Partia autorska to zły mechanizm. W odpowiedzi Marcinowi Wikle

fot. PAP/Tomasz Gzell
fot. PAP/Tomasz Gzell

Partia wodzowska czy – mówiąc łagodniej – autorska to twór charakterystyczny dla niedojrzałych systemów politycznych. W strategicznej perspektywie przynosi więcej szkód niż pożytku. Niestety, w polskich warunkach w planie taktycznym okazuje się zwodniczo skuteczny, tak jak w pojedynczej bitwie skuteczna może być armia sterroryzowanych, trzymanych pod butem przez despotycznego dowódcę żołdaków.

Mój redakcyjny kolega Marcin Wikło pochylił się nad – jak to określił – „koreańskim” wynikiem głosowania na prezesa PiS, gdzie na ponad tysiąc głosów za Jarosławem Kaczyńskim tylko siedem osób było przeciw.

CZYTAJ TEŻ:W głosowaniu na szefa PiS 1008 do 7. Co tak naprawdę oznacza „koreański” wynik Jarosława Kaczyńskiego?

Marcin całkiem słusznie napisał, że jest to oczywiste i naturalne potwierdzenie przywództwa Kaczyńskiego, wynikającego z faktu, że Prawo i Sprawiedliwość jest jego autorskim tworem i nie ma dla niego kontrkandydata. Słusznie też spostrzegł, że kłopoty PO zaczęły się, gdy autor tego z kolei projektu, Donald Tusk, zostawił go na pastwę swoich współpracowników.

Szkoda tylko, że Marcin nie poszedł o krok dalej i nie zadał pytania, jakie są strategiczne skutki funkcjonowania partii wodzowskiej, autorytarnej, autorskiej – jak zwał, tak zwał, w każdym razie takiej, gdzie wszystko kręci się wokół wodza, wódz jest jej jedynym symbolem i nie toleruje w swoim pobliżu nikogo, kto mógłby mu zagrozić. Ja w taki razie pozwolę sobie to pytanie postawić i na nie odpowiedzieć.

Zaś najkrótsza odpowiedź brzmi: skutki strategiczne są fatalne i akurat kto jak kto, ale Polacy powinni to doskonale rozumieć dzięki doświadczeniu losów II RP po śmierci Józefa Piłsudskiego. A pamiętać trzeba, że umierając w 1935 roku Piłsudski zostawiał jednak państwo w lepszym stanie niż jest dziś, zaś potencjał intelektualny ówczesnej elity był bez porównania większy niż obecnej. Mimo to zemściły się wszystkie typowe przywary systemu autorytarnego: brak jasno wyznaczonego następcy (wskutek czego na szczyt wspięła się miernota w postaci marszałka Rydza-Śmigłego), brak czytelnych dróg i procedur awansu na merytorycznych podstawach, brak zdolnych do samodzielnego funkcjonowania, niezależnie od życzeń władzy, mechanizmów instytucjonalnych (choć można założyć, że jednak II RP miała ich i tak więcej niż dzisiaj III RP).

Jak działa partia w systemie autorskim? Przede wszystkim nie ma normalnego mechanizmu wymiany liderów, który obowiązuje w dojrzałych demokracjach, gdzie przywódca podaje się do dymisji po przegranych wyborach. Nie jest to jedynie kwestia poniesienia odpowiedzialności za porażkę, ale znacznie więcej.

Po pierwsze – to istotna część mechanizmu wymiany partyjnej elity. Nie jest możliwe długoterminowe otorbienie się przybocznych ludzi wodza na najwyższych stanowiskach, ponieważ w końcu dochodzi do zmiany samego przywódcy, a to oznacza całkowitą wymianę struktur kierowniczych w ugrupowaniu. Ludzie mają świadomość, że w końcu zostaną rozliczeni, co powstrzymuje ich przez zbyt agresywnymi działaniami wobec wewnętrznych rywali.

Po drugie – co być może jeszcze ważniejsze – możliwość wymiany lidera wynika z faktu, że ważniejsze jest „co”, a nie „kto”. Zatrzymajmy się przy tym punkcie. Najsłabszym bodaj punktem partii wodzowskich jest to, że osoba wodza jest co najmniej równie istotna, a nierzadko znacznie istotniejsza niż program. To wódz decyduje, co jest w danym momencie ważne, a ponieważ wszystko skupia się na nim i to on jest uważany za gwaranta ostatecznego zwycięstwa, może bezkarnie wykonywać niemal dowolne wygibasy programowe i zmieniać zdanie w ciągu zaledwie miesięcy, nie budząc sprzeciwów. Wódz tak powiedział? Zatem tak ma być. Trzy miesiące wcześniej mówił co innego? Widocznie miał powód. Nie kwestionujmy poleceń wodza, bo jego mądrość jest zaprawdę nieprzenikniona.

cd na następnej stronie

12
następna strona »

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...