Brzemię polskości. "Trudno być Polakiem"Brzemię polskości. "Trudno być Polakiem, o narodową niepodległość i podmiotową rolę trzeba stale zabiegać"

Historia znowu przyspieszyła, a obecny stan globalnej polityki uznać można za wyjątkowo dynamiczny, a więc trudno przewidywalny.
W artykule „Zrozumieć opozycję” Andrzej Kisielewicz, jak przystało na logika, uporządkował podstawowy spór, który dzieli dziś nasz kraj i sprowadził go do pytania „Jaka ma być Polska: niepodległa i suwerenna czy też stanowiąca podległą część zintegrowanej, sfederalizowanej Europy?”
Rzecznicy tej drugiej opcji zwykle nie nazywają jej wprost i deklarują, że to oni bronią niepodległości, którą utracimy, jeśli będziemy „brząkać szabelką”, czyli prowadzić podmiotową politykę. Ponieważ jednak domagają się „płynięcia w głównym nurcie”, który przecież nie Polska wyznacza, i uznają, że to instancje UE mają rozstrzygać wewnętrzne sprawy naszego kraju, to trzeba uznać, że opis Kisielewicza jest ze wszech miar trafny. Istotne jest jednak, że zwolennicy tych przeciwstawnych postaw stanowią co najwyżej połowę polskiego społeczeństwa, a reszta nie myśli w kategoriach ogólnych, natomiast politycznych wyborów dokonuje z perspektywy osobistego interesu. Można wprawdzie uznać, że ci, którzy mocno angażują się w polsko-polską wojnę, również robią to ze względu na swoje różnie postrzegane dobro, ale to, że wiążą je z losem zbiorowości, odróżnia ich od reszty.
Głębsze postawy naszego społeczeństwa odsłania to, że zwolennicy „europejskiej”, czyli federalistycznej, opcji zwykle unikają jej bezpośredniego nazwania. W wymiarze symbolicznym i emocjonalnym ciągle przywiązani jesteśmy do narodowej tożsamości i nawet wielu z tych, którzy przyszłość Polski widzą w podporządkowaniu jej europejskim strukturom, szczerze wierzy, że można te rzeczy ze sobą pogodzić. Pod tym względem Polacy różnią się niewiele od większości narodów naszego kontynentu. Inna sprawa, że w przypadku mieszkańców „starej” Europy okazuje się to możliwe, a dla Niemiec Unia jest wręcz wehikułem ich potęgi.
O postawie polskich federalistów dużo mówi wymiana zdań między Januszem Palikotem a Aleksandrem Kwaśniewskim blisko dziesięć lat temu. Ten pierwszy dużo bardziej prymitywny, a więc bezpośredni, rozzuchwalony chwilowym powodzeniem, rzucił, że Polacy „muszą wyrzec się polskości”. „Proszę nie szaleć” replikował Kwaśniewski. Nie sądzę, aby peerelowskim funkcjonariuszem powodowały patriotyczne odruchy, wiedział jednak, jak niebezpieczne jest nazywanie wprost celu, do którego jego środowisko realnie dąży.
Czy patriotyzm jest cnotą?
Jeśli uznamy, że nasza jednostkowa egzystencja wyprzedza umowę, jaką stanowią wszelkie byty społeczne, w tym naród, to wartość patriotyzmu sprowadza się do korzyści, jaką niesie dla indywiduum narodowy kontrakt, a jego zobowiązania to przestrzeganie prawa i życzliwość wobec tych, z którymi robimy interesy. Jest to podsumowanie dominującej dziś liberalnej ideologii, która z powodu swojej przemożnej dominacji w kulturze jawi się nam jako oczywista. Przecież doznajemy i postrzegamy jako byty indywidualne, a traktowanie zbiorowości jako podmiotu to, przy tego typu podejściu, groźna mitologia. Z tej perspektywy mocniejszy patriotyzm jest w ogóle niebezpieczny, gdyż powoduje niesprawiedliwe przedkładanie członków własnej wspólnoty nad innych.
Orientacja ta zapoznaje rolę kultury w kształtowaniu się człowieka i neguje jego wspólnotową naturę. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ludzi bez wszelkich form języka i tradycji, która ich formuje? A kultura owa tak jak język występuje w partykularnych formach. Aby to dostrzec, nie trzeba odwoływać się do radykalnych cywilizacyjnych różnic, wystarczy zestawić ze sobą sąsiadów, takich jak Polacy i Niemcy albo Francuzi i Hiszpanie, jakkolwiek wszyscy oni należą do jednego szerokiego idiomu europejskiej kultury, który składa się jednak z narodowych pierwiastków.
Narody rozumiane politycznie i kulturowo są ciągle jeszcze najszerszą wspólnotą, z jaką ludzie potrafią się identyfikować. Dla zwolenników liberalnej ideologii jest to obciążenie, z którego należy ich wyemancypować nawet siłą – dla ich dobra oczywiście. Dla realistów, nazywanych współcześnie konserwatystami, to naturalny stan istnienia współczesnego człowieka. Tylko wychodząc od niego, możemy budować zespołową przyszłość. Realiści rozumieją zresztą, że ludzie muszą porządkować swoje lojalności ze względu na bliskość wspólnot, w których przyszło im egzystować, co tradycyjnie nazywane jest ordo caritatis (porządkiem miłosierdzia).
Dziś Unia zdominowana została przez liberalne elity, które nie licząc się z kulturalnymi odmiennościami, usiłują odgórnie narzucić utopijną wspólnotę. I jak zwykle w tego typu przedsięwzięciach to, co miały one wyplenić, zostaje tylko przesłonięte, aby funkcjonować tym bardziej intensywnie. Komuniści mieli wyzwolić robotników, a zaostrzyli ich eksploatację. Unia miała przezwyciężyć narodowe partykularyzmy, a w efekcie podporządkowała kontynent interesowi silniejszych i przekształciła go w nowe imperium, w którym rządzi centrum kosztem peryferii. Poczucie narodowych wspólnot nie zostało jednak przezwyciężone, ale narasta i owocuje choćby nowymi napięciami między narodami. Refleksem tego jest z trudem skrywane poczucie wyższości, a nawet pogardy „starej” Europy wobec jej postkomunistycznej prowincji.
Ta z trudem wydobywa się na mentalną niepodległość, na którą najmniej stać jej pogrążony w kolonialnym kompleksie establishment. Jego strategią, co jaskrawo obserwować możemy w naszym kraju, jest utrwalanie syndromu podległości u rodaków, co pozwala mu trwać przy władzy. Głównym przekazem temu służącym jest wmawianie Polakom, że bez UE nie byliby w stanie się rozwijać i utrzymać niepodległości. Propagujący te tezy generalnie sami w nie wierzą, z czym wiąże się realna pogarda dla ogółu swoich rodaków. Człowiek łatwo racjonalizuje swoje interesy, a twórcy propagandy choćby po to, aby skutecznie ją forsować, muszą uwewnętrzniać jej treści. Jak widać po statystykach, ciągle jeszcze potrafią narzucić Polakom obraz Unii niewiele mający wspólnego z prawdą.
Unia, patriotyzm, interesy
Obraz Kisielewicza grzeszy abstrakcyjnym charakterem. Gdyby Unia rzeczywiście gwarantowała nam to, co obiecują jej entuzjaści, racjonalne byłoby zważenie ich argumentów z tradycyjnym podejściem do narodowej wspólnoty. Do tego formalnie nawołują federaliści. Problem w tym, że rzeczywistość zaprzecza ich wizji.
W wymiarze ekonomicznym UE jest polem twardej konkurencji między poszczególnymi krajami, które co najwyżej zawierają doraźne sojusze. Jednym z trwalszych interesów „starej” Europy jest nie dopuścić, aby nowe kraje konkurowały z nią na równych zasadach. Z ekonomicznych swobód, które zapisane są w traktatach, dotrzymywane są te, które przynoszą korzyść unijnym potęgom, tzn. swobodny przepływ towarów czy kapitału. Natomiast swobodny przepływ usług jest oficjalnie i skutecznie blokowany głównie przez Francję.
Podwójne standardy stosowane przez instytucje UE obserwować możemy przy okazji zmasowanej agresji, którą przypuściły one przeciw reformom wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Zmiany te polegają na dopuszczeniu władz ustawodawczych do wyboru sędziów, co jest praktyką w zachodniej Europie na większą skalę, niż projektują to rządy ZP. Ale to, co wolno w Niemczech, we Francji czy Hiszpanii, w Polsce okazuje się niedopuszczalne. Półgłosem zresztą mówią to niektórzy politycy tamtych krajów, powołując się na swoją demokratyczną i praworządną tradycję, co w wypadku naszego zachodniego sąsiada brzmi szczególnie paradoksalnie. Inna sprawa, że trudno wyobrazić sobie, aby znaczące środowiska polityków i prawników tamtych krajów zwracały się do centrów unijnych o interwencję w sprawach wewnętrznych swojego państwa, zwłaszcza że nie spotkałoby się to ze społeczną aprobatą jak, niestety, dzieje się to na dużą skalę w wypadku tego typu działań w Polsce.
Nie mamy więc do czynienia z dwoma równorzędnymi zestawami racji, ale ze zmistyfikowaną świadomością dużej części naszych rodaków. To, że wierzą oni w kreowane na ich użytek fantomy, jest znaczącym czynnikiem politycznym, ale nie zwalnia z obowiązku odsłonięcia prawdy.
Być może błędem ze strony polityków jest porównywanie obecnej opozycji do Targowicy, ale czy analogia ta nie narzuca się sama? Przecież szlachta, która odwoływała się do interwencji „najjaśniejszej imperatorowej”, występowała w obronie swojej „złotej wolności”, czytaj przywilejów, i święcie wierzyła zarówno w ich wartość, jak i w bezinteresowną pomoc wschodniego imperium.
Polska jako brzemię
Obóz zwolenników federacji europejskiej w naszym kraju rozciąga się od realnych patriotów, którzy uznają, że układ polityczny każe nam zaakceptować to rozwiązanie jako optymalne dla Polski, po ludzi, którzy polskości nienawidzą i uznają ją za brzemię blokujące rozwój ziem między Odrą a Bugiem. To klasyczny przejaw resentymentu. Trudno być Polakiem, o narodową niepodległość i podmiotową rolę trzeba stale zabiegać, a nawet walczyć, i wielu z tych, którzy nie potrafią udźwignąć tego ciężaru, woli go odrzucić jako zgubny mit. To spośród nich rekrutują się twórcy pedagogiki wstydu. Postawa ta przenika się z dominującą na Zachodzie ideologią, która uznaje mocniejsze tożsamości za bariery dla emancypacji. Niektórzy wrogowie polskości mówią to wprost, inni orientując się w ciągle jeszcze znikomej nośności takiej postawy, nawołują do asymilacji do „europejskości”. Ponieważ jednak tożsamość taka nie istnieje, realnie oznacza zejście do roli prawie Niemców czy Francuzów, a więc Europejczyków drugiego sortu. Można przypuszczać, że wraz z postępami dominującej ideologii mentalność taka będzie się rozszerzać, chociaż nieprawdopodobne, aby stała się większościowa.
Jak zauważa Kisielewicz, postawy polskiego społeczeństwa względem niepodległości nie są niczym szczególnym i oddają historyczne prawidłowości. To mniejszości broniły ideałów i interesów wspólnoty, reszta skupiała się na przeżyciu oraz zabieganiu o korzyść indywidualną i rodzinną. Tylko w szczególnych momentach większość potrafiła zaangażować się na rzecz wspólnego dobra. Ale ciągle jeszcze przywiązanie do narodowej, a więc i religijnej tradycji stanowi istotny czynnik wyboru Polaków. To, że mimo ogromnej nagonki w środowiskach opiniotwórczych w kraju i za granicą patriotyczna prawica drugi raz pod rząd wygrała wybory, dużo mówi o stanie ducha mieszkańców naszego kraju.
Można rozumieć postawę rządu Morawieckiego, który uznając, że najbliższe lata mogą zadecydować o skoku gospodarczym Polski – w czym pomogą europejskie fundusze – godzi się na ustępstwa w kwestii naszej suwerenności, w tym wymiaru sprawiedliwości, z którego reformy PiS wydaje się ostatnio rezygnować. Twarde stanowisko może kosztować pieniądze z UE i utratę władzy. A rząd obecnej opozycji nie tylko podporządkuje się brukselsko-berlińskiemu dyktatowi, ale wykorzystując środki, którymi będzie wówczas dysponować, na trwałe może zabetonować polską scenę polityczną z ogromną szkodą dla polskiej niepodległości.
Tyle że uznanie tego typu konieczności samo je buduje. Jak pisał na naszych łamach Jan Rokita, eksponowanie ponad miarę znaczenia wynegocjowanych przez Morawieckiego funduszy UE wzmacnia u Polaków żebraczą (to już moje określenie) mentalność. Nie jesteśmy uzależnieni od unijnej pomocy, a postawa rządu Węgier, kraju mniejszego i słabszego, pokazuje, że można wyrwać się z pułapki takiego nastawienia, co wcale nie znaczy spowolnienia rozwoju. Może być wręcz przeciwnie.
Historia znowu przyspieszyła, a obecny stan globalnej polityki uznać można za wyjątkowo dynamiczny, a więc trudno przewidywalny. Europejska mania ekologiczna stawia pod znakiem zapytania wszelkie możliwe zyski z przynależności do Unii. Obłęd ideologiczny establishmentu zachodniego i samobójcze tendencje Europy wywołują reakcję jej narodów. Ma to wpływ na stan rzeczy także w naszym kraju. Można odnieść wrażenie, że na UE Polacy patrzą coraz bardziej realistycznie. Sytuacja jest płynna i nie jesteśmy skazani na podział naszego kraju na obrońców jego niepodległości i zwolenników roztopienia go w Unii. Zwłaszcza że coraz więcej Polaków zaczyna rozumieć, że nie byłaby to europejska utopia, ale niemieckie dominium. Patriotyczne elity powinny nie tylko dążyć do utrzymania władzy, ale przede wszystkim przekonywać do niepodległościowych racji ogół obywateli, tak aby zrozumieli oni, że wiąże się to także z ich dosłownie pojętym interesem.
Artykuł z 35/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
