Marek Kuchciński zamyka Sejm. Symboliczna decyzja marszałka

fot. ansa
fot. ansa

Część P.T. Czytelników powie zapewne do razu, że zajmuję się bzdurami. Mój stosunek do „bzdur” tego rodzaju od dawna jest taki sam: uważam, że są symptomatyczne i mówią o ludziach (nie tylko sprawujących władzę) często więcej niż ważne projekty czy wydarzenia. Ba, czasami bywają wręcz symboliczne.

Tak jest z dopiero co podjętą przez marszałka Marka Kuchcińskiego decyzją o zamknięciu dla osób postronnych terenu Sejmu. Tu koniecznych jest kilka słów wyjaśnienia dla Czytelników niemieszkających w stolicy lub nieznających specyfiki tego miejsca.

Budynek polskiego Sejmu (i Senatu) to specyficzne założenie architektoniczne, rozrzucone na przestrzeni zawartej pomiędzy ulicami Frascati, Wiejską, Górnośląską i Parkiem im. Rydza-Śmigłego. Kompleks złożony z wielu budynków (w tym najsłynniejszej sali posiedzeń, zbudowanej po I wojnie światowej na zlecenie rządowe, podobnie jak większość głównych elementów kompleksu) dzielą uliczki i przejścia, tworzące otwarty teren. Założeniem architektów, opracowujących kompleks w odrodzonej Rzeczypospolitej na początku lat 20., była właśnie ta otwartość, dostępność tego terenu dla każdego. I to założenie było szanowane aż do dzisiaj – także w trakcie rządów komunistycznych.

Przez teren Sejmu mógł przejść każdy, wchodząc od strony wiślanej Skarpy i przechodząc w stronę ulicy Wiejskiej czy Frascati lub w kierunku odwrotnym. Każdy też mógł się poruszać pomiędzy sejmowymi budynkami nie niepokojony. Nierzadko można było zobaczyć mieszkańców najbliższej okolicy (dzisiaj zdominowanej już niestety przez drogie wille lub mieszkania na wynajem za słone pieniądze), skracających sobie drogę właśnie przez tereny sejmowe. Otwartość terenu polskiego Sejmu była symboliczna i – faktycznie – była swego rodzaju ewenementem. Cechą charakterystyczną i wyjątkową właśnie polskiego parlamentu. Symbolem tego, że władza nie może się odgradzać od ludzi. Że jest mimo wszystko blisko nich.

Pomysły stawiania ogrodzenia wokół Sejmu po raz pierwszy zaczęły się pojawiać za pierwszych rządów PiS – i już wtedy pisałem o nich krytycznie. Później wróciły za marszałek Ewy Kopacz – i krytykowałem je również wówczas (podobnie zresztą jak wielu polityków ówczesnej opozycji). Miały bowiem dwa trudne do zaakceptowania wymiary: po pierwsze – były naruszeniem wspomnianej tradycji i symboliki otwartości; po drugie – ich celem, co nie budziło wątpliwości, było uwolnienie polityków od tak irytujących sytuacji jak spotkania z niezadowolonymi wyborcami. To przecież właśnie na terenie Sejmu odbyło się słynne spotkanie Ewy Stankiewicz ze Stefanem Niesiołowskim. Zaś za pretekst do podjęcia sprawy ogrodzenia Sejmu przez Ewę Kopacz posłużyła dęta afera z rzekomym pomysłem zamachu na polski parlament, którego miał dokonać Brunon K.

Wszystkie te pomysły – także ze względu na zdecydowany sprzeciw opozycji z lat 2007-2015, grzmiącej o aroganckiej i separującej się od obywateli Platformie – spełzły na niczym. Trzeba było dopiero „dobrej zmiany” w postaci Marka Kuchcińskiego, żeby teren sejmowy zamknąć dla postronnych, postawić stałe posterunki Straży Marszałkowskiej i przestać wpuszczać osoby bez przepustek na mocy zarządzenia marszałka, które obowiązuje od 1 sierpnia. Jak sądzę, nieprzypadkowo zarządzenie weszło w życie w środku wakacji – na wielu osobach może wywrzeć wrażenie kolejnego rozdziału w księdze „Arogancja władzy”.

cd na następnej stronie

12
następna strona »
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...