Jest ciężko, a jesteśmy opluwani. Relacje SGJest ciężko, a jesteśmy opluwani. Relacje strażników granicznych. "Widzimy, kto dziś naprawdę stoi po stronie bezpieczeństwa Polaków"

Rozmawiając z funkcjonariuszami straży granicznej z pierwszej linii, trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu z nich poświęca swojej służbie bardzo wiele. Cierpią rodziny, walka na granicy odbija się na zdrowiu.
Chłód, bagna, ekstremalnie trudne warunki terenowe. Do tego dochodzą wyczerpanie i presja psychiczna spowodowane działaniami funkcjonariuszy białoruskich służb.
Tak wygląda dzisiaj sytuacja, z którą mierzą się funkcjonariuszki i funkcjonariusze straży granicznej, którzy podkreślają, że jest to największe wyzwanie, przed którym stanęli w swojej, często wieloletniej, służbie. Coraz większym problemem staje się też medialna i polityczna presja, która ma sprawić, by pękł ten szczelny mur odgradzający nas od tysięcy imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Te naciski bolą strażników najbardziej. Ci, z którymi rozmawialiśmy, mają jednak świadomość, że wojna z prowokacją Łukaszenki ma sens i szansę na powodzenie.
Nie chcieli od nas pomocy
Starszy chorąży Marcin Suprun z Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej w Michałowie z trudnością z nami rozmawia. Ból gardła utrzymuje się u niego od kilku tygodni. Powoli kończy kilkunastogodzinną służbę. Swoją przygodę ze strażą graniczną rozpoczął 19 lat temu, ale wyzwania ostatnich miesięcy odbiły się na jego zdrowiu.
Zimno, wiatr, trudny teren. Od kilku tygodni nie mogę doleczyć gardła. Pracujemy cały czas. Nie dzielimy już zadań. Tu codziennie robi się coś innego. Tak ciężko nigdy nie było. W Michałowie odpowiadałem ostatnio za zaprowiantowanie osób, które do nas trafiły. Zakupy, wizyty w aptece, wydawanie posiłków. Ciągle na służbie. Czasem przez wiele godzin pracujemy w terenie i prowadzimy patrole. Przejmujemy osoby nielegalnie przekraczające granice. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Nasz nowoczesny sprzęt zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Jest bardzo mocno eksploatowany
– relacjonuje Marcin Suprun.
Funkcjonariusz przyznaje, że wielu imigrantów to przestraszani ludzie, którzy są całkowicie zdezorientowani i często nie zdają sobie sprawy, gdzie się rzeczywiście znajdują. To kolejny dowód na to, że przybysze z Bliskiego Wschodu i Afryki są cynicznie oszukiwani przez białoruski reżim. Nasz rozmówca odniósł się także do rzekomej „tragedii dzieci z Michałowa i ich rodziców”. Te osoby także znalazły się pod opieką m.in. funkcjonariusza Supruna.
Udzieliliśmy im pomocy. Zapewniliśmy ciepły posiłek, koce, suchą odzież. Wszystko było dla nich gotowe, ale oni nie chcieli od nas pomocy. Nie chcieli wejść do budynku, odmówili ochrony w Polsce
– opowiada st. chor. Marcin Suprun. Zapytaliśmy funkcjonariusza o jego zdanie na temat manipulacji mediów i ataki polityczne na strażników granicznych.
Kiedy na to patrzę, to czuję zniechęcenie. Jest bardzo ciężko, a oni nas opluwają. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Z drugiej strony miejscowa ludność z nami współpracuje, pomaga nam. Zaopatruję tych cudzoziemców w żywność i widzę, jak miejscowi sami przekazują nam produkty spożywcze. Otrzymujemy odzież dziecięcą, ubrania dla dorosłych. Lubię swoją pracę, ale ręce mi opadają, gdy stykam się z hejtem na straż graniczną. To dodatkowo odbiera nam siły
– przyznaje.
Przekonywali mnie, że „szukają tutaj żony”
Jak może się czuć umundurowana kobieta w tłumie młodych, nachalnych irackich lub somalijskich imigrantów z drogimi telefonami komórkowymi w dłoniach? Jak odpowiadać na niewybredne zaczepki i przerażające opowieści o seryjnym mordzie na kobietach, których miał się dopuścić jeden z imigrantów? Porucznik Izabela Greczan wiele lat służy w straży granicznej. Ma ogromne doświadczenie, uczestniczyła w kilku misjach Frontexu. Dziś pracuje w Centrum Rejestracji Cudzoziemców, w placówce SG w Czeremsze. To do niej trafiają ci imigranci, których zatrzymują jej koledzy i koleżanki w trudno dostępnym terenie podlaskich bagien i lasów. Stamtąd przenoszeni są do zamkniętych ośrodków.
W straży granicznej pracuję 17 lat, ale nigdy nie było tak ciężko jak teraz. Nigdy nie widzieliśmy takiej presji migracyjnej. Ustalamy tożsamość imigrantów i prowadzimy postępowania administracyjne. Zajmuję się ich opieką. Rozmawiamy z nimi w różnych językach, ale wielu z nich doskonale zna język rosyjski, a niedawno spotkałam Pakistańczyka, który dobrze znał język polski
– mówi nam Izabela Greczan.
Okazuje się, że w większości przypadków opowieści o przerażonych „uchodźcach”, którzy narażają życie, uciekając z objętych wojną terenów Bliskiego Wschodu i Afryki, to bajki.
To są bardzo różni ludzie. Pamiętam grupę młodych Irakijczyków, którzy zachowywali się bardzo swobodnie. Uśmiechali się, zaczepiali i przekonywali mnie, że „szukają tutaj żony”. Widać było po nich, że nie są to zmęczeni długim marszem uchodźcy, ale raczej imigranci, którzy nigdzie nie musieli się ukrywać. Ktoś ich podwiózł pod granicę. Dobrze się u nas bawili. Muzyka, papierosy, markowe ubrania. Panie sprzątające żartowały, że ci „uchodźcy” są lepiej ubrani niż Polacy
– relacjonuje pani porucznik.
Strażniczka graniczna opowiedziała nam też o sytuacjach, do których dochodzi w jej placówce, i o zachowaniu mężczyzn, którzy nie rozumieją standardów panujących w Europie.
Nigdy nie wiadomo, co się stanie, jaka będzie reakcja imigrantów. Kiedy strażniczka znajduje się w tłumie młodych mężczyzn, to czuje na sobie ich wzrok. Jeden z Somalijczyków powiedział, że on w swojej wiosce udusił sześć kobiet. Mężczyźni z Afryki wciąż nagabują funkcjonariuszki. Z kolei mieszkańcy Somalii czy Afryki Środkowej są dużo bardziej roszczeniowi. Niektórzy udają, że coś ich boli, nie podoba im się, że śpią na materacach i nie mają hotelowych łazienek. Wiele z tych osób ma wyższe wykształcenie, znają rosyjski. Jedna z grup, która do nas trafiła, studiowała w Rosji. Wszyscy chcą jechać do Niemiec
– mówi strażniczka z Czeremchy.
A jak wygląda sprawa rzekomej gehenny małych dzieci po polskiej stronie granicy? Czy trzeba im przerzucać słodycze przez płot zamkniętego ośrodka?
Stoi bose irackie dziecko na terakocie, więc pytamy rodziców, gdzie są jego buty. Ci dość obojętnie odpowiadają, że zostały „przemoczone”. Szybko więc zorganizowaliśmy jakąś pomoc, ale nie zrobiło to na rodzicach większego wrażenia. Często sami przynosimy czyste i suche ubrania dla dzieciaków. To jest dla nas normalne. Dzieci w naszym ośrodku zachowują się bardzo normalnie. Bawią się zabawkami, biegają i psocą. Cieszą się, gdy dostaną słodycze. Nie widzę, by działa się im jakakolwiek krzywda. Może nasza kultura jest inna?
– ocenia Izabela Greczan.
Białoruskie prowokacje
Strażnicy graniczni potwierdzają też, że ze strony białoruskiej mnożą się prowokacje tamtejszych służb, a polscy strażnicy graniczni są poddani ogromnej presji. Ta wojna psychologiczna ma doprowadzić do eskalacji konfliktu granicznego.
Białorusini nieustannie prowokują, krzyczą z zarośli, przerzucają na naszą stronę różne przedmioty. To praca w nieustannym stresie i należy zachować czujność. Niedawno widziałam nagranie, jak Białorusini mierzą z broni w kierunku drona. Nie zawsze wiemy, z jaką formacją białoruską mamy do czynienia. Pojawiają się różne mundury i oznakowania tamtejszych funkcjonariuszy. To wszystko wprowadza ciężką atmosferę. Wprowadzenie na naszym terenie stanu wyjątkowego bardzo ułatwia nam pracę. Mamy teraz wsparcie policji i wojska. Wszystko zostało uporządkowane. Więcej jest też posterunków, a to uszczelnia granicę. Na moim odcinku jest ponad 20 km strefy granicznej, to dużo biorąc pod uwagę trudny teren
– przyznaje porucznik Greczan.
Zmęczenie i frustrację strażnicy graniczni konfrontują także ze skutkami nieustannych ataków polityków opozycji oraz zblatowanych z nimi mediów.
Najczęściej słyszymy pozytywne słowa na temat naszej służby. Niestety spotkałam się też z niechęcią. W trakcie jednej z wizyt lekarskich, w czasie gdy głośna była sprawa z Usnarza Górnego, lekarz zadał mi pytanie, czy ja przerzuciłabym przez granicę podpaski lub tampony dla kobiet po białoruskiej stronie. Powiem szczerze, że mnie zatkało. Powiedziałam, że to nie powinno być tematem rozmowy. Przykro mi, gdy słyszę wypowiedzi polityków i mediów, które nas szkalują. Przecież my tu ciężko pracujemy dla bezpieczeństwa wszystkich Polaków, bez względu na ich polityczne poglądy. Uczestniczyłam w misjach Frontexu, a słyszę komentarze laików, ludzi, którzy naszej pracy nie znają. To wszystko bardzo trudne. Często wracam do domu bardzo zmęczona. Mam oczywiście rodzinę, ale lubię też mieć czas dla siebie, lubię korzystać z basenu. Odpoczywa wtedy i ciało, i głowa
– przyznaje strażniczka.
Rozmawiając z funkcjonariuszami straży granicznej z pierwszej linii, trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu z nich poświęca swojej służbie bardzo wiele. Cierpią rodziny, walka na granicy odbija się na zdrowiu. Nie ma w nich jednak nawet cienia słabości. To ludzie przyzwyczajeni do twardej, codziennej służby. Kiedy ich trud konfrontuje się z politycznym cwaniactwem i medialną manipulacją, to widzimy, kto dziś naprawdę stoi po stronie bezpieczeństwa Polaków, a kto reprezentuje interesy wschodnich satrapów.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
