Jedyna krew, którą przelewam

- transparent o takiej treści, zilustrowany zakrwawioną podpaską, można było zobaczyć na marszu zorganizowanym przez Porozumienie 11 Listopada. Niosły go młode dziewczyny, dumnie prezentując swoje hasło do zdjęć.

Ironiczny komentarz do rzeczywistości? Zdrowy dystans do wielkich i patetycznych słów, których 11 listopada nie brakował? Wyrażenie własnych poglądów? Głupota?

Jakkolwiek by nie nazwać przygotowania takiego transparentu, a także pamiętając o tym, wśród jakich środowisk był on eksponowany, powinien on skłonić do refleksji. Takie hasła i pomysły nie wzięły się znikąd, to nie tylko wyraz buntu i prowokacyjna manifestacja poglądów skrajnie lewicowych grup. Nie jest to też pojedynczy przypadek, to szersza tendencja. To już nie pozytywna w wydźwięku przeróbka tekstu o "przelaniu krwi za ojczyznę" przy akcji reklamowej zachęcającej do oddania krwi dla chorych i potrzebujących. To coś więcej.

Tendencja ta polega na na zohydzeniu zaangażowania w życie publiczne i interesowania się sprawami kraju. Wyrazem tego są niezwykle mocno promowane przez media teksty i wypowiedzi osób, często nieznanych szerszemu gremium aż do publikacji artykułu, które manifestują swoje odcięcie się od spraw publicznych. Kilka tygodni temu Jakub Śpiewak, kierujący fundacją Kidproject pisał, że "rzyga Smoleńskiem". Apelował:

Mam dość. Chcę żyć w kraju normalnym, wolnym od smoleńskiego jadu. Tego oczekuję od polityków i mediów. Zasługuję na to i ja i reszta Polaków. Chcę, byśmy rozwiązywali realne problemy. Nawet jeśli jakaś grupa, kierując się własnymi fobiami i urojeniami, będzie tupać i krzyczeć. Niech tupią i krzyczą. Może w końcu im się znudzi. A jeśli nie i chcą żyć w rzeczywistości wirtualnej, niech żyją. Ich problem

- pisał Śpiewak.

Jeszcze wcześniej furorę zrobił tekst Marii Peszek, która zapytana o swój stosunek do Polski, odpowiedziała:

Gdyby moja ojczyzna popadła w jakieś tarapaty, myślę tu o sytuacji zbrojnej, to ja natychmiast zostaję dezerterem. Nie zostaję sanitariuszką, nie schodzę do kanału. Pierwsza rzecz, jaką robię, to spierdalam po prostu

- mówiła piosenkarka.

Późniejsze refleksje Peszek o ateizmie i Kościele nie przeszkodziły "Tygodnikowi Powszechnemu" potraktować tej postaci niezwykle serio i w wydaniu pisma na 1 listopada mieliśmy możliwość przeczytania długiej rozmowy z piosenkarką, w której tłumaczyła swoje poglądy.

Gdy do tego dołożymy arcyzabawne żarty kreującego się na poważnego publicystę Bartosza Węglarczyka, który w swoim porannym programie potrafił kilka tygodni temu opisać tragiczny lot z 10 kwietnia jako "samolot, który tak bardzo chciał wylądować, że robił slalom miedzy brzozami", mamy pełen obraz sytuacji. Tekstów podstarzałego showmana z TVN-u nie warto nawet przypominać.

Oczywiście, na końcu takiego rozumowania jest rzecz jasna wniosek internauty, którego na swoich stronach promowało radio TOK FM:

I wcale „Dobro Polski” nie jest dla mnie najważniejsze. O wiele bardziej liczy się dla mnie chociażby dobro mojej rodziny".

CZYTAJ WIĘCEJ: Apel do medialnej lewicy: powiedzcie swoim wyznawcom, że skoro nie chcą dbać o Polskę, to nie powinni ryzykować życia w tym miejscu

Ale nawet nie o ryzykowanie życia tutaj chodzi, bo nie wiadomo - da Bóg, że jeszcze przez długi czas takich sprawdzianów nie będzie - kiedy będzie trzeba się zmierzyć z problemem zaryzykowania i oddania życia za Polskę. Fakt, że geograficzne położenie nie sprzyja bezrefleksyjnemu podejściu, mającego gdzieś "dobro Polski", jest niezaprzeczalny.

Podejście traktujące kwestię wyjaśnienia przyczyn śmierci prezydenta kraju jako "ich problem", kpiny z troski o Polskę i obawy o jej przyszłość, wreszcie diabelskie wręcz wpisy o "spierdalaniu z kraju", gdy przyjdą trudniejsze czasy i zagrożenie, są nie tylko totalnym zaprzeczeniem wychowania, jakie dała młodym ludziom II Rzeczpospolita. Wychowania, którego efektem był świetnie zdany egzamin.

CZYTAJ TAKŻE: "W tej nastolatce skupia się wszystko to, co najpiękniejszego dała II Rzeczpospolita". Zachowała się jak trzeba

Chodzi także o mniejsze, bardziej przyziemne kwestie. Wychowani w takiej, a nie innej rzeczywistości, młodzi ludzie będą mieli w głębokim poważaniu sprawy swojej gminy czy parafii. Nie zaangażują się w żaden ruch - ani harcerski, ani społeczny, ani polityczny. Będą jeszcze mocniej uważać, że kwestia historii i patriotyzmu to melodia przeszłości. A później - jak gdyby nigdy nic! - na łamach tych samych gazet i telewizji, które tak nachalnie promują przywołane postawy, te same mądre głowy i dyżurne autorytety będą załamywać ręce nad poziomem i jakością społeczeństwa obywatelskiego.

Jest też druga strona medalu. Młodzi ludzie, którzy przełamią barierę niechęci, nie pojawią się wśród umiarkowanych środowisk i ruchów. Powiedzą - i w zasadzie ciężko odebrać temu rozumowaniu sens - że skoro jedni namawiają ich do "spierdalania z kraju" i nieinteresowania się dobrem Polski, to trzeba ten kraj nie tylko zmienić, ale wywrócić go do góry nogami. Miejcie to na uwadze, gdy znów będziecie wsadzać polskie flagi w psie odchody i kpić z katastrofy smoleńskiej.

Puentą niech będzie, powtórzony za Rafałem Ziemkiewiczem, apel. Na wszelkich płaszczyznach naszego życia - w szkołach, urzędach czy mediach trzeba przekonywać, "trzeba orać", że słowa z "Konrada Wallenroda":

Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie

trzeba rozumieć nieco inaczej niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Dobro ojczyzny to nie tylko szczęście wspólnoty, która jest gdzieś ponad naszymi głowami. Dobro ojczyzny to także radość i spełnienie obywateli i ich rodzin. Im szybciej zrozumieją to ci, którzy przeciwstawiają kraju szczęśliwemu życiu w rodzinie, tym lepiej. I dla kraju, i dla ich rodzin.