Sikorski, Rostowski i Sienkiewicz mogli wkurzać, ale byli kimś. Teraz nadciągają ludzie pokroju Muchy i Tomczyka

Fot. PAP/Zbrowski
Fot. PAP/Zbrowski

Słuchając nowo-starej gwiazdy PO Joanny Muchy nie sposób stwierdzić, co ona rozumie i na czym się zna, bo głównie się uśmiecha i przekonuje, że „tak, bo tak” i „nie, bo nie”.

Najmodniejsze w rządzącej wciąż Polską PO jest obecnie straszenie Grecją, gdyby PiS doszło do władzy. Tym głuptactwem nie warto się poważnie zajmować z jednego prostego powodu: PiS rządziło zaledwie dwa lata, a mimo to władza tej partii wiązała się z najlepszymi makrowskaźnikami gospodarczymi czy szerzej rozwojowymi i najniższymi podatkami w całej historii III RP. Kiedy ktoś wysuwa wobec PiS „grecki” argument, w konfrontacji z faktami wychodzi po prostu na idiotę. I po tym oczywistym stwierdzeniu dłużej tej kwestii nie warto rozważać.

Równie modne są w PO - mówiąc Kirkegaardem - „bojaźń i drżenie” przed „potworem” Jarosławem Kaczyńskim. Prezesa PiS, który bezpośrednio lub pośrednio wykreował trzech prezydentów (Lech Wałąsa, Lech Kaczyński, Andrzej Duda) i czterech premierów (Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Kazimierz Marcinkiewicz i sam Jarosław Kaczyński) i jest jednym z najważniejszych polityków po 1989 r., osoby pokroju „Misia” Kamińskiego, Joanny Muchy, Cezarego Tomczyka czy Ligii Krajewskiej oceniają własną miarą. Czyli oceniają albo totalni nieudacznicy, albo polityczne „panny nikt”. I twierdzą, że Ewa Kopacz to jest jakość, zaś Jarosław Kaczyński (oczywiście na złowrogim tylnym siedzeniu) to nicość. Ktokolwiek posłuchał Ewy Kopacz choćby przez pięć minut i Jarosława Kaczyńskiego choćby przez minutę wie, że trudno o wiekszy absurd i głupotę, i na tym rozważania na ten temat powinno się zamknąć.

Dwie najważniejsze mody obecne w PO, które krótko opisałem powyżej, są tylko dlatego warte zdawkowego omówienia, że wskazują na szerszy proces kulturowy. Proces postępującej infantylizacji życia publicznego oraz tzw. elit władzy. Ta infantylizacja intensyfikuje się dlatego teraz, że mamy polityczne przesilenie oraz wymianę kadrową w rządzie i jego otoczeniu. I jakimi politycznymi szkodnikami nie byliby Donald Tusk, Jacek Rostowski, Radosław Sikorski czy Bartłomiej Sienkiewicz, to nie są oni osobami wypranymi z właściwości i inteligencji. Sikorski, Rostowski czy Sienkiewicz mogą nas skrajnie irytować, także swoim mocno przerośniętym ego, ale przecież to nie są szczebiotki w rodzaju Joanny Muchy czy ludzie o mentalności zaangażowanego komsomolca - jak możemy odbierać „mądrości” Cezarego Tomczyka, namaszczonego na rzecznika rządu.

Sikorski, Rostowski czy Sienkiewicz mają swoje oczywiste wady, czasem wielkie, ale przynajmniej wiadomo, o czym mówią. Wiadomo, że się na czymś znają i kiedy nie występują na partyjnych wiecach, gdzie często wyłączali rozsądek, komunikują jakąś treść i rozumieją jakieś procesy, nawet gdy w politycznym interesie je karykaturują. Kiedy się słucha nowo-starej gwiazdy PO Joanny Muchy nie sposób tego stwierdzić, nawet mając ocean dobrej woli. To jest mniej więcej taki proces, jak w telewizyjnych teleturniejach. W tych klasycznych typu „Wielka gra”, „Jeden z dziesięciu” czy „Milionerzy” chodziło jednak o jakąś wiedzę, w tych nowych, typu „Postaw na milion” chodzi o to, żeby nic nie wiedzieć i po prostu „strzelać”, co może każdy. Infantylizacja polityczna postępuje mniej więcej tak jak obniża się poziom teleturniejów, a na końcu jest zasada: „wystarczy być”.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

12
następna strona »

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...