W kasie państwa jest dno, dlatego minister Rostowski „rżnie głupa”, zawiesza próg ostrożnościowy i musi rozpaczliwie pożyczać gdzie się da

fot. PAP / L. Szymański
fot. PAP / L. Szymański

Budżet Polski ma się świetnie, a relacja długu publicznego do PKB jest po prostu rewelacyjna. Dlatego musimy uchylić próg ostrożnościowy zapisany w ustawie o finansach publicznych. Tak 24 lipca 2013 r. przekonywał w Sejmie minister finansów, anonsowany przez marszałek Ewę Kopacz jako Jan Vincent Rostowski. Cztery lata temu ten sam minister, wtedy występujący jako Jacek Rostowski, przekonywał, że progi ostrożnościowe są konieczne, żeby jakaś nierozważna ekipa nieodpowiedzialnie nie zadłużyła Polski. Progi miały wymuszać rozsądną politykę budżetową. I tylko ktoś niekompetentny mógłby chcieć je omijać czy znosić.

O rozsądku i odpowiedzialności mówił Jacek Rostowski, więc Jan Vincent Rostowski może być kompletnie nieodpowiedzialny i mówić coś przeciwnego. Tyle że to ewidentne rozdwojenie jaźni i robienie z Polaków idiotów, bo sztuczka z przedstawieniem ministra raz jako Jana Vincenta, a innym razem jako Jacka nie zmienia faktu, że to ta sama osoba, tylko mówiąca całkiem sprzeczne rzeczy. Kilka lat temu to samo lekarstwo było dobre, a teraz jest szkodliwe. I co ciekawe, ani lekarstwo się nie zmieniło, ani lekarz je przepisujący. Czyli mamy czystą dialektykę w wersji leninowskiej.

Przed głosowaniem kierującym ustawę do komisji Rostowski wymienił stabilne i bezpieczne państwa - Holandię, Niemcy, Austrię czy Francję, gdzie dług publiczny stanowi ponad 70 proc., a nawet ponad 80 proc. PKB. Wymienił też USA, gdzie ta relacja przekracza 108 proc., a wszystko to na dowód, że dług Polski (około 56 proc.) jest rewelacyjnie niski i bezpieczny. Dlatego powinniśmy znieść próg ostrożnościowy i postępować wedle zasady: hulaj dusza, piekła nie ma. Tyle tylko że to bezczelne i prymitywne kuglarstwo.

Po pierwsze, wymienione przez Rostowskiego państwa są bogate, a ich obywatele mają wielkie oszczędności. Po drugie, te państwa nie mają żadnych kłopotów z korzystnym sprzedawaniem własnych obligacji i z obsługą długu. Po trzecie, ich obligacji nie kupują spekulanci, bo nie da się na nich szybko i łatwo zarobić – w przeciwieństwie do polskich papierów wartościowych. Po czwarte, te państwa są wypłacalne nawet przy wyższym długu, a Polska nie jest. Dlatego dla Niemiec nie jest niebezpieczny dług stanowiący 81 proc. PKB, a dla Polski bardzo niebezpieczne jest zadłużenie na poziomie nawet 50 proc. Wie to nawet student pierwszego roku ekonomii, więc tym bardziej minister Rostowski, który – mówiąc językiem Korwina-Mikkego – bezczelnie i bezwstydnie „rżnie głupa”

Rostowski (wszystko jedno czy Jacek czy Jan Vincent) nie potrafi zarządzać finansami państwa i poprzez te finanse stymulować wzrostu gospodarczego, więc ucieka się do najprymitywniejszego narzędzia – zadłużania państwa. Pożycza na konto nie tylko obecnie pracujących, ale także przyszłych pokoleń. I to pożycza ogromne sumy. Wedle najnowszych danych Eurostatu, od początku rządów PO Rostowski pożyczył aż 389 mld zł, czyli zwiększył dług publiczny o 73,5 proc. w stosunku do poziomu, jaki zastał w listopadzie 2007 r.

Prostackie sztuczki z porównaniem Polski do Austrii, Holandii czy Niemiec mają znieczulić opinię publiczną i ją uspokoić. Po to, by zawiesić próg ostrożnościowy (skądinąd faktycznie dawno przekroczony) i pożyczyć kolejne sumy. Ale przecież rząd już wcześniej pożyczał, a mimo to nie znosił progu. Tyle tylko, że wtedy jakoś się udawało manipulowaniem terminami realizowania zobowiązań i księgowania przychodów spinać budżet, a tym razem nic się już nie spina. Ani w budżecie (brakuje 24 mld zł z podatków), ani w Narodowym Funduszu Zdrowia, ani w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są emerytury.

Rostowski musi pożyczać, bo wali się budżet i najważniejsze fundusze celowe. Musi pożyczać, bo finanse państwa nie mają płynności i za chwilę może się zacząć efekt domina. Rostowski musi pożyczać, bo zapaliły się wszystkie lampy alarmowe. Dlatego chodzi mu o całkiem rozpaczliwe ratowanie bieżących wypłat z budżetu, a nie „stabilizowanie” czy „stymulowanie”, o których mówi, by uspokoić opinię publiczną. A sytuacja musi być krytyczna, skoro w projekcie ustawy wprowadzono zapis, że wchodzi ona w życie dzień po ogłoszeniu. To oznacza, że w kasie państwa jest dramatyczny niedobór. I to jest już teraz. To tym bardziej przerażające, że jeszcze gorzej będzie jesienią, gdy pustki w budżecie oraz kasach NFZ i FUS będą znacznie dotkliwsze niż teraz. I tylko temu służy zniesienie progu ostrożnościowego. Reszta to ordynarne łgarstwa i toporna propaganda.

Autor

2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź 2 audiobooki w prezencie! Sprawdź
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...