I tak właśnie rodzą się prawdziwi przywódcy. By nie upierać się przy określeniu mężowie stanu. Grzegorz Schetyna wygłosił swe orędzie jasno, zdecydowanie i bez namysłu. Przynajmniej głębszego.

Ledwo co policzono w Platformie głosy ( ciekawe, czy tą samą techniką, co w wyborach samorządowych), a nowy szef partii tej samej, ale podobno nie takiej samej, ma już gotowy scenariusz na niezbyt odległy powrót do władzy, a zatem biurek, wpływów, apanaży, słowem znowu do roli przewodniej siły narodu. Schetyna pokonał wszystkich, czyli nikogo, bo zgłaszający się wcześniej do wyborów konkurenci znikali jeden po drugim, a właściwie obaj po pierwszej. Oczywiście, cała trójka melduje o pełnej lojalności wobec Grzegorza, który nie tylko sam tego chciał, ale przede wszystkim chciał najbardziej. Polskie sprawy, jak powszechnie wiadomo, były mu zawsze bardzo bliskie, więc rozpoczął je załatwiać w dość odległej Brukseli, ale nie zrezygnuje z żadnej szansy także tu, na miejscu. Jak będzie trzeba wywoła na ulice pół miliona ludzi, albo i milion. Zapewne będzie ich dostarczał skąd tylko da się. Pewnego razu z zaproszenia skorzystali już nawet niemieccy bojownicy o wolność i demokrację, przywożąc do Warszawy na manifestacje nie tylko, jakże szczytne europejskie idee, ale także kastety i bejsbolowe kije. Wszak w obronie wolności internacjonalizm jest znowu bardzo na czasie i w modzie. Na właściwy przemarsz, zorganizowany we właściwym celu przybędzie zapewne sam Guy V. Prosto z Brukseli, albo i nawet z przerwanego posiedzenia rady nadzorczej firmy, którą trzęsie inny demokrata Władimir P. Tu przelewek nie należy się spodziewać. I te kluby, czy też komitety obywatelskie. Nowy wódz PO obliczył, że ma ich być coś około 400. Tyle, ile jest powiatów. A jeśli trzeba będzie więcej, to i w każdej gminie się założy. Sikorski, Sienkiewicz, Drzewiecki i inni w bojach sprawdzeni, są teraz trochę wolni, więc zapewne ruszą w teren ochoczo. Każda gmina ma jakąś niezłą knajpę, więc miejsc na obrady nie zabraknie. Jednak może pojawić się pewien kłopot z rachunkami, bo służbowe karty bankowe musieli zwrócić, a za swoje – jak uczą niedawne doświadczenia – spożywa się i pija rzadko, a przede wszystkim niechętnie. Przewiduję więc z tu poważne przeciwności losu.