Celem szczytów unijnych jest znalezienie konsensusu między 28 państwami członkowskimi UE. A zadaniem przewodniczącego Rady Europejskiej jest stworzenie ram do tego konsensusu. Donald Tusk najwyraźniej nie radzi sobie z tym – dość prostym - zadaniem.

W czwartek wieczorem, w pierwszy dzień dwudniowego szczytu UE w Brukseli, Tusk dość niespodziewanie zwołał oddzielny „mini-szczyt” poświęcony Grecji. Zaprosił na niego premiera Grecji Aleksisa Ciprasa, przywódców Niemiec, Francji oraz przedstawicieli unijnych instytucji finansowych. Mniejsze państwa UE natychmiast poczuły się „pominięte”. I głośno wyraziły swoje niezadowolenie. Premier Belgii Charles Michel strofował Tuska jak małe dziecko.

„Co to za pomysły? Ani Niemcy, ani Francja, nie posiadają mandatu, by reprezentować Belgię. Czy pan usiłuje dzielić Unię na ważniejszych i mniej ważnych?” – grzmiał szef belgijskiego rządu. I w dość bezpośrednich słowach poinformował Tuska o tym, że Belgia oraz Luksemburg należą do głównych wierzycieli Grecji. Nie powinno ich więc na takim spotkaniu zabraknąć. Na tym jednak blamaż byłego polskiego premiera się bynajmniej nie skończył.

Czytaj także: Ignorancja czy indolencja? Donald Tusk swoją „polityką pomijania” wzbudził gniew mniejszych krajów UE

Kanclerz Austrii Werner Feymann zwrócił Tuskowi uwagę na to, że powinien był także zaprosić przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza. Bo taki jest zwyczaj w Brukseli. Zacieśniania więzi między instytucjami. Zwyczaj, którego Tusk najwyraźniej nie zauważył. I kiedy szef Rady UE w końcu przystąpił do poinformowania tych, których na spotkanie ws. Grecji nie zaprosił, o tym, co było na nim omawiane, mówił przez dokładnie….47 sekund. Czyli powiedział tyle, co nic. Jak odnotowała agencja „AP” na dodatek zacinał się, przejęzyczał. Nie radził sobie z angielskim.

„Zachowuje się jak premier Polski, a nie przewodniczący Rady Europejskiej” – stwierdził, gorzko, jeden z unijnych dyplomatów. I gdyby tego było mało, Tusk w drugi dzień szczytu, w piątek, złożył premierowi Wielkiej Brytanii Davidowi Cameronowi obietnicę, że pomoże mu zreformować Unię, czyli zmienić traktaty. Choć nie posiada do tego kompetencji i jako przewodniczący Rady UE powinien reprezentować interes wszystkich krajów członkowskich wspólnoty, a nie Londynu. Zostało to odnotowane przez europejskie media. Jak napisał portal EUObserver „Tusk składa obietnice bez pokrycia”.

Niektórzy w Brukseli zaczęli już tęsknić za poprzednikiem Tuska, Hermanem Van Rompuyem. Belg może i ma charyzmę „mopa”, ale był niesamowicie pracowity i posiada duży talent negocjacyjny. I starał się o niezależność. Od Berlina i Paryża.

Tusk tymczasem, który w chwili przejęcia roli „europejskiego żyrandola” otrzymał ogromny kredyt zaufania, okazał się wielkim rozczarowaniem. Po angielsku wciąż mówi z trudem, od ciężkiej pracy woli poklepywanie po plecach. I nie ukrywa, że stanowisko zawdzięcza Berlinowi. Gorzej: Otwarcie podkreśla dominująca rolę Niemiec i Francji. Takie był wydźwięk „mini-szczytu” ws. Grecji. I tak pozostałe, mniejsze kraje UE, to zrozumiały. „Jako unijny mediator Tusk jest wielką porażką” – pisze wprost belgijski „Le Soir”.

Cóż, Bruksela to nie Warszawa. Nie wystarczy udawać, że się coś robi. I ładnie uśmiechać się do kamer w dobrze skrojonym garniturze. Europejskie media są bezlitosne, w końcu nie istnieją- tak jak polskie- po to, by Tuskowi przyklaskiwać. Każdy błąd jest odnotowywany. Dlatego były polski premier raczej nie ma szansy, jak van Rompuy, na dwie kadencje na stanowisku szefa Rady UE. Pozbędą się go, kiedy tylko będą mieli do tego okazję.