiem…
B.S.: Ja wiem, ja się też denerwuję. Jak w ogóle usłyszałam, to leki uspokajające wzięłam. Dzwoniłam, nie mogłam do was się dodzwonić. O, już teraz przyszłam z pracy, znowu byli… Ja nic, nie otwieram drzwi, ale jak się wkur…, to zadzwonię na policję. Mówię: nie będą mi nagonki robić na mieszkanie.
K.P.: I tak bym proponowała, że gdyby co, to pani nie wie, o czym mowa, i tyle.
B.S.: A jak chcą moją prywatność naruszyć, to psa wystawię. To od razu szybko ich pogoni. […] Bo mówię, nie mam nawet zamiaru gadać. Nawet jakbym coś wiedziała, to i tak się nie dowiedzą ode mnie. A po drugie, nic nie wiem. A po trzecie, nawet nic nie powiem. Nie chcę z nimi rozmawiać. […] Marcin… ten chłopak to zawsze tam coś ma normalnie…
K.P.: Przytłacza go zawsze jego inteligencja… no niestety. Już nie wiem, czy to jest jego plus czy jego minus.
B.S.: Tak że wiesz, normalnie… A on gdzie teraz jest?
K.P.: Śpi sobie, bo jest wymęczony, nie chciałam go budzić. No nerwowo na pewno, wie pani. Jest sytuacja dość trudna.
B.S.: Ja słyszałam po głosie, jak się w piątek wypowiadał niby telefonicznie. To już te pierwsze jego słowa, jak usłyszałam, to tak, jakbym go słyszała wtedy, jak to się działo… [chodzi o poprzednie wyroki Marcina P. za oszustwa finansowe – przyp. red.] Potem się uspokoił.
K.P.: Pani Basiu, to jest jakby zupełnie inna sytuacja. Tutaj nic złego się nie wydarzyło i nic złego nie zrobiliśmy, tylko ktoś teraz na siłę chce nam wmówić, że coś zrobiliśmy. Ja już nie wiem…
B.S.: Daj Boże… Jeszcze Magda mówi: Kaśka by Marcinowi łeb urwała, gdyby wiedziała, że robi szwindle, nie?
K.P.: Absolutnie, to jest w ogóle wykluczone. Absolutnie! To jest dawno i nieprawda. Już minęły te czasy…
Kłamstwo na kłamstwie. Podkreślmy, że ta rozmowa odbyła się 6 sierpnia 2012 r. Tydzień wcześniej upadły linie lotnicze OLT Express, a za tydzień zawali się Amber Gold. Jest jasne, że nikt już nie zobaczy żadnych pieniędzy z inwestycji w złoto. Mimo to Katarzyna P. brnie w opowieści o biznesie, na którym nikt nie traci.
Partnerzy w przestępstwie
Wśród podsłuchanych przez ABW rozmów Marcina P. można wyróżnić niewielką grupę takich, w których oszust bywa szczery. Szef Amber Gold otwarcie o swoich kłopotach mówi tylko zaufanym współpracownikom. Spoza tego wąskiego grona na szczerość może liczyć właściciel parabanku Finroyal. To specyficzna relacja, bo początkowo Marcin P. uważa rozmówcę za człowieka nasłanego przez ABW, nie ufa mu. Musi być jednak mocno zdesperowany, skoro wiąże z nim swoją przyszłość i właśnie w nim upatruje szansy na choćby chwilowe odsunięcie upadku Amber Gold, doganianego przez coraz liczniejszą grupę wierzycieli. To reklamodawcy, klienci, a nawet pracownicy oddziałów AG w całym kraju, którym szefostwo zalega z wypłatami. P. chce w ekspresowym tempie posłużyć się kontaktami sprzedawców Finroyal, co dałoby Amber Gold przypływ gotówki.
Pojawia się jeszcze jeden kłopot. O współpracy dwóch podejrzanych podmiotów finansowych robi się zbyt głośno po reportażu w TVN. P. i Andrzej Korytkowski nie wiedzą, kto dał cynk dziennikarzom o inwestycji Marcina P. w Finroyal.
A.K.: Ja myślę, że może dwójka tych ludków, z którymi rozmawiałem, moich agentów byłych. […]
M.P.: Wie o tym tylko zaufana grupa osób. I w dniu dzisiejszym wystraszyli się pracownicy oddziałów, że po prostu jest koniec. I nie chcą nam przyjść do pracy. Mamy poważny problem wewnętrzny w strukturze. Brakuje nam na wynagrodzenia.
A.K.: Rozumiem to. We wszystkich miastach macie te problemy? Czy są jakieś miasta, w których macie największe?
M.P.: Radom, Konin, w dniu dzisiejszym tam nie otworzyły się punkty Amber Gold. Dzwoniły centra handlowe i zaraz będą na nas kary nakładać. […] Potrzebuję pilnie klientów, którzy nam zapewnią przynajmniej te 900 tys. zł. […] Odezwę się za godzinę i będziemy werbować tych klientów naszych, waszych.
Szef Finroyal słyszy od P.:
M.P.: Jak pan wie, u mnie pracował syn premiera, w OLT. I dopóki on pracował, to wydaje mi się, że nikt nas nie ruszył. W chwili obecnej może być tak, że ktoś nas ruszy. […] Ogłosiłem upadłość OLT, za chwilę ogłaszam upadłość Amber Gold. […] Jestem przygotowany psychicznie na odsiadkę.
Korytkowski proponuje, że może przyjechać na spotkanie. P. zastrzega, że nie może wyjść z domu, który jest obstawiony przez paparazzich. Do tego wątku jeszcze wrócimy.
Pożar w oddziałach
Na początku sierpnia 2012 r. wokół Amber Gold robi się naprawdę gorąco. To powoduje, że Marcinowi i Katarzynie przestają wierzyć już nawet pracownicy dosyć wysokiego szczebla. Rozpuszczają na forach internetowych informacje o złej kondycji firmy, co – szczególnie Katarzynę – doprowadza do wściekłości. Pani prezes nie jest w stanie pojąć tego, że ludzie nie przychodzą do pracy z powodu kilkudniowej zaległości w wypłatach.
Małgorzata Kin-Kaczmarek z rady nadzorczej AG podenerwowana raportuje szefowej:
M.K.-K.: Mamy informacje z sieci od klientów, którzy cały czas czekają na przelewy. Dostali potwierdzenia, ale cały czas nie mają środków. Dzisiaj w Gdańsku była jakaś akcja z rękoczynami.
K.P.: Proszę, żeby pani była dzisiaj na tym spotkaniu z nami. Musimy jakąś strategię wypracować. Powiem tak: najgorzej będzie, jak się rozbijemy od środka. Oni tylko na to liczą tak naprawdę. Dwa tygodnie nie mogą sprawić, że wszyscy pracownicy nam nie wierzą nagle, tak?
M.K.-K.: No wie pani… Tutaj jest ta nagonka prasowa, to wam na pewno nie pomaga. A jeszcze… no my niestety nie przekazujemy całej prawdy do prasy. Więc jeśli my piszemy, że jest na bieżąco, a na forum klienci się rozpisują, że nie jest…
K.P.: No ale, pani Małgosiu, wie pani, jak to działa. To jest taki ludzki mechanizm naturalny. Jaki mamy naród w Polsce, co mogę zrobić… […] Znajdę jakoś argumenty, możecie nawet wejść do nas na konta, mam to w dupie. Byle was przekonać, że nie kłamiemy.
Katarzyna P. na przemian krzyczy i błaga. Wszystko po to, by wmówić pracownikom, że „pensje wyszły” i niebawem dotrą na konta. Jej zapewnienia są żenujące, szczególnie gdy przypomnimy sobie niedawną rozmowę Marcina P. z Andrzejem Korytkowskim, w której była mowa o utracie płynności finansowej. W kasie brakuje prawie 1 mln zł na wypłaty.
K.P.: Ja jestem tylko ciekawa, czy jutro, jak wszyscy już będą mieli te pensje, to czy ktoś nas przeprosi. Nie sądzę. Nie rozumiem tylko, jak przez dwa tygodnie, przez tą, k…, zajawkę w mediach wszyscy przestali wierzyć. Nie mogę w to uwierzyć.
Telefon pani prezes do jednego z dyrektorów oddziałów:
K.P.: Ale to jest jakaś bzdura, panie Mariuszu, to nie jest, k…, moja wina! To Klubmanowa z Brzeskim, k…, zaspali! Weźcie się uspokójcie, przez te dwa tygodnie taką wam sieczkę robią w głowach, że przestajecie ufać nam! […] Przelewy wyszły, a wszystko jest opóźnione, bo pan Brzeski z panią Klubman mają, k…, wszystko w dupie!
Opóźnienia w wypłatach i medialna wrzawa powodują, że pracownicy biorą urlopy na żądanie. Są dni, gdy nie otwierają się ani oddziały Amber Gold, ani nawet małe punkty AG w centrach handlowych. Marcin i Katarzyna P. osobiście obdzwaniają szefów innych działów firmy, by ich pracownikami uzupełnić niedobory kadrowe w salonach sprzedaży. Chodzi o to, by do ostatniego momentu (Amber Gold upadnie za pięć dni) wyciągać od ludzi pieniądze i by nie płacić kar centrom handlowym za zamknięte punkty.
K.P.: Teraz najgorsze, co nas może spotkać, to jest afera w mediach. Że oddziały są zamykane. To jest gwóźdź do trumny, a oni tego nie rozumieją. […] U różnych pracodawców pracowałam, to jest normalne, że wypłaty wpływają później. […] No, k…, dwa dni nie mogą przeciwstawić człowieka nam. […] Co oni zrobią, jak te pieniądze wpłyną, a w końcu wpłyną? Przeproszą mnie, jak już będzie firma rozj…?
Mimo zaklęć i przekleństw pieniędzy na wypłaty nie ma. 2 sierpnia 2012 r. Marcin P. dzwoni do jednej z najbardziej zaufanych osób, prawnika Łukasza Daszuty i informuje go, że zostało zablokowane konto w Toyota Bank należące do Amber Gold. „O Jezus Maria!” – reaguje prawnik. „I co teraz?” – dopytuje.
M.P.: Brakuje mi dzisiaj 1 mln 100 tys. I mam, i nie mam.
Ł.D.: Kurde… O kurczę… I co teraz? Mamy się spotkać, rozmawiać, coś myśleć nad tym?
M.P.: Nie, na razie pomyślę, co w ogóle z tym można zrobić. Bo ja wyślę do nich pismo o przelanie tych środków na inny podmiot. Sprawdź, czy w momencie likwidacji rachunku środki mogą przejść na inny podmiot, czy muszą przejść koniecznie na konto tego samego podmiotu. Bo jak na konto tego samego podmiotu, no to ja nie mam możliwości przelania środków.
Pod koniec rozmowy P. wyraźnie łamie się głos.
Medialnie „pójść grubo”
Piramida upada, ale liczy się każdy dzień. Kluczowa jest osłona medialna. Z tą, jak już wiemy, zaoferował się Michał Lisiecki, wydawca tygodnika „Wprost” (pomagał też w bardziej przyziemnych sprawach – np. załatwiając małżeństwu P. bilety na koncert Madonny). To ten tytuł publikuje artykuły uderzające w Komisję Nadzoru Finansowego.
Aktywny jest Emil Marat, były dziennikarz, teraz już PR-owiec, wynajęty przez P. (miesięcznie 30 tys. zł na rękę). Mówi Marcinowi P.:
E.M.: Jak teraz będzie olimpiada w najbliższych dniach, kiedy będą jedynki związane ze sportem, na stronach biznesowych nie będą mieli o czym pisać i sprawa Amber Goldu absolutnie wróci – jestem o tym przekonany. Mam propozycję – czy odpowiedź na moje pytanie, które ja tam wrzuciłem – „Wprost” chce duży wywiad z Marcinem P. I jednocześnie, by się to ukazało we „Wproście” oraz „Bloomberg BusinessWeek Polska”. Co więcej „Bloomberg BusinessWeek” byłby zainteresowany okładką z Marcinem P. Mówię serio! I to jest tak, że możemy tam powiedzieć wszystko, co chcemy. Możemy powiedzieć, że oto tajemniczy złoty chłopiec z Wybrzeża okazuje się godnym zaufania przedsiębiorcą. „Bloomberg BusinessWeek” to międzynarodowy tytuł, który na okładkach nigdy nie daje przestępców – daje biznesmenów.
Ten plan wypalił. P. znalazł się na okładce („Tylko u nas Marcin P. ujawnia swoją twarz” – krzyczy tytuł). W innej rozmowie Marat cieszy się, że „rozegranie” powyższych tytułów „może być przełomowe” i jest „warte rok pracy agencji PR-owskich”.
Razem z Maratem do Amber Gold przychodzi prawnik Paweł Kunachowicz (obaj mieli się znaleźć w radzie nadzorczej piramidy). Mecenas proponuje Marcinowi P. poprawę wizerunku poprzez „ciepły list do klientów OLT”:
P.K.: Idea jest taka, żeby podziękować ludziom. Powiedzieć, że żeśmy się starali, robiliśmy, co mogliśmy. Żeśmy udowodnili, że można coś zmienić w samym biznesie, natomiast stary szczerbaty dziad w postaci Polskich Linii Lotniczych i urzędnicy mają takie wpływy, że potrafią każdą inicjatywę – która jest fajna, którą ludzie lubią – potrafią rozpieprzyć. I że zapraszamy ich z powrotem do pociągu do Gdańska na osiem godzin i zapraszamy na autostrady, na których ginie 100 tys. ludzi rocznie.
Kunachowicz poleca „pójść grubo”:
P.K.: Pokazać, że państwo jest od tego, żeby wspierać nowe przedsięwzięcia, a nie szukać dziury. Nie wiem, czy nie dopieprzyłbym też dziennikarzom, że nie wspierali tej historii, tylko że gnoili. I bym w to wrzucił logo Amber Gold i OLT, żeby pokazać, że walczyliśmy o coś i nas rozpieprzyli.
M.P.: No tak, dokładnie, panie Pawle.
P.K.: Żeby to był komunikat do ludzi. Pieprzyć media, pieprzymy media, pieprzymy urzędy. Wam, ludzie, dziękujemy.
Układ z Agorą?
Ofensywa medialna kosztuje, a przecież Amber Gold ma już zablokowane konta bankowe. Wtedy z zaskakującą propozycją dzwoni do Marcina P. mężczyzna o imieniu Andrzej:
A.: Panie Marcinie, reklamy macie na najbliższe dwa tygodnie, czy tylko wielki format wisi?
M.P.: Tylko wielki.
A.: Zewnętrzna agencja wam robiła?
M.P.: Tak.
A.: A to ja mogę do „Wyborczej”, żeby bezpośrednio… no… rozumie pan?
M.P.: Nie mamy za co.
A.: Ale za darmo! […] Myślę, że spokojnie miesiąc może iść reklama bez płacenia.
M.P.: Tylko że mamy zadłużenie.
A.: Bezpośrednio w Agorze?
M.P.: Tak.
A.: Dlatego pytałem, czy przez agencję puszczaliście, czy sami.
M.P.: Na pewno mamy.
A.: Bo z tego, co wiem od ludzi z Agory na wasz temat, to że tylko przez agencję… A wie pan, jakie to zadłużenie?
M.P.: Gdzieś koło 300.
A.: To nic, my mieliśmy u nich milion kredytowy.
Godzinę później Andrzej dzwoni ponownie:
A.: W sprawie Agory samej – oni mogą pójść na taki układ, że puszczą kampanię przez dwa–trzy tygodnie, a nawet miesiąc. Ale nie trzeba być ze służb, żeby się dowiedzieć – wystarczy mieć kolegów – że zadłużenie jest na ponad milion, bo wszystko było fakturowane z OLT i Ambera na was. Ich propozycja jest taka: żeby rozwiązać tę sytuację, to oni mogą pomóc, tylko że trzeba się z nimi spotkać i ustalić harmonogram – że, załóżmy, robią kampanię, jakiś koszt symboliczny tej kampanii ponosimy, no a tamto gdzieś tam się spłaca za dwa miesiące jakąś część, później znów jakąś – taki harmonogram spłaty. […]
M.P.: Myślę, że to jest bardzo dobry pomysł.
A.: A będzie pan w najbliższym czasie w Warszawie?
M.P.: Miałem być, ale nie będę z tego względu, że jest polowanie na moje zdjęcie. Mam areszt przymusowy domowy, dopóki się nie ukażą zdjęcia we „Wprost”.
A.: A ukażą się?
M.P.: Tak. Mam układ i po prostu nie mogę go zerwać. Patowa sytuacja.
Ten wątek pojawia się w wielu rozmowach. Małżeństwo P. kilka dni przesiaduje w domu. Wydawca „Wprost” zakazał im publicznego pokazywania się, chcąc mieć ich aktualne fotografie na wyłączność. Są karni do tego stopnia, że rezygnują z koncertu Madonny, nie wychodzą na zakupy, przyjaciel Jacek Krzysztofowicz (wtedy dominikanin, zrzucił habit niedługo po wybuchu afery) przyjeżdża do nich.
Ludzka twarz aferzysty
Ten ostatni jest jedną z osób najczęściej pojawiających się w zarejestrowanych nagraniach. P. często się z nim spotykają. Przekazali mu nawet 1,5 mln zł – dla klasztoru. Udzielał im ślubu kościelnego (cywilny wzięli kilka lat wcześniej). To on zapewniał im „bezpieczne miejsce” w kościele – jak tłumaczył w ubiegłym tygodniu przed komisją śledczą, miało chodzić o wpuszczanie na poziom chóru w czasie mszy, by nie robiono małżeństwu zdjęć w świątyni. W czasie zeznań przekonywał, że dopiero po aresztowaniu Marcina P. (30 sierpnia 2012 r.) zdał sobie sprawę z przekrętu swoich przyjaciół. Tyle że godzinę później o tym zapomniał i oznajmił, iż pozostającej na wolności Katarzynie ufał jeszcze jesienią.
Krzysztofowicz kontaktuje Marcina P. ze znajomym dziennikarzem „Gazety Wyborczej” Romanem Daszczyńskim.
J.K.: Dostał taką możliwość, że mógłby napisać taki artykuł o tobie – być może kilka artykułów – właśnie o tym, kim jesteś. Nie o Amber Gold, ale taki bardziej o osobie. Myślę, że warto. Chcesz w to wejść?
Marcin zechciał. Podał też Daszczyńskiemu numery do swojej nauczycielki i przyjaciółki z lat szkolnych. Szef piramidy finansowej jest ciekawy, co dziennikarz usłyszał od wychowawczyni. Są na „ty”:
R.D.: Ona bardzo dobre zdanie ma o tobie. To może dziwnie zabrzmi, ale powiedziała, że trochę była zaskoczona twoim wyborem, jeśli chodzi o żonę – może się mylić, bo ludzie się zmieniają od lat szkolnych – ale pamięta, że Kasia niespecjalnie tobą się przejmowała i nauką. Natomiast ty byłeś zawsze orłem, zaangażowanym w życie klasy, samorząd klasowy…
M.P.: To jest problem – Kasia nie chodziła do szkoły, bo nie lubiła chodzić do szkoły. Nie skończyła szkoły jako prymus, ale też nie jako najgorszy uczeń. Mariola nie lubiła takich osób, które olewały sobie szkołę. Ale to jest jej zdanie.
Ta relacja męża stoi w pewnej sprzeczności z tym, co mówi do matki sama Katarzyna:
K.P.: Wszystko, co ty dla mnie w życiu zrobiłaś, zrobiłaś możliwie najlepiej, jak potrafisz. Miałam spokojny dom, mogłam się spokojnie wykształcić.
Wróćmy do Daszczyńskiego. Spisał się na medal. Następnego dnia ukazuje się bowiem artykuł „Kim pan jest, panie Plichta? Sylwetka szefa Amber Gold”. To ciepły tekst, w którym o P. mówią ludzie im życzliwi, a wcześniejsze oszustwa są bagatelizowane.
Halina nie wierzy w wyroki
Wsparcie zaprzyjaźnionych dziennikarzy nie na długo pomogło. Tej fikcji nie da się utrzymywać. Nawet „Wyborcza” pisze o licznych wyrokach Marcina P. Jest 10 sierpnia. Za trzy dni Amber Gold zostanie zamknięte. Małżeństwu P. wierzą już tylko najbliżsi.
Danuta J.-P.: Posłuchaj, dojechałam do domu. U Haliny siedziałam. Oglądaliśmy na TVN24, że Marcin ma sześć wyroków.
Katarzyna P.: 20… I co dalej?
D.J.-P.: Ja się zaczęłam śmiać. Halina mówi: przecież my w żadne słowo – ani ja, ani Andrzej – nie wierzymy. Ona mówi: znam Kasię, jego nie znam tak dobrze, ale on nie wygląda na takiego, żeby on ten… Ona mówi: Danka, jest jakaś nagonka, coś musieli komuś na pietę Achillesa stanąć. Ja mówię: widzisz, Halina, takie jest życie. […] Mówię: dobra, Halina, idę, bo, mówię, psa muszę wyprowadzić. Ona mówi: dziewczyno, trzymaj się, bo macie taką nagonkę, że ja ci współczuję.
Ale teraz usłyszałam, jak byłam u Haliny, że Marcin miał sześć wyroków. A Halina mówi: u nas sześć wyroków? I wszystkie miałby w zawieszeniu? U nas to po drugim już ma się kraty. Co oni pier…? Co oni myślą, że ludzie na dole to takie ciemne masy?
K.P.: No co ja mogę… A mojego zdjęcia nie pokazali?
D.J.-P.: Nie. Mówili tylko, że Katarzyna P., żona Marcina P. A, wypowiadał się ksiądz, że dostał od was 1 mln zł.
K.P.: A który?
D.J.-P.: Ten wysoki. Że wpływały w różnych ratach, ale jest to suma 1 mln zł. Widziałaś? Się Kościołowi pomaga, a później ci Kościół dupę… Mógł odmówić, powiedzieć: to jest moja sprawa.
K.P.: Nie, no on tak nie może.
D.J.-P.: Kasia, chciałby, toby coś znalazł. Ominąłby to jakoś, nie musiałby mówić ten… Na którą będziecie?
K.P.: 22.00–23.00.
D.J.-P.: A, mieliście tabletki wziąć na spanie. Ja to se jedną wezmę. A nie mam zamiaru więcej brać – bo zasnę i się nie obudzę.
Katarzyna i Marcin P. od wielu dni raczej nie sypiają dobrze. Muszą czuć, że pętla się wokół nich zaciska. Prezes Amber Gold rozmawia z dyrektorem zarządzającym OLT Express Jarosławem Frankowskim o nie do końca jasnej transakcji z Joachimem Kleinem, nowym prezesem OLT Germany. Słychać, że P. coraz bardziej się boi.
M.P.: Nie wiem, czy to będzie dobry weekend, żeby to zrobić z Kleinem.
J.F.: No dobrze, ja rozumiem, tylko że tam Komisja Europejska dała nam do trzeciego czas, żeby skończyć te różne rzeczy, które daliśmy, zaczęliśmy w Niemczech.
M.P.: Wiem, wiem, wiem. Tylko że jest jeden mały problem. Ja nie mogę o tym powiedzieć przez telefon. Emil o tym wie i też tego przez telefon nie powie.
J.F.: No dobrze.
M.P.: Jeżeli będzie jutro afera, to po prostu nie podpiszę tego.
J.F.: No dobrze, a… generalnie chodzi o to, żeby ten podpis […] był w obecności notariusza, może być nawet polskiego. […]
M.P.: Powiem ci tak: jeżeli to jest prawda, to ani to twoja, ani moja wina.
J.F.: No słuchaj, Marcin… No to i tak musimy już poczekać. Tak?
M.P.: Tylko że to jest bardzo groźne.
J.F.: No dobrze, to co mi chcesz powiedzieć? Mam rodzinę zabrać z tego kraju?
M.P.: Nie, nie, nie, nie. To jest po prostu „Watergate” mniej więcej. Jeżeli to jest prawda.
Spieniężyć złoto
Bohaterowie afery od początku są ostrożni w rozmowach telefonicznych. Im późniejsze podsłuchy, tym bardziej są one niezrozumiałe. Połączenia stają się coraz krótsze, a wypowiadane zdania coraz bardziej enigmatyczne. Małżeństwo P. umawia się na spotkania „tam”, powołuje się na rozmowy „o tym”, poleca matce wziąć „to”. Wśród nagrań znajduje się następująca rozmowa Katarzyny z kobietą, której personaliów nie znamy:
K.P.: I jak?
X: Nieciekawie.
K.P.: A co mówią?
X: Sztab kryzysowy został powołany.
K.P.: Sztab kryzysowy został powołany? Przez kogo?
X: Na TVN24 na pasku nawet piszą. Na czerwono.
K.P.: Ja pier…
X: Nie idź do domu.
K.P.: Dobra.
X: Nie idź.
K.P.: A czemu?
X: Bo to już jest, wiesz…
K.P.: Ciężka sprawa.
X: No… gdzie jesteście? Nie dobra… [śmiech] Będziecie jechać?
K.P.: Nie wiem.
X: Ja mam telefon włączony, dzwoń jakby coś. Ale nie idź, proszę cię, nie idź, bo już wiesz…
K.P.: Wiem, wiem…
Poniższy dialog publikowaliśmy już kilka miesięcy temu. 27 sierpnia Marcin P. dzwoni do babci, Eryki:
M.P.: Cześć, babcia, Marcin z tej strony, jesteś w domu?
E.: Tak, jestem w domu.
M.P.: To się ubierz i idź na cmentarz na grób dziadka. Ja za 15 minut tam będę.
E.: Dlaczego?
M.P.: Ja za 15…
E.: Gdzie tam, tak późno, ciemno, coś ty.
M.P.: Idź na ten grób dziadka, ja za 15 minut tam będę.
E.: No masz ci los, Marcin ja się za ciebie modlę.
M.P.: Idź i nie marudź. Na razie. Do zobaczenia za 15 minut.
E.: Na razie.
W czasie przeszukania służby znalazły u pani Eryki ponad 200 tys. zł. Czy ukrycie u babci takiej gotówki było celem spotkania na cmentarzu? Marcin P. w czasie zeznań przed komisją odmówił odpowiedzi na to pytanie. Babcia już nie żyje.
P. postanowili sprzedać posiadane złoto. Marcin przypomina sobie o transakcji w firmie Inwestycje Alternatywne Profit, zrealizowanej przed ponad rokiem, gdy interes świetnie się kręcił. Nie pamięta, co kupił:
M.P.: Zamówienie 84 401 – czy mogłaby mi pani potwierdzić, jakie tam były zakupy robione?
IAP: Już potwierdzam, panie Marcinie. […] Czyli było tak: pięć sztabek 100-gramowych z mennicy australijskiej, 40 sztabek uncjowych, również z mennicy australijskiej, 50 sztabek uncjowych szwajcarskich i 80 50-gramowych szwajcarskich [w sumie ok. 7 kg – przyp. red.].
Umawia się na sprzedaż złota Profitowi. Natychmiast zgadza się na opłacenie „składowego” w wysokości 5 proc. wartości kruszcu (aż kilkadziesiąt tysięcy złotych).
P. wysyłają też swojego zaufanego człowieka – Krzysztofa Kuśmierczyka, dyrektora biura bezpieczeństwa Amber Gold – do NBP, aby sprzedał złoto znajdujące się w sejfach firmy. Dzwoni do niego Katarzyna P.:
K.P.: Panie Krzysztofie?
K.K.: No jestem już na miejscu.
K.P.: Dobra, do kasy numer 4 trzeba podejść i zacząć z tą panią to przeliczać. […] A ja zaraz prześlę, bo nie mogę się zalogować na komórce, zaraz zadzwonię i podyktuję numer konta, tak?
K.K.: A ta pani wie, o co chodzi?
K.P.: Nie, no wie – po prostu chcemy to spieniężyć.
K.K.: …ale ja nie mam pieniędzy.
K.P.: [zirytowana] No nie… chcemy spieniężyć – sprzedać, inaczej.
K.K.: OK, dobrze.
K.P.: Dobra. To pan idzie do kasy numer 4 i zaczyna z nią przeliczać. Katarzyna od razu dzwoni do matki. Jest prawdopodobne, że pieniądze ze sprzedaży złota mają trafić właśnie na jej konto.
K.P.: Słuchaj, gdzie ty jesteś, mamo?
D.J.-P.: Na Długiej.
K.P.: To słuchaj, weź wejdź do siebie, do banku, i wypłać 1 tys. zł.
D.J.-P.: Do mnie?
K.P.: Tak. Albo 1 tys. to może za dużo, może z 500.
D.J.-P.: To na Garncarską muszę się wrócić.
K.P.: No musisz.
D.J.-P.: Dobra.
K.P.: Słuchaj, i zapytaj się, czy ewentualnie wiadomo… nie można się zalogować przez internet.
D.J.-P.: Internet?
K.P.: Tak, przez internet nie można się zalogować na twoje konto i nie wiadomo dlaczego.
D.J.-P.: Aha, dobra. Na razie.
Prośba o wypłatę zdaje się tylko pretekstem do sprawdzenia, dlaczego konto matki jest niedostępne. Wszystko dzieje się bardzo szybko, nerwowo. Do Katarzyny P. dzwoni Kuśmierczyk:
K.K.: Czy ja mam się dać spisać z dowodu?
K.P.: No tak, innego wyjścia nie ma. Ale to nie jest nic złego, po prostu dostarczył pan to i tyle.
Pojawiają się jednak kłopoty. NBP może kupić kruszec tylko od klientów indywidualnych. Kuśmierczyk dzwoni do Marcina P. i przekazuje telefon pracownicy banku Katarzynie Piłat.
Katarzyna Piłat: Wprowadzono nas w błąd – ja mówiłam, ze skup jest możliwy jedynie od osoby indywidualnej. Pan po jakimś czasie wyjął – nie wiem, po godzinie, gdy tu dziewczyny już przyjmowały, oglądały złoto – upoważnienie, które wyraźnie wskazuje, że ten pan działa w imieniu spółki Amber Gold. W międzyczasie wrócił mój dyrektor, przedstawiłam mu fakty, zadzwoniliśmy jeszcze raz do centrali – absolutnie transakcja musi być wstrzymana. Może być tylko możliwa indywidualnie po uzgodnieniu na szczeblu centralnym. Oni mogą skupić od firmy, od osoby prawnej. Tak że przykro mi, szkoda tutaj dziewczyn pracy i pana czasu, który tu stoi, no nic nie zrobię, takie jest zalecenie odgórne.
Marcin P.: Dziękuję bardzo.
K.P.: Przekazać kolegę?
M.P.: Panie Krzysztofie, to weźmie pan to i wróci pan, dobra?
K.K.: Dobra, OK.
Nie znamy wszystkich rozmów i działań podejmowanych przez małżeństwo P. w sierpniowych dniach 2012 r. Z zapisów na komputerach zabezpieczonych w Amber Gold wiemy natomiast, że w internecie sprawdzają oni, jakie sankcje przewiduje Kodeks karny za ich działalność. Zarejestrowano też poniższą rozmowę Katarzyny P. z adwokatem firmy, Łukaszem Daszutą. Datowana jest na 7 sierpnia.
Katarzyna P.: Słuchaj, z tą rozmową dzisiejszą, którą tam przeprowadziliśmy, to jeżeli zdecydowalibyśmy się na ten krok i ustalili jakieś tam terminy tych wypłat, czy w tej sytuacji prokuratura mimo wszystko jest w stanie np. oskarżyć nas o przywłaszczenie?
Łukasz Daszuta: Znaczy wiesz, w stanie jest wszystko zrobić, tak? Natomiast jeżeli wypłaty następują, no to następują – to nie ma tutaj żadnej winy. A co może być, to tego nikt nie oceni, jak to może się potoczyć.
K.P.: Rozumiem.
Ł.D.: Natomiast no to jest to, że te wypłaty muszą po prostu iść, musi być tutaj, to musi iść.
K.P.: Tak, ja to rozumiem.
Ł.D.: No.
K.P.: To dzięki, hej.
Podjęli ryzyko, by na chwilę przed upadkiem piramidy zabezpieczyć dla siebie jak największą sumę. Jaką? Gdzie ją ukryto? A przede wszystkim – dlaczego mieli na to przyzwolenie? Mimo że służby przez kilka tygodni podsłuchiwały P., nie przeszkadzały im w działaniu. Marcina zatrzymano dopiero 30 sierpnia. Katarzynę – osiem miesięcy później!
Działania służb niebawem będą przedmiotem prac komisji śledczej. Na pewno padną pytania o zlekceważenie informacji wyłaniających się z podsłuchanych rozmów.
Ich obszerniejsze wersje znajdą państwo na antenie telewizji wPolsce.pl ==> TUTAJ CAŁA PLAYLISTA.
= = = = = = =
AGENCJA (NIE)BEZPIECZEŃSTWA WEWNĘTRZNEGO
Marek Pyza, Marcin Wikło
Artykuł ukazał się w tygodniku „wSieci” nr 27 (240) 2017
3–9 lipca 2017 r.
Od dawna mówiło się o tym, że premier Donald Tusk już w maju 2012 r. dostał od ABW informację o przestępczym charakterze biznesu Marcina P. Dziś ujawniamy na to dowód. Do tej pory był to jeden z najpilniej strzeżonych dokumentów związanych z aferą. Słynna notatka powstała w czasie, gdy do Amber Gold wpływały największe pieniądze od Polaków omamionych swoistą gorączką złota. Dlaczego już wtedy nie przerwano oszukańczego procederu? Zasadne jest pytanie o pozorowanie pracy przez specsłużby, a nawet sabotaż.
Mamy do czynienia z piramidą finansową, która mogła skrzywdzić kilkadziesiąt tysięcy osób; Amber Gold wyprowadza pieniądze klientów; możliwe też, że dokonuje wyłudzeń finansowych – to wnioski Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zawarte w informacji z 24 maja 2012 r. Zdjęcia z niej klauzuli niejawności konsekwentnie odmawiał były szef ABW i autor pisma gen. Krzysztof Bondaryk. Co ukrywał? To, że najważniejsze osoby w państwie miały pełną świadomość skali przekrętu, jakiego ofiarami padło wielu Polaków, a mimo to nie ostrzegły rodaków. Przez kolejne dwa miesiące pozwalano oszustom kraść miliony.
Pierwsi publikujemy tę notatkę. Obciąża ona zarówno ówczesne szefostwo ABW, jak i nadzorujących ją ministra Jacka Cichockiego oraz w szczególny sposób premiera Donalda Tuska. Ten ostatni z jednej strony nie wymógł na podległych mu urzędnikach zdecydowanych działań. Z drugiej – o niebezpieczeństwie współpracy z Marcinem P. rozmawiał z synem zatrudnionym w liniach lotniczych OLT Express.
Przypomnijmy – rzecz dzieje się w połowie 2012 r. Pracę specsłużb od kilku miesięcy formalnie nadzoruje szef MSW, choć ich głównym zwierzchnikiem (stanowisko koordynatora w randze samodzielnego ministra wciąż nie istnieje) jest szef rządu. Tusk jesienią 2008 r. zlikwidował bowiem stanowiska koordynatora ds. służb specjalnych – po do dziś niewyjaśnionej dymisji z tego urzędu Pawła Grasia – i zostawił tę kompetencję wyłącznie sobie. Były koordynator ds. służb specjalnych w rządzie PiS Zbigniew Wassermann przestrzegał wówczas, że stwarza to „bardzo niebezpieczną sytuację, która zagraża bezpieczeństwu państwa”. Odpowiadając na ten zarzut, szef KPRM Tomasz Arabski oświadczył: „Używanie takich słów jak ódestabilizacjaó czy ózagrożenie bezpieczeństwaó jest niepoważne. Za służby specjalne odpowiada premier. Nadzoruje i wyznacza im zadania”.
Jak za chwilę udowodnimy, afera Amber Gold mogła zostać zduszona w zarodku, gdy w 2010 r., na początku istnienia firmy, ABW otrzymywała informacje o podejrzanej działalności piramidy finansowej. Nie zrobiła nic. I można się tylko zastanawiać – co jest większym grzechem służb: bezczynność sprzed siedmiu lat czy pozorowanie działań dwa lata później.
Liczne dokumenty Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, do których dotarliśmy, każą postawić zasadnicze pytanie: z jakiego powodu ABW zależało na udawaniu ścigania małżeństwa P.? Dlaczego pozwolono im wyprowadzić miliony złotych wyłudzone od tysięcy Polaków? Czy ludzie stojący za Amber Gold mieli moc wpływania nawet na najważniejszą instytucję odpowiedzialną za bezpieczeństwo państwa?
Czy był pan słupem?
W dniu przesłuchania przez komisję śledczą Marcin P. musiał wstać o godz. 2.30. Jego status osadzonego „szczególnie chronionego” nie pozwala na transportowanie go etapami, do warszawskiego sądu dotarł zatem wprost z gdańskiego aresztu. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Wychudzony, z podkrążonymi oczami i siną cerą. Poprosił, by następnym razem wezwać go na godzinę 12, a nie 10, wtedy będzie mógł odpowiadać na pytania posłów choćby do wieczora.
W ubiegłą środę na wiele pytań nie odpowiedział, zasłaniał się grożącymi mu zarzutami w procesie karnym. „Czy obawia się pan o swoje bezpieczeństwo?” – zapytał Marek Suski. Marcin P. zareagował dopiero po kilkunastosekundowym milczeniu: „Odmawiam odpowiedzi na to pytanie”. „Czy był pan słupem?” – na to pytanie Witolda Zembaczyńskiego odpowiedź była identyczna. Nie chciał mówić także o tym, skąd miał pieniądze i pomysł na gigantyczny przekręt, który pozwolił mu wyciągnąć oszczędności od 19 tys. Polaków.
Był jednak także wylewny. Mówił sporo i ciekawie, doprecyzowywał wątki niepytany. Na prawo i lewo rzucał też oskarżenia. „Nie powinienem na ławie oskarżonych siedzieć sam” – mówił pełen żalu. Opowiadał o kontaktach ze światem polityków, którzy – jak choćby prezydent Gdańska Paweł Adamowicz – mieli lgnąć do jego fortuny, o zatrudnieniu syna premiera i o służbach, które przymykały oko na jego poczynania. Co więcej, stwierdził, że jego pracownicy przynosili informacje z wewnątrz służb. Stąd miał się dowiedzieć, że jest podsłuchiwany przez ABW.
Nie można oczywiście do tych opowieści podejść zupełnie bezkrytycznie, należy bowiem pamiętać, że zeznania składał wielokrotnie skazany oszust, któremu teraz, za Amber Gold, grozi nawet kilkanaście lat więzienia. Jak jednak zaznaczają członkowie komisji, wiele z tego, co zeznawał P., ma odzwierciedlenie w bogatym materiale dowodowym. Po przeczytaniu dokumentów, których treść przytaczamy poniżej, mamy pewność, że Marcin P. na pewno nie kłamał, opowiadając o tym, jak ulgowo traktowali go funkcjonariusze ABW. „Miałem wrażenie, że nikomu nie zależało na prowadzeniu tej sprawy” – w tej kwestii, niestety, nie minął się z prawdą.
Kluczowa notatka
Mało kto pamięta, że w tej sprawie ślepota zaczęła doskwierać Agencji już w 2010 r. Ujawnił to przed komisją śledczą były dyrektor z Ministerstwa Gospodarki Jarosław Mąka. Jak zeznał, pierwszy raz zawiadomił funkcjonariusza ABW w styczniu bądź lutym 2010 r., gdy Amber Gold przysłało (grudzień 2009 r.) wniosek o rejestrację pierwszego w Polsce domu składowego (ABW otrzymała nawet kserokopie dokumentów spółki). Drugi raz – w czerwcu, po tym jak okazało się, że Marcin P. był karany, więc wykreślono Amber Gold z rejestru domów składowych, na co firma nadesłała kolejny wniosek – z Niemiec.
Jak się dowiedzieliśmy, specsłużba ograniczyła się do sporządzenia notatek z tych spotkań i… o sprawie zapomniała.
Musiała zareagować w maju 2012 r. Wówczas nie dało się już dłużej przymykać oczu na problem Amber Gold, 15 maja bowiem do ABW wpłynęło z Banku Gospodarki Żywnościowej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez firmę Marcina P. BGŻ informuje, że choć zawarł z Amber Gold umowę na udostępnienie sześciu skrytek sejfowych, firma korzystała tylko z jednej – ostatni raz w maju 2011 r. Donosi też, że spółka została skreślona z listy domów składowych, znalazła się na liście ostrzeżeń KNF, a Marcin P. był skazany prawomocnym wyrokiem.
Dziewięć dni później szef Agencji gen. Krzysztof Bondaryk sporządza słynną, poufną notatkę o piramidzie finansowej. Kieruje ją do prezydenta Bronisława Komorowskiego, premiera Donalda Tuska, koordynatora specsłużb i szefa MSW Jacka Cichockiego, ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego, ministra transportu Sławomira Nowaka i szefa Komisji Nadzoru Finansowego Andrzeja Jakubiaka. Nosi ona tytuł: „INFORMACJA. Dotyczy: działalności podmiotów w oparciu o mechanizm ópiramidy finansowejó”.
W piśmie czytamy, że z analizy ABW wynika m.in., iż wynajmowane przez Amber Gold skrytki bankowe nie są w stanie fizycznie pomieścić zadeklarowanej ilości złota, co stawia pod znakiem zapytania cały kruszcowy interes. Bondaryk przypomina również, że w 2010 r. Ministerstwo Gospodarki wydało spółce zakaz prowadzenia działalności składowej z powodu ciążących na Marcinie P. prawomocnych wyroków sądowych. Kolejna część informacji dotyczy Grupy OLT Express, której działalność „może być ekonomicznie nieuzasadniona”. ABW już wtedy, po miesiącu działalności linii lotniczych, wie, że to lewy biznes, którego celem nie jest zarabianie, tylko wyprowadzanie pieniędzy z lokat Amber Gold. Wnioski są jednoznaczne, adresaci pisma nie mogą mieć wątpliwości: „działalność Amber może być prowadzona nie tylko z naruszeniem prawa bankowego, […] ale także może być ukierunkowana na wyłudzenia finansowe”. I najważniejsze: „Potencjalnymi pokrzywdzonymi może być kilkadziesiąt tysięcy osób”.
Podkreślmy – te słowa w maju 2012 r. napisał gen. Krzysztof Bondaryk, szef ABW, która mimo takiej zgromadzonej przez siebie wiedzy przez kolejne dwa miesiące nie zrobiła nic, by zatrzymać wypompowywanie kasy z Amber Gold przez Marcina P.
Ślimaki Bondaryka
Czytając kolejne dokumenty wytworzone przez ABW, aż nie mogliśmy uwierzyć, że ta służba naprawdę tak działała – potykali się o własne nogi niczym sąsiedzi z czechosłowackiej kreskówki.
2 lipca gdańska prokuratura przekazuje całe postępowanie do prowadzenia ABW.
16 lipca mjr Dariusz Filistowicz z Wydziału Postępowań Karnych gdańskiej Delegatury ABW sporządza plan śledztwa. Terminy poszczególnych czynności wskazują, że specsłużba działała w zdecydowanie wakacyjnym trybie. Przesłuchanie pracownika banku BGŻ (skąd nadeszło zawiadomienie o przestępstwie w połowie maja!) w kwestii rachunków Amber Gold i zasad korzystania ze skrytek ma się odbyć do 17 września. Ich zawartość ma być zbadana do 1 października. Wniosek o pomoc prawną do Szwajcarii (gdzie Marcin P. miał kupować złoto) ma zostać napisany do 30 października. Iście sprinterskie tempo śledztwa… 18 lipca zastępca dyrektora Departamentu Postępowań Karnych centrali ABW mjr Andrzej Gradowski uprzejmie prosi dyrektora Centrum Analiz Agencji por. Rafała Kowala o sporządzenie „kompleksowej analizy powiązań personalno-kapitałowych” w odniesieniu do Amber Gold, Marcina P. i Katarzyny P. Przypomnijmy – minęły dwa miesiące od zawiadomienia z BGŻ. Nikt wcześniej nie wpadł na pomysł przygotowania takiej analizy.
24 lipca ppłk Jarosław Dąbrowski, zastępca dyrektora gdańskiej Delegatury ABW, wysyła pismo do prokuratora okręgowego w Gdańsku Dariusza Różyckiego (to w jemu podległych instytucjach robiono wszystko, by przez ponad dwa lata nie ścigać Amber Gold, to jego prokuratorzy w efekcie pracy komisji śledczej będą mieli postępowania dyscyplinarne i karne). Dąbrowski nie ma wątpliwości: „Zgromadzone środki mają być wyprowadzone ze spółki przez Marcina P. na jego prywatne konto bankowe, na którym wymieniony ma już mieć zgromadzone ok. 50 mln zł. Z uzyskanych informacji wynika, że w najbliższych dniach Grupa OLT Express zamierza ogłosić upadłość. W związku z powyższym Marcin P. planuje w okresie najbliższych dwóch tygodni, po zgromadzeniu na koncie kwoty około 90 mln zł, ucieczkę z Polski do Argentyny”. P. stwierdził przed komisją, że nigdzie się nie wybierał. OLT rzeczywiście za chwilę upadły – po trzech dniach. Ale ABW wciąż poza mnożeniem papierów niewiele zrobiła, by nie dopuścić do wyprowadzenia milionów wyłudzonych od oszukanych ludzi.
Narada za naradą
27 lipca, w dniu upadku linii OLT, ABW w końcu włącza podsłuch telefonów małżeństwa P. W Agencji mnożą się też notatki, które nie przysparzają służbie chluby. Ppłk Dąbrowski pisze do prokuratora Różyckiego o „napiętej atmosferze” wśród osób, które założyły lokaty w Amber Gold. „[…] klienci masowo odstępują od umów, a infolinia jest oblegana przez osoby, które nie otrzymały pieniędzy po wygaśnięciu lokat”. Takie same informacje dochodzą także z regionalnych oddziałów AG. Najbardziej kuriozalne jest podsumowanie dokumentu. Pułkownik po prostu dołącza tłumaczenie Marcina P., że „winę za obecny stan rzeczy ponosi Komisja Nadzoru Finansowego”. Jest jasne, że piramida zaraz się zawali. Mimo to niestrudzony funkcjonariusz ABW bezkrytycznie pisze: „Właściciel spółki zapewnia również, iż za kilka dni sytuacja powróci do normy”. Jak wiemy, nie powróciła.
6 sierpnia ppłk Bogdan Dziadowicz, naczelnik Wydziału Postępowań Karnych gdańskiej ABW, podsumowuje naradę wierchuszki gdańskiej Agencji i prokuratury. Wnioski są osobliwe: „Ustalono wspólnie, iż na obecnym etapie śledztwa zabezpieczenie materiału dowodowego w siedzibie Amber Gold sp. z o.o. jest przedwczesne i mogłoby spowodować przerzucenie odpowiedzialności za niekorzystną sytuację poszczególnych osób lokujących pieniądze na ABW”. Przedwczesne? Po tym jak 10 dni wcześniej OLT upadły, a ABW odnotowała panikę wśród klientów spółki i niewypłacanie im zgromadzonych środków.
8 sierpnia. Kolejna narada w podobnym gronie. Ustalono „wstępny” termin następnego spotkania (14 sierpnia), na którym może zapaść decyzja o zakresie dokumentów, których wydania zażąda się od Amber Gold.
Kompletnie kabaretowo wyglądają notatki sporządzone przez naczelnika wydziału operacyjnego, które trafiają na biurko naczelnika Dziadowicza. Niemałym wyzwaniem okazało się „działanie operacyjne”, które pozwoliło ustalić, że np. w Sieradzu placówka Amber Gold działa przy Rynku 15? A w Łodzi przy ul. Brzezińskiej 27/29, w Centrum Handlowym M1, które codziennie odwiedza tysiące klientów. Przebiegłość tajniaków dała także możliwość operacyjnego ustalenia, że punkty były czynne w godz. 9-17, a klientów obsługiwały dwie osoby. Dzielni funkcjonariusze ABW, służby o najbardziej rozległych kompetencjach, w ramach rekonesansu zapuścili się nawet na Podkarpacie. „Lokal mieleckiego oddziału spółki usytuowany jest po prawej stronie głównej ulicy Mielca prowadzącej w kierunku Rzeszowa”. Płk Dziadowicz musiał być dumny ze swoich asów.
13 sierpnia dochodzi do jeszcze jednej narady. Tęgie głowy gdańskich organów ścigania ustalają, że trzeba w dalszym ciągu przesłuchiwać klientów Amber Gold, wzywać ich listownie, a co do Marcina P., to… nie ma podstaw do stawiania mu zarzutów ani do zatrzymywania go.
Dwa dni później, 15 sierpnia, na jeszcze jednej naradzie okazało się, że sytuacja dojrzała do tego, by jednak zabezpieczyć dokumentację w siedzibie Amber Gold i – co stwierdzono po burzliwej dyskusji – postawić Marcinowi P. pierwsze zarzuty. W kwestii jego zatrzymania nic się nie zmienia – nie stosować.
17 sierpnia ABW wchodzi do siedziby piramidy finansowej. Z zeznań P. przed komisją śledczą wiemy, że funkcjonariusze mieli mu powiedzieć, że mają na niego za słaby materiał dowodowy, więc „nie pójdzie siedzieć”.
ABW się przyznaje
Krzysztof Bondaryk musi czuć, że „nieporadność” dowodzonej przez niego służby zaszła za daleko. A może otrzymał jakiś sygnał od zwierzchników? Może od samego premiera przyszedł rozkaz: zrób coś, by pokazać, że w obszarze piramid finansowych działacie ponadstandardowo? 20 sierpnia szef Agencji wydaje decyzję nr Z-113 „w sprawie powołania Zespołu ds. koordynacji działań Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w zakresie funkcjonowania óparabankówó w Polsce”. Zespół jest utworzony specjalnie do sprawy Amber Gold. Powstaje o wiele miesięcy za późno.
Bo przecież szefostwo ABW od początku doskonale wiedziało, z czym ma do czynienia. Na szczytach władzy mówiło się o tym otwarcie. Przyznaje to sam gen. Krzysztof Bondaryk w piśmie do gen. Stanisława Kozieja, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, datowanym na 25 sierpnia (to odpowiedź na pytania szefa BBN z 16 sierpnia): „[…] w ocenie ABW przypadek Amber Gold wskazuje, iż działalność tego rodzaju firm przynosi nie tylko straty finansowe dla osób, które powierzyły jej swoje środki, ale też godzi w autorytet państwa i jego organów, prowadząc do osłabienia zaufania obywateli do instytucji bankowych, urzędów skarbowych czy wymiaru sprawiedliwości”. Dlaczego więc Agencja nie reagowała już w 2010 r.? Wytłumaczeniem nie są tu lamenty Bondaryka (a one stanowią gros pisma do szefa BBN) na niedoskonałe przepisy niepozwalające jego ludziom sprawniej działać.
Na końcu dokumentu Bondaryk przypomina Koziejowi, że „24 maja br. ABW skierowała do Prezydenta PR [tak w oryginale – przyp. red.] informację na temat działalności spółki Amber Gold i wynikających z niej zagrożeń”. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: drogi generale, czemu interesujesz się dopiero teraz, gdy afera rozlała się na całą Polskę, a wraz z prezydentem milczałeś, gdy informowałem cię o sprawie w maju?
Szef Agencji ma jednak dużo więcej na sumieniu. Jego ludzie zaczęli jakiekolwiek poważne działania, gdy o skandalu z piramidą finansową huczał już cały kraj. Dopiero w sierpniu podsłuchiwano Marcina P. i przeszukiwano siedziby jego firm oraz domy członków rodziny.
Przy okazji wyjaśniło się, po co założyciel Amber Gold dzwonił do babci, by wyciągnąć ją na spotkanie przy grobie dziadka (stenogram z tej rozmowy opublikowaliśmy przed tygodniem). Jak dowiadujemy się ze sporządzonego 7 września aneksu do planu śledztwa, wnuk przekazał jej 210 tys. zł w gotówce. Udało się je odzyskać.
Być może skuteczność ABW byłaby większa, gdyby nie rażąca „nieudolność” funkcjonariuszy. Można tak nazwać nieumiejętność skopiowania zawartości twardych dysków z komputerów Amber Gold, ale niesporządzenie stenogramów z trzech tygodni rozmów telefonicznych Katarzyny P. ( jako „nie mających znaczenia dla prowadzonego postępowania”) musi być już działaniem zamierzonym.
Analizując harmonogram „pracy” ABW, odnotowujemy pewną zbieżność dat. Michał Tusk, jak zeznał przed komisją śledczą, pracował u oszusta do 15 lipca 2012 r. Dzień później w Agencji powstał plan śledztwa. Co prawda – jak opisaliśmy – nie rusza ono z kopyta, ale coś zaczyna w sprawie drgać. Podkreślmy: być może to tylko zbieżność dat, ale nie można jej nie zauważyć. Czy syn premiera wiedział, kiedy należy odejść z interesu?
= = = = = = = =
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Co tydzień, w weekendy czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
