Niedługo musiał czekać Piotr Zaremba, który w chłodnym i precyzyjnym komentarzu, zastanawiał się nad tym, jakie jeszcze argumenty pójdą w ruch, by umniejszyć udział Jarosława Kaczyńskiego w antykomunistycznej opozycji.

CZYTAJ WIĘCEJ: Co jeszcze wymyślicie żeby zniesławić Kaczyńskiego z lat 70. i 80.? Przecież on nikomu nie odmawia zasług z tamtych czasów

Jaka jest odpowiedź na pytanie Zaremby? Warto zwrócić uwagę na nieco przemilczany fragment piątkowego wystąpienia premier Ewy Kopacz w trakcie konwencji Platformy Obywatelskiej. Szefowa rządu, ni mniej, ni więcej, zasugerowała, że Jarosław Kaczyński podpisał esbecką lojalkę.

Nie można porównać dziś Polski do Polski stanu wojennego. Jutro pan Kaczyński nie będzie musiał niczego podpisywać. Jutro pan Kaczyński po swojej demokracji [red. - powinno być demonstracji, ale zdaje się, że w kluczowym momencie Kopacz się zdenerwowała] wróci do domu aby się cieszyć przywilejami posła na Sejm i lidera opozycji. Wiemy to wszyscy

— mówiła Kopacz. (Cytat za niezalezna.pl.)

CZYTAJ WIĘCEJ: Ewa Kopacz: „Polacy nie chcą kolejnych seansów nienawiści!” I kto to mówi?

Premier rządu musiała wiedzieć, że posługuje się sugestią na podstawie esbeckiej fałszywki, wyciągniętej w latach 90. przez tygodnik „Nie” kierowany przez Jerzego Urbana i stworzonej na bazie „szafy Lesiaka”. Kaczyński wygrał zresztą proces karny z pismem Urbana za opublikowanie w nim w 1993 r. sfałszowanej „lojalki”.

Kopacz musiała wiedzieć, że to już nie ostra walka, nie cios poniżej pasa, ale po prostu bezczelność. Zwłaszcza, że sama nie była w Solidarności, a wybrała karierę w satelickim - wobec PZPR - ZSL. A mimo to główny przekaz Platformy na 13 grudnia był właśnie taki. Czy politycy PO z piękną antykomunistyczną kartą będą w stanie zareagować?

O ohydzie takiego postępowania mówił nawet Stefan Niesiołowski, który dwa lata temu tak stwierdził w tym temacie:

Nie ma żadnych powodów do tego, by uważać, że Kaczyński podpisał deklarację lojalności. To była fałszywka SB

— tłumaczył polityk Platformy w rozmowie z Radiem Zet.

Niesiołowski dodawał, że Władysław Frasyniuk, przypominający wówczas kwestię „lojalki” w podobnym co dziś Kopacz stylu, musi uważać na takie słowa, i jeśli tego nie udowodni - może mieć kłopoty. Dziś oczywiście pan Stefan milczy, ale to mądrość etapu.

Gdyby główne telewizje traktowały Ewę Kopacz choćby w 30 procentach tak, jak traktują na co dzień Jarosława Kaczyńskiego, premier nie mogłaby się opędzić od pytań w tej sprawie. Materiały reporterów zatroskanych o zbytni radykalizm debaty w Polsce powinny być pełne tego cytatu. Sprawę odnotował co prawda na swoim blogu Wojciech Szacki z „Polityki”, opisują konserwatywne media, ale przecież nie trzeba nikomu tłumaczyć, że rozejdzie się po kościach. Znamy to dobrze. Ważniejsze są ostrzeżenia przed „podpaleniem” Polski przez marsz PiS. I coraz bardziej obrzydliwe argumenty stosowane w tej walce.

Szczerze mówiąc, nie byłem przekonany co do słuszności jutrzejszego marszu. Jest organizowany kilka tygodni po tym, gdy obywatele byli zdumieni skalą nadużyć wyborczych; emocje, mimo wszystko, nieco opadły. Ale już samą tą wypowiedzią Ewa Kopacz „namówiła” mnie do tego, by na ten marsz pójść. Platforma pani Kopacz nie będzie się różniła niczym od Platformy Tuska w głównym przekazie. To radykalny, miejscami po prostu chamski atak na opozycję. Być może nawet ostrzejszy niż w czasach Tuska.

Urban w spódnicy”. Ileż to było oburzenia i przekonania (w tym niżej podpisanego), że Kaczyński poszedł za ostro, oceniając w ten sposób Kopacz. W świetle dzisiejszych słów pani premier, trzeba się zastanowić, czy aby na pewno prezes PiS nie miał racji.

CZYTAJ TAKŻE: To arcyważny Marsz. Skala wydarzenia odpowie nam na pytanie: czy demokracja upadnie po cichu?