Gorąca dyskusja u Jana Pospieszalskiego: "Próbują sprowadzić sprawę trotylu do poziomu helu". Plus nowe fakty!

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Co właściwie znaleziono na wraku tupolewa? Czemu miało służyć zwolnienie Cezarego Gmyza oraz redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej"? Czy Rosjanie są zainteresowani ostatecznym wyjaśnieniem katastrofy smoleńskiej? Czy są szanse na powołanie komisji międzynarodowej? - nad tymi kwestiami zastanawiali się dziś goście Jana Pospieszalskiego w programie "Bliżej".

Kwestia ewentualnego powołania międzynarodowej komisji, która miałaby zająć się wyjaśnieniem katastrofy najmocniej podzieliła gości.

Krzysztof Skowroński z radia "Wnet"i Andrzej Stankiewicz z "Wprost" powątpiewali, że jest szansa na jej powołanie. Jacek Karnowski z portalu wPolityce.pl stwierdził, że tę sprawę powinni wyjaśnić sami Polacy, choć jak podkreślał, niezbędna jest do tego zmiana władzy. Zwolennikiem powołania takiej komisji był natomiast Cezary Gmyz (do niedawna dziennikarz "Rzeczpospolitej"), który zauważył, że ustanowienie takiej komisji na forum ONZ zmusiłoby Rosję do zajęcia jednoznacznego stanowiska.

ONZ byłby właściwym organem, gdyż skupia państwa które nie wchodzą w skład sojuszy wojskowych

– argumentował Gmyz.

Publicystka Janina Jankowska zwracała uwagę na możliwość ingerowania Rosji w podgrzewanie atmosfery wokół sprawy smoleńskiej, a także na to, że o takiej ewentualności zaczynają otwarcie mówić politycy - w tym prezydent.

Zdaniem Jacka Karnowskiego logika dotychczasowych wydarzeń wskazuje, że Donald Tusk jest trzymany w szachu przez Moskwę. Jego zdaniem pogróżką pod adresem Tuska było m.in. ujawnienie drastycznych zdjęć z katastrofy.

Z tezą tą nie zgadzał się Andrzej Stankiewicz. Jego zdaniem nie ma dowodów na to, by Rosja miała czym szantażować premiera. Dziennikarz przyznał natomiast, że w sprawie śledztwa popełniono szereg błędów, ale obciążają one przede wszystkim prokuraturę.

W programie wyemitowano też wypowiedź mec. Piotra Pszczółkowskiego, reprezentującego Jarosława Kaczyńskiego w śledztwie smoleńskim. Oświadczył on, że złożył już wniosek o przeniesienie śledztwa do innej prokuratury. Kroplą przepełniającą czarę goryczy co do dotychczasowej – stała się ostatnia konferencja pułkownika Szeląga zwołana po opublikowaniu głośnego artykułu "Trotyl na wraku tupolewa". Prawnik zwrócił uwagę, że pułkownik zataił między innymi fakt użycia bardzo precyzyjnych urządzeń w Smoleńsku, których wyniki nie budzą wątpliwości.

Do przebiegu tej konferencji odniósł się Cezary Gmyz, zwolniony po opublikowaniu artykułu wraz z redaktorem naczelnym.

Obserwowaliśmy tu cały szereg technik manipulacyjnych, zastosowanych zresztą perfekcyjnie

– powiedział.

Odnosząc się do użytego sprzętu zaznaczył, że wedle jego informacji taki sam sprzęt jest na co dzień używany na jednym z najbardziej strzeżonych lotnisk w Tel Awiwie.

Gdyby te urządzenia piszczały po wykryciu kosmetyków, lotnisko piszczałoby non stop

– stwierdził.

Gmyz opowiedział też historię, która nie znalazła się w artykule, a o której dowiedział się zbierając materiał do artykułu. Otóż w czasie, gdy polscy biegli pracowali w Smoleńsku na miejscu katastrofy pojawiła się też rosyjska pirotechniczka z FSB. I gdy zobaczyła wskazania detektorów – wpadła w panikę.

Ostatecznie została poproszona o opuszczenie terenu badań. Ale, jak zauważa Gmyz, mamy już pewność, że Rosjanie wiedzą już, co wykryły urządzenia polskich biegłych.

Zdaniem Gmyza ostateczne badania laboratoryjne zebranych próbek powinny zostać przeprowadzone natychmiast, a nie - jak to zapowiada prokuratura - za pół roku.

Według Andrzeja Stankiewicza Cezary Gmyz pisząc artykuł niepotrzebnie użył słów "trotyl i nitrogliceryna", bo ułatwiło to prokuraturze sformułowanie pozornego dementi.

Moi informatorzy twierdzili, że był to trotyl i nitrogliceryna. Wiedza ta pochodzi z kilku źródeł

– bronił się Gmyz.

Zresztą, czy gdyby zamiast sformułowania "trotyl i nitrogliceryna" padło materiały wybuchowe, reakcja byłaby inna?

Jak podkreślił Jacek Karnowski, zwolnienie Cezarego Gmyza i Tomasza Wróblewskiego miało na celu tylko jedno: sprowadzić problem trotylu do poziomu helu. A więc maksymalnie ośmieszyć temat obecności wybuchowej substancji na wraku, która jest niemal pewna, i sprowadzić ją do rangi historii nieprawdopodobnej, wymyślonej, spiskowej.

Do opinii publicznej miał dotrzeć sygnał – skoro ich zwolniono – nie mogli napisać prawdy

– tłumaczył Karnowski.

W ostatnich minutach dyskusji na jaw wyszły kolejne szczegóły. Andrzej Stankiewicz, który przeprowadził nieopublikowany jeszcze wywiad z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem wyjawił, iż jego rozmówca zapewnił, że uprzedzał Jarosława Kaczyńskiego, o tym, że prokuratura zdementuje artykuł z "Rzeczpospolitej", jeszcze zanim wygłosił on słynne słowa o zbrodni.

Czytaj też: Adam Hofman: Andrzej Seremet nie mówił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że prokuratura zdementuje doniesienia "Rzeczpospolitej"

Gmyza zbulwersowała ujawniona dziś informacja, że właściciel Prespubliki Gregorz Hajdarowicz w środku nocy uprzedził rzecznika rządu o mającej się ukazać publikacji.

Z kolei Stankiewicz podkreślał, że o wadze ostatnich odkryć w Smoleńsku świadczy fakt, że prokurator Seremet zdecydował się poinformować o nich premiera Tuska.

ZDJĘCIA Z PROGRAMU:

 

 

ansa/TVP Info

Komentarze

Liczba komentarzy: 0