Ludwik Dorn: Jarosław Kaczyński wrócił do formy. „Chce mieć w tym roku drugie poważne zwycięstwo na swoim koncie”. NASZ WYWIAD

Czytaj więcej Subskrybuj 50% taniej
Sprawdź
Fot. ansa/wPolityce.pl
Fot. ansa/wPolityce.pl

Podziela pan obawy mainstreamowych komentatorów, że będzie jak z Marcinkiewiczem?

Nie. Chodzi o coś innego – najbardziej prawdopodobna kompozycja przyszłego Sejmu będzie taka, że premiera w pierwszym kroku nie uda się powołać, albo uda się go powołać, ale będzie on rządził w oparciu o koalicję jeszcze bardziej niestabilną i nietrwałą niż koalicja z lat 2005-2007. Z kolei do 2017 roku, i to raczej jego drugiej połowy, nikt nie będzie tak wyrywny, by na poważnie postulować skrócenie kadencji. Nie mówię o propagandzie i biciu piany, ale na poważnie – wszystkie partie, które otrzymują subwencję budżetową będą po dwuletnim maratonie wyborczym, który skończy się jesienią tego roku, a więc będą wypłukane z pieniędzy, i poczekają około dwa lata, aż spłyną z Ministerstwa Finansów kolejne raty nowej subwencji potrzebne do prowadzenia kampanii wyborczych.

W związku z tym bardzo możliwe jest, że wcześniej czy później dojdzie do rządu z ręki prezydenta, do utworzenia gabinetu pozaparlamentarnego, który będzie jakoś tolerowany przez najistotniejsze partie w Sejmie, by czekać na spłynięcie zasobów finansowych i organizację kolejnych wyborów. Wtedy trzeba będzie sięgnąć nie tylko poza pana Kaczyńskiego, ale i poza panią Szydło.

Zatem o co pańskim zdaniem gra dzisiaj Jarosław Kaczyński? On sam twierdzi, że naprawdę grają o pełną pulę, czyli samodzielną większość w Sejmie.

A co ma powiedzieć? Ponieważ wrócił do dobrej politycznej formy, to potrafię zdeszyfrować, co myśli. O co gra? Po pierwsze – chce mieć w tym roku drugie poważne zwycięstwo na swoim koncie, czyli dużą przewagę PiS nad Platformą, największy klub w parlamencie, wywodzący się z PiS prezydent (choć nie twierdzę, że Kaczyński będzie sterował prezydentem, to niemożliwe). a później… to się zobaczy.

Kaczyński w takim scenariuszu będzie wiedział, że nie odejdzie z polityki jako przegrany polityk, który miał tylko krótki premierowski epizod. A co będzie dalej? Nie jest tak, że zwłaszcza w sytuacji daleko posuniętej niepewności, politycy mają daleko posunięte masterplany. W każdym razie przy dużej przewadze nad Platformą, przy pewnej bliskości z prezydentem, PiS będzie miało strukturalnie pozycję najsilniejszego podmiotu, którego nie sposób ominąć. A jak to się wykorzysta w procesie politycznym, koalicji i tworzeniu rządu, będzie to zależeć od „zmiennych obrotów fortuny”, o których tak przenikliwie pisał w swoich księgach Machiavelli.

Jest wysoce prawdopodobne, że z panią Beatą Szydło jako oficjalną kandydatką na premiera, PiS wygra z Platformą i to sporą przewagą. Potem zacznie się normalne funkcjonowanie Sejmu i już sukcesów nie będzie, ale to nie będzie obciążać jego, nie będzie obciążać pani Szydło, bo arytmetyka sejmowa jest bezwzględna. Gdyby jednak pan Jarosław Kaczyński ogłosił się kandydatem na premiera, po czym padł, to po dwóch sukcesach byłaby osobista porażka. Po co mu to? Dlatego widzę w tym rozumne, racjonalne działanie w imię zasady, którą sam polecam: maksymalizacja zysków przy minimalizacji ryzyka.

Upieram się, że scenariusz, w którym PiS dostaje bezwzględną większość mandatów nie jest z kosmosu. Sondaże, które przecież trzeba obarczyć dużą dozą nieufności, dają dziś partii Kaczyńskiego 35-36 procent głosów, czasem jedynie przy trzech partiach w Sejmie.

Zgoda. Ale 35-36 procent, przy trzech partiach w Sejmie dałoby PiS jakichś 210 posłów. Za mało. Ponadto nie wiemy, w jakiej kondycji wejdzie do Sejmu ten ruch pana Kukiza, jeśli on się jakoś zorganizuje.

A co pan sądzi o szansach jego ruchu? Był pan widziany na spotkaniu z jego otoczeniem.

Byłem tam wiedziony ciekawością poznawczą. Bardzo możliwe, że dostaną się na Wiejską, ale w mojej ocenie nie przekroczą 15 procent, a dolną granicą jest 5,1%, co też nie wydaje się nieprawdopodobne, patrząc na to, co pan Kukiz wyprawia w ostatnim czasie. Kto z poważniejszych ludzi będzie z takim człowiekiem współpracował? Nie jest to ktoś typu Janusza Palikota, który by przez najbliższe 4 miesiące dzień w dzień jeździł po Polsce i organizował zalążki struktur. Pan Palikot wykonał herkulesową pracę, jeśli chodzi o przygotowanie list i zalążków struktur. A proszę zauważyć, że jeżeli wybory będą 25 października, to najpóźniej do 5 września trzeba zarejestrować komitet wyborczy, a do 15 września złożyć listy. Jest tutaj straszliwy niedoczas.

Wróćmy do PiS. Mówi pan, że bezwzględna większość mandatów dla PiS jest niemożliwa, ale z drugiej strony wygrana Andrzeja Dudy też była niemożliwa. A jednak.

Wygrana Andrzeja Dudy była cudem, bo nikt nie przypuszczał, że pan prezydent Komorowski, mówiąc „żadnych zmian”, popełni samobójstwo polityczne. Gdyby powiedział: „słuchajcie, będą ostrożne i bezpieczne, ale jednak zmiany”, to wybory w drugiej turze by wygrał i jakoś by się przeczołgał na następne pięć lat w Pałacu, a komentatorzy mówiliby o geniuszu Platformy i prezydenta. Eksplozja dążenia do śmierci politycznej pana Komorowskiego była wbrew oczywistym i racjonalnym przesłankom – ja mu trzy razy w zeszłym roku mówiłem, że jeżeli nie przedstawi programu zmiany, to nie ma czego szukać w wyborach.

Przedstawił po pierwszej turze – a to okazał się zwolennikiem referendów, a to sympatykiem jednomandatowych okręgów wyborczych… Trochę wyglądało to jak miotanie się karpia wyjętego z wody.

No właśnie. To należało sformułować dużo wcześniej – czerwonym alarmem były wyniki wyborów do sejmików wojewódzkich. Ja myślałem, że on to widzi, ale nie chce ze mną rozmawiać, bo mu nie pasuję do jego układanki polityczno-personalnej, a okazało się, że nie widzi, jest jak ślepe kocię. Nic nie ujmuję panu prezydentowi Dudzie, on w tej kampanii rósł, najpierw był tylko sztywny i poprawny, a potem się rozkręcał. Był kandydatem niezłym, choć nie wybitnym, ale jeśli ma się jako rywala samobójcę…

Może i samobójcę, ale z dużym zapleczem politycznym, maszyną partyjną, instytucjami państwowymi, wsparciem największych mediów…

No tak, ale samobójcę. (śmiech)

Tak czy siak, może Kaczyński liczy na kolejny taki „cud”.

Z tego, co mówił, to nie liczył nawet na ten pierwszy, racjonalnie szacując szanse na wybór Andrzeja Dudy.

« poprzednia strona
123
następna strona »

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych