Urzędnicy powinni zarabiać więcej, ale nie bezwarunkowo. PiS mogło tę operację przeprowadzić o wiele umiejętniej

PAP/Tomasz Gzell
PAP/Tomasz Gzell

Podniesienie wynagrodzeń powinno oznaczać znaczące ograniczenie wszelkich specjalnych funduszów, preferencyjnych pożyczek, niekontrolowanych funduszy reprezentacyjnych oraz bardzo wyraźne rozgraniczenie tego, co publiczne od tego, co prywatne. Swego czasu karierę robiła informacja, że gdy pani kanclerz Merkel poza godzinami urzędowania wybiera się do teatru, musi sama opłacić wynajęcie rządowej limuzyny. W Wielkiej Brytanii nie ma mowy o tym, żeby aktywność premiera jako lidera partii – na przykład przed wyborami – była finansowana z publicznej kasy. To jest standard poszanowania publicznych pieniędzy, do którego powinniśmy zmierzać. Tymczasem jesteśmy od tego bardzo daleko.

Niestety, PiS przedstawiając projekt podwyżek nie tknął nawet żadnego z tych obszarów. Co więcej, podniesienie wynagrodzeń miało nastąpić w sytuacji, gdy nie zostały zrealizowane obietnice, które miałyby pozytywny wpływ na finanse wszystkich obywateli. Przede wszystkim chodzi o podniesienie kwoty wolnej od podatku, które nie tylko odwleka się w czasie, ale – jak można wnioskować z zapowiedzi szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów – nie obejmie „zamożniejszych”, czyli faktycznie ledwie średnio zarabiających. Mówiąc wprost – rządówka i parlamentarzyści chcieli sobie podnieść pensje w sytuacji, gdy niemała część Polaków ma w perspektywie zwiększenie obciążeń podatkowych, a sytuacja tych, którzy zarabiają w granicach nowego wynagrodzenia minimalnego i mają jedno dziecko lub żadnego, w ogóle się nie zmienia.

Można było tę operację oczywiście przeprowadzić o wiele umiejętniej, wiążąc ją ze wspomnianymi wcześniej regulacjami dotyczącymi przejrzystości i ograniczenia przywilejów oraz zawierając z wyborcami swego rodzaju umowę: podwyżki są niezbędne, władza musi być wynagradzana proporcjonalnie do ponoszonej odpowiedzialności, ale zmiany wprowadzimy dopiero w następnej kadencji, jeśli wyborcy ocenią nasze rządy na tyle dobrze, że dadzą nam ponownie większość. Zamiast tego postanowiono zadziałać pokątnie i przepchnąć większą kasę korzystając ze zmniejszonego zainteresowania polityką w wakacje. Nie wiemy, kto dokładnie stał za tym pomysłem i kto w takiej postaci popierał – a szkoda, bo w ten sposób dowiedzielibyśmy się, kto w PiS szczególnie mocno – i zarazem bezmyślnie – wspiera kurs na TKM.

« poprzednia strona
12

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...