Zgadzam się z Łukaszem Warzechą (a także z wszystkimi, formułującymi – przede wszystkim w mediach społecznościowych, podobne opinie. Spektakl, trwający wokół odejścia z Warszawy ambasadora USA Stephena Mulla jest widowiskiem żałosnym. Kiedy widziałem, że w warszawskim metrze informacja o jego dymisji była wyświetlana na ekranach (już samo informowanie o tym, rutynowym przecież, akcie najszerszej z możliwych publiczności było czymś groteskowym) pod tytułem „Koniec epoki”, przypomniał mi się XVIII wiek, kiedy to życie polityczne Rzeczpospolitej odmierzane było kadencjami kolejnych posłów-namiestników Najjaśniejszej Gwarantki, czyli Katarzyny…

Tak niestety jest. Peryferyjna mentalność Polaków owocuje potężnym kompleksem wobec Zachodu, żądzą bycia przez ów Zachód akceptowanym za wszelką cenę. A to rodzi tak żenujące zachowania, które przy tym niestety przychodzą nam w sposób naturalny.

Nawiasem mówiąc celowo piszę tu o mentalności peryferyjnej, a nie jak Warzecha „postkolonialnej”. Klasyczną kolonią nasz kraj bowiem nigdy nie był; przede wszystkim dlatego że nie przynosił zaborcom wielkich (często jakichkolwiek) zysków ekonomicznych. Ale przede wszystkim dlatego, że kraje zaborcze raczej nie były (i to właśnie odróżniało Polskę od krajów kolonialnych) przedmiotem uwielbienia i aspirowania ze strony naszych elit. Dotyczy to zarówno okresu zaborów, jak i zdecydowanej większości czasów PRL. Pezetpeerowcy w interesie własnych karier podlizywali się ZSRR, ale poczynając od drugiej połowy lat 50 coraz trudniej było znaleźć wśród nich takich, którzy szczerze uważaliby Związek Radziecki za coś fajnego, za wzorzec, do którego dobrze byłoby Polskę upodobnić.

Natomiast od XVII wieku nasz kraj popadał w peryferyjność gospodarczą (pełnił rolę żywnościowego zaplecza dla rozwijającego się Zachodu). Peryferyjność gospodarcza rodziła peryferyjność polityczną i kulturową. A to owocowało przyjęciem takiego właśnie wiecznie aspirującego stosunku do Paryżów, Londynów, a potem i Waszyngtonów. Peryferyjność trwa, trwają więc również kompleksy i aspirowanie, przyjmujące momentami formę karykaturalną i poniżającą.

Wracając jednak do Mulla, Łukasz Warzecha nie ogranicza się do (słusznego) wytknięcia nam wszystkim obciachu, jakim stał się spektakl pt.żegnamy przemiłego pana ambasadora. Pisze też o jego ambasadorowaniu. I tu wyłania się temat do dyskusji.

Łukasz pisze o wzięciu udziału przez Mulla w pogrzebie generała Jaruzelskiego. „Ambasador USA nie miał obowiązku pojawiać się na jego pogrzebie – konstatuje słusznie.

Jego nieobecność nie byłaby gafą. Obecność była wiele mówiącym gestem, dla mnie do dziś niezrozumiałym.

Odbieram to jako sugestię, iż ów gest był wynikiem całkowicie prywatnej inicjatywy Mulla, i w ogóle jakimś ewenementem. Tymczasem w oczywisty sposób jest zupełnie inaczej. Obecność ambasadora na Powązkach wpisuje się bowiem logicznie w całą, bardzo konsekwentną linię polityki USA wobec naszego kraju, mającą swój początek jeszcze u schyłku lat 80. Przecież ówczesny ambasador Ameryki odegrał niesłychanie aktywną, wręcz kluczową rolę w pertraktacjach, które umożliwiły wybranie Jaruzelskiego na prezydenta PRL latem 1989 roku.

A potem przez długie, długie lata Amerykanie, ich dyplomacja, ich służby i ich instytucje „miękkiej władzy” (wszelkiego rodzaju fundacje) robiły wszystko, co mogli, by w naszym kraju nie doszło do antykomunistycznego przełomu. Do jakichkolwiek rozliczeń, dekomunizacji czy lustracji. Nie był to żaden sekret. Maciej Zalewski, na początku prezydentury Wałęsy polityk Porozumienia Centrum i sekretarz Biura Bezpieczeństwa Narodowego, wspomina w rozmowie z filmowcem Jerzym Zalewskim:

„Czego dowiedziałem się w Ameryce - tak ma być. Drugą lekcję otrzymałem, kiedy byłem w BBN i kiedy rozmawiałem z szefem CIA, który też mi powiedział, że tak ma być: „Zostawcie tych agentów, zostawcie tych szpiegów, wszyscy jak mieli być odwróceni, to zostali odwróceni, pracują na rzecz nowego układu. Zostawcie to w świętym spokoju. Wszystkie wasze pomysły są pomysłami idealistów, którzy nie rozumieją układu. Tak ma być”.

Amerykanie czynili tak z różnych przyczyn. We własnym interesie (dawni komuniści, a zwłaszcza ludzie służb byli wobec nich wyjątkowo spolegliwi, można powiedzieć że USA odwróciło ich i przejęło, w politycznym, a część również w klasycznym, agenturalnym sensie tego słowa). W interesie stabilności regionu (by uniknąć wstrząsów). Ktoś z przekąsem, ale i nie bez jakiejś tam racji skomentował, że „Anglosasi zawsze pozostawiali w koloniach zastaną hierarchię. Jako pragmatycy”. Wreszcie – uważali, że taka praktyka leży też w interesie Polski (w świecie demokratycznym z reguły wierzy się, iż własna polityka jest po prostu realizacją dobra…).

Warzecha pisze, iż nie rozumie gestu, jakim była obecność ambasadora na pogrzebie Jaruzelskiego. Ja - w świetle wszystkiego, co powyżej – nie rozumiem, czego tu można nie rozumieć?

Łukasz podnosi też kwestię wspierania przez Mulla polskich homoseksualnych radykałów i ich postulatów. Słusznie ocenia to jako mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski. Ale znów wydaje się sugerować, że to wszystko było czymś w rodzaju prywatnej inicjatywy ambasadora. A przecież to oczywista nieprawda. Wspieranie i lansowanie gejowskiego radykalizmu jest centralnym elementem „religii praw człowieka”, która stałą się oficjalną ideologią Zachodu. W tym i Stanów Zjednoczonych. W kolejnych latach akredytowani w Warszawie ambasadorzy krajów zachodnich publikują listy, wspierające Paradę Równości, tęczę na Placu Zbawiciela i w ogóle wszystkie elementy tego aplikowanego Polakom pedagogicznego spektaklu. Mull był tylko jednym z nich. I to chyba nie najbardziej radykalnym (prym w tej dziedzinie na całym świecie wiedzie dyplomacja brytyjska, którą premier Cameron przekształcił w coś w rodzaju awangardy wszechświatowego boju o realizację wszystkich żądań ruchów homoseksualnych w planetarnej skali).

Rozumiem sentyment do USA, jestem zwolennikiem ścisłego sojuszu z tym mocarstwem. Ale nigdy nie będzie to sojusz łatwy, między innymi ze względu na zjawiska, opisane w tym tekście. Zjawiska, których doprawdy trudno nie dostrzegać. Bowiem zamykanie oczu na rzeczywistość (nie kieruję tego do Łukasza, raczej do co naiwniejszych i prostolinijnych zwolenników obozu IVRP, skłonnych do postrzegania świata przez klisze z lat 80) może prowadzić do osuwania się do roli „pijanego dziecka we mgle”.