Część reakcji na wynik brytyjskiego referendum jest symptomatyczny: niektórzy politycy i komentatorzy mówią o brytyjskich wyborcach z pogardą, ze złością, zaś premiera Ca-merona nazywają grabarzem Unii lub przynajmniej Wielkiej Brytanii. Z właściwą sobie arogancją zdążył już sytuację skomentować na Twitterze Guy Verhofstadt. Jacek Żakowski z wyższością stwierdza, że z Wielką Brytanią znów się spotkamy, gdy ta „zmądrzeje”.
Nie znać w tych komentarzach ani śladu refleksji. Nie ma mowy o posypaniu głowy po-piołem. Jest dalszy ciąg buty i arogancji, które doprowadziły do takiego, a nie innego wyniku głosowania. To niejako potwierdzenie słuszności decyzji Brytyjczyków.
Euroentuzjaści z mściwą satysfakcją opowiadają, że jeśli jeszcze w wyniku Brexitu rozpadnie się Wielka Brytania – co jest możliwe, bo głosujący gremialnie za pozostaniem w Unii Szkoci mogą chcieć powtórzyć referendum o niepodległości – to David Cameron zapisze się w historii jak najgorzej.
Otóż wręcz przeciwnie – Cameron zapisze się jako premier, który pozwolił obywatelom zabrać głos w kluczowej sprawie dla przyszłości ich kraju, całkiem inaczej niż wielu unijnych liderów, którzy swobodę decyzji suwerena uznają za coś strasznego, jako że suweren może mieć gdzieś ich mędrkowate rozważania i nadęte debaty. Rzecz jasna, Cameron zdecydował o przeprowadzeniu referendum również z wewnętrznych przyczyn politycznych – między innymi po to, aby uniknąć buntu w Partii Konserwatywnej oraz odciągnąć wyborców od UKIP. Lecz przecież u źródła tych działań leżała wola wyborców. Nie byłoby ani głosów na UKIP, ani poruszenia w szeregach torysów, gdyby nie wola wyborców. Cameron na to wyzwanie odpowiedział, pozwolił się swoim obywatelom wypowiedzieć, a żeby było jeszcze dziwaczniej – choć wynik referendum nie wiąże bezpośrednio rządu, trudno sobie wyobrazić, żeby parlament nie poszedł za wolą Brytyjczyków. Tak to już jest w Wielkiej Brytanii, że się tam obywateli traktuje poważnie.
Polacy nie mają się specjalnie z czego cieszyć – przynajmniej w krótkim okresie. Ta sama grupa tępych eurofederałów, która dzisiaj potępia Camerona, zarazem jest zadowolona, że wreszcie znika największy hamulcowy. Polska straci tym samym sojusznika w walce o odsklerozienie UE. Rozpocznie się również walka o wpływy i przesunięcie punktu ciężkości jeszcze bardziej w kierunku Paryża i Berlina – to całkiem oczywiste.
Drukujesz tylko jedną stronę artykułu. Aby wydrukować wszystkie strony, kliknij w przycisk "Drukuj" znajdujący się na początku artykułu.
Część reakcji na wynik brytyjskiego referendum jest symptomatyczny: niektórzy politycy i komentatorzy mówią o brytyjskich wyborcach z pogardą, ze złością, zaś premiera Ca-merona nazywają grabarzem Unii lub przynajmniej Wielkiej Brytanii. Z właściwą sobie arogancją zdążył już sytuację skomentować na Twitterze Guy Verhofstadt. Jacek Żakowski z wyższością stwierdza, że z Wielką Brytanią znów się spotkamy, gdy ta „zmądrzeje”.
Nie znać w tych komentarzach ani śladu refleksji. Nie ma mowy o posypaniu głowy po-piołem. Jest dalszy ciąg buty i arogancji, które doprowadziły do takiego, a nie innego wyniku głosowania. To niejako potwierdzenie słuszności decyzji Brytyjczyków.
Euroentuzjaści z mściwą satysfakcją opowiadają, że jeśli jeszcze w wyniku Brexitu rozpadnie się Wielka Brytania – co jest możliwe, bo głosujący gremialnie za pozostaniem w Unii Szkoci mogą chcieć powtórzyć referendum o niepodległości – to David Cameron zapisze się w historii jak najgorzej.
Otóż wręcz przeciwnie – Cameron zapisze się jako premier, który pozwolił obywatelom zabrać głos w kluczowej sprawie dla przyszłości ich kraju, całkiem inaczej niż wielu unijnych liderów, którzy swobodę decyzji suwerena uznają za coś strasznego, jako że suweren może mieć gdzieś ich mędrkowate rozważania i nadęte debaty. Rzecz jasna, Cameron zdecydował o przeprowadzeniu referendum również z wewnętrznych przyczyn politycznych – między innymi po to, aby uniknąć buntu w Partii Konserwatywnej oraz odciągnąć wyborców od UKIP. Lecz przecież u źródła tych działań leżała wola wyborców. Nie byłoby ani głosów na UKIP, ani poruszenia w szeregach torysów, gdyby nie wola wyborców. Cameron na to wyzwanie odpowiedział, pozwolił się swoim obywatelom wypowiedzieć, a żeby było jeszcze dziwaczniej – choć wynik referendum nie wiąże bezpośrednio rządu, trudno sobie wyobrazić, żeby parlament nie poszedł za wolą Brytyjczyków. Tak to już jest w Wielkiej Brytanii, że się tam obywateli traktuje poważnie.
Polacy nie mają się specjalnie z czego cieszyć – przynajmniej w krótkim okresie. Ta sama grupa tępych eurofederałów, która dzisiaj potępia Camerona, zarazem jest zadowolona, że wreszcie znika największy hamulcowy. Polska straci tym samym sojusznika w walce o odsklerozienie UE. Rozpocznie się również walka o wpływy i przesunięcie punktu ciężkości jeszcze bardziej w kierunku Paryża i Berlina – to całkiem oczywiste.
Strona 1 z 2
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/298016-keep-calm-and-carry-on-tamta-unia-z-majaczen-junckera-i-rozy-thun-juz-nie-istnieje
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.