Konferencja na UKSW: Mocne i rzetelne podsumowanie pytań i wątpliwości w sprawie 10/04. Szkoda, że bez obecności i reakcji drugiej strony

Fot. PAP/Leszek Szymański
Fot. PAP/Leszek Szymański

Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego już po raz drugi gościł niezależnych naukowców, którzy zajmują się wyjaśnieniem przyczyn katastrofy smoleńskiej. Dziś - choć nie z tak dużym rozmachem jak za pierwszym razem - eksperci działający przy parlamentarnym zespole prezentowali swoje wyniki badań, stawiali pytania, opisywali wątpliwości.

CZYTAJ WIĘCEJ: Eksperci komisji Millera zdezerterowali. Nie wykorzystali szansy, by bronić tez swojego kulawego raportu

Przede wszystkim, co warte podkreślenia, wszyscy, którzy występowali dziś na UKSW, robili to do bólu merytorycznie i bez zacięcia. Nikt nie może im zarzucić, że działali pod z góry ustawioną tezę. Skupiali się tylko na "swoich" dziedzinach, w których są ekspertami, opisywali jedynie efekty swoich badań, nie nawiązywali do politycznych przyczyn i skutków tragedii.

Mocno nabita aula warszawskiej uczelni usłyszała o zaniedbaniach przy organizacji i zadbaniu o bezpieczeństwo lotu, o dziesiątkach pytań pod adresem komisji Millera, o setkach wątpliwości, jakie niesie rządowy raport, o tym, czy można było inaczej zachować się przy wyborze prawnej ścieżki do zbadania przyczyn katastrofy. To było naprawdę dobre i rzetelne podsumowanie zarzutów i wątpliwości; swoiste resume prac naukowców, prawników i ekspertów.

I znów, co charakterystyczne, odzew drugiej strony jest absurdalny. Konferencję zatem albo zupełnie przemilczano (większość serwisów informacyjnych, zespół Macieja Laska), albo wnioski naukowców zaprezentowano w sposób karykaturalny. I tak z "Wiadomości" dowiedzieliśmy się, że prof. Binienda wykluczył zderzenie z brzozą jako główną przyczynę katastrofy, gdyż "zdaniem naukowca drzewo było spróchniałe". Nic to, że wątek "choroby" drzewa był gdzieś na marginesie całej wypowiedzi profesora - za całą listą zaprezentowanych doświadczeń, badań laboratoryjnych, zdjęć i postawionych pytań. Wybito - w kilkunastosekundowej (!) - relacji właśnie wątek spróchniałego drzewa. O relacji Wojciecha Czuchnowskiego z "Gazety Wyborczej" chyba nawet nie warto wspominać. Z wystąpienia prof. Nowaczyka zapamiętał... tło, na jakim przemawiał naukowiec, co miało być dowodem na polityczny charakter wystąpienia.

Z drugiej zaś strony miałem w pamięci argumenty i tezy komisji Millera ze spotkania w siedzibie "Gazety Wyborczej".

CZYTAJ WIĘCEJ: Otwarta przyłbica Macieja Laska tylko w siedzibie "Wyborczej". Jego zespół, podobnie jak rząd i prokuratura, jest zamknięty na dialog z mającymi wątpliwości

Wiem, że przynajmniej w niektórych momentach eksperci zgrupowani przy doktorze Lasku mocno zaprotestowaliby, że mogliby podjąć dyskusję, argumentując swoje racje. Wiem również, że dzisiejsza konferencja nie rozwiała wszystkich argumentów, które stoją po stronie komisji Millera. Tym bardziej szkoda, że nie zdecydowali się przyjąć zaproszenia na UKSW. Co prawda naukowcy prezentujący dzisiaj swoje badania prosili, by dziennikarze przekazali pytania i wątpliwości zespołowi Laska, ale po pierwsze - rola "przekaziciela" jest co najmniej dziwna, gdy z kampusu UKSW na Młocinach na Czerską jest raptem trzydzieści minut drogi, a po drugie - eksperci z komisji Millera permanentnie odmawiają wywiadów tym, którzy mogliby przekazać te pytania. I kółko się zamyka.

Czeka nas zatem kolejna odsłona serialu monologów, a nie dialogu. Prezentowanych oświadczeń, a nie walki na argumenty i rozmowy. Zapewne za kilka dni dr Lasek wraz z kilkoma wiernymi druhami rozpocznie kolejne tournee po przyjaznych mediach.

Oczywiście, można rozmawiać jedynie w towarzystwie Moniki Olejnik i Tomasza Lisa, konsekwentnie odrzucając propozycje wywiadów od konserwatywnych mediów. Można dalej upierać się przy "zamkniętej dyskusji", albo odmowie rozmowy z "politycznymi ekspertami". Można odmawiać kompetencji naukowcom, choć niemal wszyscy z nich współpracowali lub współpracują z największymi ośrodkami badawczymi na świecie. Gorzki śmiech wywołały słowa prof. Biniendy, który opisywał propozycję ze strony doktora Laska, jaką miał otrzymać dr Szuladziński. Niestety, po zapoznaniu się z wynikami prac, naukowiec nie chciał potępić efektów działań prof. Biniendy, a wręcz przeciwnie - wsparł go całym swoim autorytetem.

Ale postawa zespołu Laska i całej ekipy broniącej raportu Millera, która zamyka oczy, zakrywa uszy i głośno krzyczy na pojawiające się pytania to ślepa uliczka; bez rozmowy obu stron wątpliwości w sprawie 10/04 będą w społeczeństwie rosły, a liczba nieprzekonanych z dnia na dzień będzie coraz większa. Wreszcie okaże się - i to prędzej niż później -, że wspólna debata to jedyny ruch, który pozostał zespołowi Laska. Oby tylko nie okazało się, że będzie wtedy za późno na choćby częściowe dotarcie do drugiej strony.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...