Krótka refleksja na temat kontrowersji wokół postaci Józefa Kurasia "Ognia", odpowiedniej perspektywy i patriotyzmu pejzażu

Pomnik majora Józefa Kurasia-„Ognia” oraz jego żołnierzy odsłonięty staraniem Fundacji Pamiętamy 12 sierpnia pod Turbaczem
Pomnik majora Józefa Kurasia-„Ognia” oraz jego żołnierzy odsłonięty staraniem Fundacji Pamiętamy 12 sierpnia pod Turbaczem

KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT KONTROWERSJI WOKÓŁ POSTACI JÓZEFA KURASIA „OGNIA”, ODPOWIEDNIEJ PERSPEKTYWY I PATRIOTYZMU PEJZAŻU

Należy jej się pomnik lub przynajmniej obelisk

za to że cała była z mitycznych czasów

kiedy autorzy greccy albo rzymscy

i czytelnicy przy lampce oliwnej lub świecy

pakt zawierali i mocno wierzyli

że obrona wolności jest rzeczą chwalebną

Zbigniew Herbert, z wiersza Mademoiselle Corday

Kontrowersyjny, czyli problematyczny, budzący spory. Ten przymiotnik świetnie pasuje do Józefa Kurasia „Ognia”. Oczywistość takiej diagnozy jest bezdyskusyjna. Wystarczy zerknąć na opublikowane w internecie artykuły dotyczące niedawnej, sierpniowej uroczystości odsłonięcia w masywie Turbacza, czyli w mateczniku Dzielnego Górala z Waksmundu, pomnika poświęconego żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego, w tym partyzantom Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” Józefa Kurasia „Ognia”, którzy w latach 1942- 1949 r. w Gorcach walczyli o niepodległość Polski i wolność człowieka z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem. Znakomita większość autorów tych tekstów czuła się w obowiązku silnie w nich zaakcentować, że „Ogień” to postać bardzo kontrowersyjna, zaś komentarze internautów dobitnie ten fakt potwierdziły. Osobiście uważam, że określenie „kontrowersyjny”, niezależnie od tematu, do którego jest dedykowane, nie wnosi niczego do poznania przedmiotu opisu. Oddaje jedynie odmienność stanów wiedzy lub emocji osób, które zdecydowały się na zabranie głosu w takiej czy innej dyskusji. Niemniej jednak źródła kontrowersji mogą być interesujące i dawać pewne wyobrażenie o uczestnikach sporu. W przypadku postaci „Ognia” można mówić o prawdziwym bogactwie tych źródeł. Na niektóre z nich chciałbym zwrócić uwagę.

O TYCH CO OD SAMEGO POCZĄTKU BYLI PRZECIW

Zacznijmy od tego, że kontrowersje wokół „Ognia” nie są zjawiskiem nowym. Już w okresie okupacji niemieckiej partyzancka działalność „Ognia” budziła radykalnie rozbieżne oceny. Zauważmy bowiem, że skrajnie niekorzystny, ale przecież zrozumiały, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, pogląd na temat „Ognia” jaki był udziałem żandarmów niemieckich stacjonujących w Nowym Targu np. w 1944 r. różnił się istotnie od osądu jaki miał w tej kwestii przeciętny góral, żyjący wówczas w rejonie Gorców. Ten bowiem na okupację niemiecką swojego kraju patrzył krzywo, a partyzantów „Ognia” miał raczej za patriotów walczących o wolność. Ale już mieszkaniec Podhala zaangażowany w kolaborancki ruch Goralenvolk lub w charakterze tajnego współpracownika (czytaj: konfidenta – przyp. GW) gestapo uprzejmie donoszący Niemcom na rodaków, czy wreszcie pospolity złodziejaszek z tamtych stron mieli zdecydowanie odmienny pogląd na temat działalności „Ognia”. Powodowani obawą przed karcącą ręką ziemskiej sprawiedliwości, którą na tamtym terenie materializował wówczas przede wszystkim „Ogień” i jego oddział, byli oni w swojej ocenie „ogniowców” zdecydowanie bliżej żandarmów niemieckich z Nowego Targu, niż wspomnianego ich ziomka z rejonu Gorców. Taki punkt widzenia zresztą też można zrozumieć – wystarczy tylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Wspomnijmy, że i pośród tamtejszych niewiast występowała silna polaryzacja ocen dotyczących „Ognia”.

Wiadomo, „za mundurem panny sznurem”, ale czasami mundur był niemiecki. I z tego właśnie powodu niektóre damy zamieszkałe w miejscowościach leżących u podnóża Gorców musiały wbrew swojej woli okresowo zmienić fryzury, przyjmując jednolitą stylizację, którą można uznać za pierwowzór dla irlandzkiej piosenkarki Sinead O’ Connor, z czasów gdy ta publicznie darła zdjęcie Jana Pawła II. I panie te również były bardzo przeciwko „Ogniowi”, co także nie może dziwić – jeśli przyjmie się odpowiednią perspektywę. Do chóru radykalnych krytyków Dzielnego Górala za jego działalność w okresie okupacji niemieckiej zaliczają się także członkowie rodzin i przyjaciele osób zlikwidowanych przez „ogniowców” za kolaborację, zdradę lub złodziejstwo. Dodajmy, że ich postawa w tej sprawie też mogłaby być zrozumiana - gdyby przyjąć odpowiednią perspektywę.

MORDERCA POLAKÓW

Dla uzmysłowienia jak bardzo poważne są źródła zarysowanych powyżej kontrowersji wokół postaci „Ognia” przywołam fragmenty dokumentu z tamtych czasów. Jest to sprawozdanie referenta bezpieczeństwa Powiatowej Delegatury Rządu w Nowym Targu (a zatem przedstawiciela lokalnych władz Polskiego Państwa Podziemnego – przyp. GW), Ludwika Kohutka „Śmiałowskiego”, za okres od 1 do 30 listopada 1944 r. Zwracam uwagę, że obejmuje ono tylko jeden miesiąc, czyli drobny zaledwie wycinek czasowy z okresu partyzanckiej działalności „Ognia” pod okupacją niemiecką. Dodam, że grupa „Ognia” pełniła wówczas przy Powiatowej Delegaturze Rządu w Nowym Targu rolę oddziału egzekucyjnego, wykonującego przekazane jej przez zwierzchnie władze cywilne wyroki sądów podziemnych. Oto co „Śmiałowski” napisał na ten temat w swoim raporcie (podane w raporcie nazwiska osób ukaranych przez oddział „Ognia” zostały przeze mnie pominięte – przyp. GW):

„Polecenia moje wykonywał Ogień wraz ze swymi ludźmi sprawnie i sumiennie, tropiąc bandy złodziei i meldując o ich ruchach. (…). W okresie sprawozdawczym zostały wykonane wyroki śmierci przez grupę Ognia na następujących osobach:

1. (…), bandytka przedwojenna i szpicel niemiecki, z wyroku dawnego;

2. (…),żona szpicla ukaranego gardłem, niebezpieczna z powodu kontaktu z gestapo, z wyroku dawnego;

3. (…), za udział w rabunkach, pochwycony na gorącym uczynku;

4. (…)

5. (…), obaj ostatni zostali straceni dnia 20 bm. Za rabunki okolicznej ludności i na Spiszu, gdzie rabowali z bronią w ręku, podając się za członków AK, z wyroku PDR;

6. (…), szpicel gestapo, za którego uwięziony został ostatnio Batkiewicz Michał, ukrywający się od początku wojny przed gestapem. Wyrok dawny wykonano 19 bm;

7. (…), niebezpieczny szpicel i prowodyr góralski, stracony z dawnego wyroku dnia 23 bm.

Ponadto na moje zlecenie Ogień zlikwidował dwie bandy rabusiów: jedną w Łopusznej (…..,…..i towarzysze) i inną w Nowym Targu - Kowańcu (…,…i towarzysze) przez rozbrojenie i oddanie tych ostatnich w ręce AK, gdyż do przynależności do AK się przyznawali. Następnie Ogień ostrzygł: 1.(…), 2.(…) i 3. (…), wszystkie za stosunki z Niemcami względnie donosicielstwo”.

Możliwe, że przywołana przeze mnie treść meldunku „Śmiałowskiego” boleśnie uświadomi niektórym, że działalność partyzancka nie skupia się na śpiewaniu skądinąd ładnych pieśni typu „Po partyzancie dziewczyna płacze”. Warto pamiętać także o tym, że nie jest zadaniem  partyzantki wygranie zmagań wojennych, gdyż nie ma ona na to wystarczających sił i środków. Natomiast w sytuacji, gdy legalne czynniki państwowe schodzą do konspiracji lub pozostają poza granicami kraju, gdy władza zostaje przejęta przez siły okupacyjne, co skutkuje min. tym, że aparat przymusu (konieczny w każdym normalnym państwie) przestaje służyć ochronie praw jednostki i dobru wspólnemu, natomiast jest w rękach okupanta narzędziem terroru, partyzantka pełni doniosłą funkcję strażnika reguł koniecznych dla ocalenia więzów wspólnotowych. Rola ta sprowadza się do obrony i egzekwowania fundamentalnych norm postępowania w relacjach międzyludzkich i podstawowej lojalności członków okupowanej wspólnoty wobec prawowitych władz. Realizacja tego niewdzięcznego, ale jakże ważnego w czasach zaniku normalnej państwowości, zadania wygląda w praktyce tak, jak oddaje to przywołany meldunek „Śmiałowskiego” Zdaniem jego autora „po każdym takim wyroku ludność podhalańska odzyskiwała pewność siebie, nabierała ufności, że władza podziemna czuwa i karze i że jednak ktoś liczy zbrodnie kolaborantów, a więc warto żyć, warto czekać na koniec tej długiej strasznej wojny”. Trudno do tej oceny cokolwiek sensownego dodać.

PERSPEKTYWA RODZIN OFIAR NIEMIECKIEGO ODWETU

Kolejną grupę osób krytykujących „Ognia” za jego działalność partyzancką w okresie okupacji niemieckiej należy, z uwagi na przyczynę takiej postawy, zdecydowanie oddzielić od zbiorowości, które starałem się zdefiniować nieco wcześniej. Mowa o osobach, których bliscy zginęli z rąk Niemców podczas kolejnych pacyfikacji Waksmundu, rodzinnej wsi „Ognia”. Tragiczny ten bilans zamyka się liczbą kilkudziesięciu ofiar (pośród pomordowanych przez Niemców znaleźli się także ojciec, pierwsza żona i dwu i pół letni synek „Ognia” – przyp. GW).Jakaś część z tych osób za śmierć swoich krewnych wini „Ognia”. Bo przecież, mówią oni, gdyby „Ogień” nie prowadził akcji antyniemieckiej, a prowadził ją bardzo konsekwentnie, to pacyfikacji Waksmundu zapewne by nie było. I ten punkt widzenia także można zrozumieć, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, i akurat nad nim chyba warto się przez chwilę poważnie zastanowić.

W tym kontekście pozwolę sobie przypomnieć, że w bezpośrednim odwecie za likwidację kata Warszawy, Franza Kutschery, przeprowadzoną przez żołnierzy batalionu „Parasol” w dniu 1 lutego 1944 r., Niemcy rozstrzelali 300 naszych rodaków. Gdyby zapytać członków rodzin osób wówczas rozstrzelanych, czy głowa tego nazistowskiego oprawcy (Kutschera był Austriakiem - przyp. GW) warta była śmierci ich bliskich, ciekawe, co by odpowiedzieli. Część z nich zapewne odrzekłaby, że likwidacja Kutschery nie była warta aż takiej ofiary, a niektórzy pewnie mieliby niejakie pretensje do rozkazodawców lub wykonawców zamachu. I taki osąd trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, jako po ludzku zrozumiały a przy tym, przynajmniej w mojej ocenie, nie zasługujący na krytykę. Co nie zmienia w niczym faktu, że dla wielu rodaków, w tym także dla mnie, uczestnicy zamachu na Kutscherę są bohaterami narodowymi, zaś ofiary odwetowej akcji niemieckiej powinni być pamiętani jako ci, którzy zginęli śmiercią męczeńską za sprawę wolności. Domniemany punkt widzenia rodziny Kutschery i jego niemieckich kamratów na temat zdarzeń do jakich doszło w Warszawie w Alejach Ujazdowskich kilkanaście minut po dziewiątej dnia 1 lutego 1944 r. pominę milczeniem, choć pamiętajmy, że on również może zasługiwać na zrozumienie – gdyby przyjąć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej zarysowane powyżej możliwe punkty widzenia na likwidację Kutschery pokazują, że i ten epizod z historii naszego kraju, przy odpowiednim doborze dyskutantów, będzie budził spory, czyli zasługuje chyba na miano kontrowersyjnego; choć oczywiście nie jest nawet w drobnym ułamku tak problematyczny, jak działalność „Ognia”.

AKOWCY - ZBOWIDOWCY

Pisząc o kontrowersjach wokół postaci „Ognia” dotyczących okresu okupacji niemieckiej, nie sposób pominąć milczeniem jego skomplikowanych relacji z Armią Krajową. Zostały one w sposób rzetelny, z wykorzystaniem bogatej bazy dokumentowej, przedstawione i przeanalizowane przez Macieja Korkucia w niedawno wydanej książce „Józef Kuraś „Ogień” Podhalańska wojna 1939 – 1945”. Wiele osób zabiera głos na temat „Ognia”, z lubością podkreślając, że postać to bardzo kontrowersyjna, bo przecież skonfliktowana z Armią Krajową; mało kto z tego kręgu chce wiedzieć jak naprawdę było. Zainteresowanych rzeczywistym przebiegiem wypadków odsyłam do pracy Macieja Korkucia.

Na potrzeby niniejszego szkicu wspomnę tylko, że w bezpośrednio adresowanym do „Ognia” piśmie z dnia 13 października 1944 r. komendant Inspektoratu AK Nowy Sącz Adam Stabrawa „Borowy” napisał: „Zawiadamiam Pana, że dochodzenia przeciwko Panu zostały umorzone”. Dodajmy, że w okresie walki „Ognia” z komunistami przez szeregi podległych mu oddziałów przewinęło się wielu żołnierzy Armii Krajowej. Jednak równie wielu akowców z rejonu Podhala zasiliło w PRL- u szeregi ZBoWiD-u. Dzielny Góral i ci, którzy zdecydowali się pójść pod jego rozkazy po kwietniu 1945 r. wybrali inną drogę. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie czynił wspomnianym żołnierzom AK zarzutu z faktu, że po koszmarze okupacji niemieckiej nie zdecydowali się na kontynuację walki o wolność, tym razem w realiach komunistycznego zniewolenia. Może tylko trochę szkoda, że pamięć o czasach swojej działalności partyzanckiej postanowili pielęgnować w ramach organizacji utworzonej przez reżim komunistyczny, kierowanej min. przez Mieczysława Moczara, znanego z bezwzględnej postawy wobec bandytów reakcyjnego podziemia. Niemniej wypada pamiętać, że niektórzy z nich, powodowani zapewne pobudką tak rozpowszechnioną w relacjach międzyludzkich jak azot w powietrzu, czyli zawiścią, opowiadali czy pisali o „Ogniu” rzeczy…. niegodne żołnierzy Armii Krajowej. Jak sądzę trudno im było znieść, że symbolem Podhala walczącego o wolność zostali nie oni, lecz właśnie „Ogień” i ci, którzy u jego boku przebyli aż do samego końca najtrudniejszą z ludzkich dróg - czarny szlak wiodący „na górę zwaną czaszka”. Takie zachowanie przecież też można zrozumieć, wystarczy tylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej, akowcy - zbowidowcy mają swój realny wkład w to, że dzisiaj o „Ogniu” wypada i trzeba mówić jako o postaci bardzo kontrowersyjnej. Chcąc nie chcąc, muszę się do tego dostosować.

BOGACZ

Wzmianką o zawiści doprowadziłem ten tekst do kolejnej, całkiem licznej grupy zdecydowanych przeciwników „Ognia”, krytykujących go zarówno za działalność prowadzoną w okresie okupacji niemieckiej, jak i za walkę jaką prowadził w realiach zniewolenia komunistycznego.Ta zbiorowość posłuży mi za łącznik pomiędzy dotychczasową a dalszą częścią moich refleksji. Określiłbym ją mianem poszukiwaczy złota. Powszechnie wiadomo, że ten kruszec rozpala od wieków ludzkie namiętności. Dodajmy do tego jeszcze banalną prawdę życia, że ludzie zwykle mierzą świat własną miarą, co w praktyce przejawia się m.in. tym, że czyny bliźnich starają się wytłumaczyć za pomocą zrozumiałych dla nich samych motywacji i celów. Ot, naturalna skłonność do racjonalizacji ludzkich zachowań. I dlatego niektórym rodakom wychodziło, i nadal wychodzi, że po „Ogniu” to dużo złota zostało. - W skrzyniach, Panie, to złoto, w skrzyniach (…). „Ogień” nie jest tu żadnym wyjątkiem. Proszę mi wierzyć, że w swych wędrówkach za historią „Żołnierzy Wyklętych”, motyw skrzyń ze złotem przerobiłem wielokrotnie, w różnych zakątkach naszego kraju. Wielu ludzi po prostu nie jest w stanie pojąć, bo to się nie mieści w ich horyzontach poznawczych, że dla czegoś tak abstrakcyjnego, jak Ojczyzna i wolność, można coś ważnego z własnej i nieprzymuszonej woli poświęcić, a życie dla takich abstraktów narażać, to już jest po prostu całkowicie niewiarygodne. Takie frazesy to nie dla nich. Oni wiedzą, to zresztą jest często wiedza pokoleniowa, że o pieniądze cała rzecz musiała się rozchodzić, o duży szmal; znaczy - partyzanci rabowali pieniądze, a później zamieniali je na złoto, które w skrzyniach chowali. Ta wiedza była i jest odwzorowaniem wielkiej małości, zbudowanej na mocnym fundamencie prostactwa i zawiści, a także, niestety, całkiem dużym i charakterystycznym kryształem lustra naszej zbiorowości.

Krytyka „Ognia” za jego działalność z okresu okupacji niemieckiej to oczywiście nic w porównaniu z ocenami jakich doczekał się za walkę z komunistami. Przypomnijmy, że ten tak bardzo kontrowersyjny dowódca partyzancki toczył ją z dużym rozmachem od drugiej połowy kwietnia 1945 r. aż do swojej śmierci w lutym 1947 r. Początek tej walki „ogniowcy” obwieścili mieszkańcom Podhala w ulotkach rozwieszonych w kilku miejscowościach leżących u stóp Gorców: „Walczyliśmy o Orła, teraz o koronę dla Niego. Hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor”. Cóż, dowódca był kontrowersyjny, to i cele jego walki też nie mogły być inne.

BIBLIOFILE TEŻ RACZEJ PRZECIW

Krąg osób żyjących w czasach „Ognia” i za działalność jaką prowadził po kwietniu 1945 r. odsądzających go od czci i wiary prawie pokrywa się ze zbiorowością przeciwników walki partyzanckiej będącej udziałem „Ognia” w okresie okupacji niemieckiej. Jak jednak powszechnie dziś wiadomo, „prawie” robi dużą różnicę. I rzecz nie w tym, że niemieckich żandarmów stacjonujących w Nowym Targu należy zastąpić funkcjonariuszami UB czy nieumundurowanymi aktywistami partii komunistycznej. Chodzi m.in. ludzi, niekoniecznie czynnie wspierających reżim komunistyczny, którzy swoją ocenę na temat „Ognia” uformowali pod wpływem treści wygłaszanych podczas masowych uroczystości organizowanych przez władzę ludową pod pomnikiem - ubeliskiem, który straszył na przełęczy Snozka nieopodal trasy Nowy Targ – Nowy Sącz, czyli pod tzw. organami Hasiora (na marginesie warto wspomnieć, że stan tego dzieła był niedawno obiektem słusznej troski Gazety Wyborczej. W efekcie zostało ono odrestaurowane, już bez elementów ideowych, i można podziwiać jego wymiar artystyczny albo, jak autor tego tekstu, dziwić się poziomem szpetoty tego pomnika i brakiem jakiejkolwiek harmonii z naturalnym otoczeniem - to już wyłącznie kwestia gustu – przyp. GW). Przede wszystkim jednak chodzi o tych, jakże licznych, którzy swą wiedzę na temat „Ognia” zdobyli lub ugruntowali dzięki uważnej lekturze prasy komunistycznej, wielonakładowych i często wznawianych książek pułkownika UB Stanisława Wałacha, dzieła Władysława Machejka „Rano przeszedł huragan” lub książeczki z serii „Tygrysa”- „Po „Ogniu” był „Mściciel”. Gdyby zsumować egzemplarze wszystkich tych książkowych źródeł wiedzy na temat „Ognia”, wyjdzie ponad milion.

W końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku publikacje te można było spotkać w wielu domach na Podhalu. Z kolei czytelnicy nieco później urodzeni, i siłą tego faktu podchodzący z lekkim dystansem do książek historycznych wydanych w okresie PRL-u, mogli utwierdzić się w słuszności obrazu „Ognia” nakreślonego w ww. dziełach, czytając pierwsze wydanie bardzo popularnej na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku książki Jacka Kuronia „Wiara i wina”. I oczywiście także słuchając osób starszych, wyedukowanych na dorobku literackim Machejka, Wałacha itd.

Nie dziwmy się zatem, że walka jaką podjął „Ogień ”z reżimem komunistycznym jest przedmiotem kontrowersji, których skala zasługuje na miano potężnej. Na to nie ma rady i nie sądzę by się jeszcze kiedyś znalazła. Tak już pozostanie. Kilka razy w swoich tekstach przywoływałem pewien fragment powieści Józefa Mackiewicza „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Uczynię to ponownie, gdyż zawartą w nim myśl uznaję za oddającą istotę zjawiska, którego drobny wycinek uczyniłem przedmiotem niniejszego tekstu:

„Na ziemi pozostaje łgarstwo, fałsz, przeinaczane fakty, tendencyjna kronika wypadków, wrzaskliwe uogólnienia. Na nic to wszystko. Wielkie doświadczenie, dokonane za cenę krwi i rozpaczy, przepada dla potomności. I po wielkim wybuchu, jak popiół z wulkanu opada i ściele się bezwartościowy osad pustych sloganów”.

ZDAŃ KILKA O REALIACH

Smutne jak bardzo dobrze cytat ten pasuje do ofiary złożonej przez „Ognia” i jego poległych oraz pomordowanych podkomendnych. A jednocześnie nie powinno to nikogo dziwić. Przecież „ogniowcy” walczyli w szeregach partyzantki, która przegrała, a historię ich walki napisali, w wersji obowiązującej przez blisko pół wieku, zwycięzcy. Ot, rutyna dziejowa. Za ciekawe w tej sprawie można od biedy uznać to, że jeżeli szukać okresu, w którym poziom kontrowersji wokół „Ognia”,w kontekście jego działalności antykomunistycznej, był najmniejszy, to bez wątpienia należy wskazać na czas, w którym „Ogień” jeszcze żył i z komuną dziarsko wojował. W świadomości przywołanego już w tym tekście, przeciętnego mieszkańca Podhala, który, powtórzmy, na okupację, tym razem komunistyczną, swojego kraju patrzył krzywo i złodziejką się nie parał, ówczesny odbiór działań „Ognia” był z reguły pozytywny. Jest przecież rzeczą oczywistą, że żadna partyzantka nie utrzyma się w terenie bez poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych”. A „Ogień”, któremu w szczytowej fazie jego walki z reżimem komunistycznym podlegało ponad pięciuset partyzantów, skupionych w kilkunastu oddziałach, wspieranych przez liczącą nie mniej niż dwa tysiące współpracowników siatkę terenową, utrzymał się „w polu” blisko dwa lata. Dokonał tego w warunkach zmasowanego terroru komunistycznego, gdy za niepoinformowanie sił reżimu o napotkaniu partyzantów groziła kara pięciu lat więzienia, za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło dziesięć lat więzienia, zaś za stałą współpracę z nimi, polegającą np. na częstym udzielaniu gościny czy informowaniu o ruchach komunistycznych grup operacyjnych, można było otrzymać dożywocie czy nawet karę śmierci. Natomiast za zadenuncjowanie partyzantów czekała nagroda, zwykle pieniężna, od władzy ludowej. Wypada mieć to na uwadze, czytając czy słuchając o kontrowersjach wokół postaci „Ognia”.

ŚWIADECTWA Z EPOKI

Warto też w tym kontekście przyjrzeć się niektórym dokumentom dotyczącym „Ognia”, wytworzonym w okresie jego działalności. Szczególnie ciekawe są te z nich, które powstały w kręgu oficjalnych władz, a które nie służyły celom propagandowym. Notabene większość z nich była tajna - nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego. Zawierały one informacje i oceny przeznaczone wyłącznie na użytek struktur władzy komunistycznej. Oto kilka przykładów:

PRZEWODNICZĄCY WOJEWÓDZKIEJ KONTROLI KOMISJI PARTYJNEJ PPR BRONISŁAW PAWLIK – ZE SPRAWOZDANIA ZA OKRES OD LISTOPADA 1945 R. DO LUTEGO 1946 R. DOTYCZĄCEGO POWIATU NOWY TARG:

„Chłopi znów po wsiach pomagają mu („Ogniowi”) przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja PPR w terenie się wcale nie rozwija a cały Komitet Powiatowy PPR w Nowym Targu pracuje pod strachem”.

ZE SPRAWOZDANIA KOMITETU POWIATOWEGO PPR – POWIAT NOWOTARSKI ZA MAJ 1946 R:

„To teren najtrudniejszy w województwie. Terror reakcyjnego podziemia jakiego nie było dotychczas (…) wzmogła się propaganda band – grożące afisze i ulotki. Najgorsze jest to, że ludność nie reaguje na te wypadki za wyjątkiem  jednostek, które potępiają bandytyzm. (…) Członkowie PPR nie mogą oficjalnie występować jako peperowcy (partia nie wzrasta)”.

Z DOKUMENTÓW KBW – PAŹDZIERNIK 1946 R.:

„Sprzyjającymi warunkami działania bandy „Ognia” jest przychylne ustosunkowanie się ludności cywilnej do ww. oraz dogodny teren w jakim ona przebywa”.

ZE SPRAWOZDANIA WOJEWODY KRAKOWSKIEGO – 1946 R.:

„Ogień” celowo naśladuje Janosika i innych legendarnych „szlachetnych zbójców” zwalczających tyranię i pomagających ubogim”.

Z WYSTĄPIENIA PRZEWODNICZĄCEGO NOWOTARSKIEJ POWIATOWEJ RADY NARODOWEJ, LEONA LEI, NA PLENUM WRN W KRAKOWIE W DNIACH 05 – 26 MARCA 1946 R. – KOMENTARZ DO LIKWIDACJI 4 OSÓB W GRONKOWIE (osoby te za uprawianie działalności rabunkowej zostały z wyroku „Ognia” zastrzelone w końcu grudnia 1945 r – przyp. GW)

„I w tym wypadku społeczeństwo nie ustosunkowało się negatywnie do mordu, bo pomordowani to byli przeważnie złodzieje. Chłopi tamtejsi musieli sypiać w stajni, bo im ginęły owce, konie i krowy. W ten sposób utworzyła się legenda, że „Ogień” robi porządek”.

WSPOMINKI

Dodajmy do tego garść cennych retrospekcji, dotyczących tamtych czasów.

ZE WSPOMNIEŃ PIERWSZEGO SEKRETARZA KOMITETU POWIATOWEGO PPR W NOWYM TARGU JANA PÓŁCHŁOPKA (OD 1947 R. JAKO JANUSZ KORCZYŃSKI):

„Najgroźniejsze było to, że banda „Ognia” miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie”.

ZE WSPOMNIEŃ EUGENIUSZA WOJNARA – INSTRUKTORA PROPAGANDY W KOMITECIE POWIATOWYM PPR W NOWYM TARGU:

„Miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa w ogóle istnieje, wszak na tym terenie faktycznie nie liczyła się, nie była odczuwalna, na każdym roku dawało o sobie znać reakcyjne podziemie. Górale nie wywiązywali się z obowiązków wobec państwa, np. do odbycia służby wojskowej zgłosiło się zaledwie 5% poborowych.(…) nie było mowy o tym, by rozszerzyć szeregi partii, utworzyć w terenie nowe jej komórki”.

Jak pięknie, niczym wspaniała pośmiertna laudacja na cześć „Ognia”, brzmią przywołane słowa etatowego komunistycznego propagandzisty: „miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa istnieje”. Ich dopełnieniem niech będzie wypowiedź innego działacza komunistycznego, z Zakopanego, który na naradzie aktywu wojewódzkiego PPR przeprowadzonej 12 października 1946 r. sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: „Partia w konspiracji”. Trudno o lepszy dowód na istotny wkład „Ognia” i jego żołnierzy w obronę wolności.

UKŁON W STRONĘ IGNORANCJI

Pamiętając o silnie rozpowszechnionym w naszych czasach infantylizmie, zastrzegam, choć niechętnie, świadom, że czynię tym ukłon w stronę ignorancji, że nie jest moim zamiarem budowanie idyllicznego obrazu partyzantki prowadzonej przez „Ognia”. Wspominam o tym, gdyż głosy w obronie faktografii, a za jeden z nich uznaję niniejszy tekst, traktowane są bardzo często jako obliczone na wzmacnianie pozytywnej legendy „Ognia”, i pod tym pretekstem deprecjonowane. Nie o legendę chodzi, podkreślam, lecz o to jak naprawdę było. Oczywiste jest, że w kilkusetosobowym uzbrojonym zespole ludzkim, funkcjonującym w realiach stałego zagrożenia i napięcia, a z biegiem czasu z coraz mniejszymi nadziejami na zwycięstwo, znajdą się jednostki niegodne miana partyzanta. Trudno zresztą wskazać, i reguła ta dotyczy także okresu okupacji niemieckiej, duże zgrupowanie oddziałów leśnych, działające przez kilkanaście miesięcy, operujące na rozległym terenie, którego historia była wolna od takich osób. Kto twierdzi inaczej, odrywa się od prawdy życia. Istotne dla oceny danego oddziału leśnego jest nie to czy jednostki takie znalazły się w jego szeregach, lecz w jaki sposób do ich przestępczych działań odnosiło się dowództwo – czy je tolerowało, czy zwalczało. Jeśli chodzi o „Ognia” to z zachowanych dokumentów jednoznacznie wynika, że poczynań takich nie tolerował, a jego podkomendny, który dopuścił się czynu sprzecznego z dyscypliną wojskową, w szczególności czynu o charakterze kryminalnym, musiał się liczyć z jak najdalszymi konsekwencjami – niezależnie od pozycji jaką zajmował w strukturach zgrupowania. Wystarczy przypomnieć, że z takich właśnie powodów z rozkazu „Ognia” został rozstrzelany jeden z dowódców 1 kompanii zgrupowania, dezerter z LWP, „Roman”. Oczywiście „Ogień” nie zawsze dysponował wystarczającą wiedzą o okolicznościach danego zdarzenia, stąd też nie wszystkich winowajców ze swoich szeregów mógł ukarać, ale nie ma wątpliwości, że o dyscyplinę w oddziałach zgrupowania bardzo dbał i tego samego wymagał od dowódców podległych mu grup. Wspominałem już o warunku koniecznym dla prowadzenia działań partyzanckich, jakim jest poparcie ludności. Oddział pozbawiony wewnętrznej dyscypliny na taką przychylność nie miałby szans. „Ogień” to doskonale rozumiał. Oddajmy na chwilę głos temu kontrowersyjnemu dowódcy.

W liście z dnia 8 sierpnia 1946 r. skierowanym do Henryka Głowińskiego „Groźnego”, dowódcy jednego z podległych mu pododdziałów, napisał: „Dowódca jest odpowiedzialny za każdy czyn popełniony przez strzelców. Rozkazy dowódcy muszą być wykonywane sumiennie i sprawiedliwie (…) Bandy rabunkowe likwidować bez pardonu. Pamiętać o opinii oddziału”. Z kolei w rozkazie „Ognia” adresowanym do innego dowódcy pododdziału zgrupowania czytamy: „Partyzantka nie jest po to, aby wyładować własną kieszeń, tylko [jest to –przyp. GW] praca z poświęcenia dla idei”.

SŁOWO NA TEMAT IDEI

Skoro doszliśmy do idei, to przez chwilę przy niej zostańmy.

„Ogień”, ten tak bardzo kontrowersyjny dowódca partyzantki antykomunistycznej na Podhalu, w liście do Bolesława Bieruta, datowanym na 14 listopada 1946 r., napisał:

„Oddział Partyzancki Błyskawica walczy o wolną, niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony”.

Bardzo to wszystko kontrowersyjne, oj bardzo.

MORDERCA ŻYDÓW

Spory wokół „Ognia” są związane także z oskarżeniami jego osoby o mordowanie Żydów. Miałem już okazję o tym pisać.

CZYTAJ TAKŻE: OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA,  CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO PAMIĘĆ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI

Przypomnę zatem tylko, że historykom znana jest sprawa dowódcy oddziału podziemia akowskiego i poakowskiego (pozostającego poza strukturą dowodzoną przez „Ognia” – przyp. GW), który po zakończeniu działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch żydowskich kupców. Za ten czyn, popełniony na tle rabunkowym, otrzymał on od „Ognia” wyrok śmierci, i wyrok ten został przez podkomendnych „Ognia” wykonany. Jego wspólnicy w tej zbrodni w strachu przed partyzantami „Ognia” uciekli z terenu Podhala. Nawet po śmierci „Ognia” bali się tam wrócić. Ich lęk był uzasadniony - oni również zostali przez „Ognia” skazani na karę śmierci, a następca „Ognia”, „Mściciel”, uznawał te wyroki za obowiązujące. To raczej dziwne zachowanie - mam na myśli działania podjęte w tej sprawie przez „Ognia” - jak na człowieka mordującego Żydów. „Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany” - powiedział wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski „Herkules”, adiutant „Ognia”. Według mnie miał rację. Na terenie objętym działalnością oddziałów „Ognia” przebywały wówczas setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u podnóża masywu Turbacza, czyli matecznika „Ognia”. Nowy Targ i inne okoliczne miejscowości, w których przebywali Żydzi, nie jeden raz były miejscem zbrojnych wystąpień partyzantów „Ognia”. Nigdy jednak nie doszło tam z polecenia „Ognia” do żadnej akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Natomiast bez względu na ich pochodzenie ginęli z rozkazu „Ognia” funkcjonariusze UB, konfidenci, szczególnie szkodliwi lokalni aktywiści komunistyczni i złodzieje. Należy w tym miejscu wspomnieć dwa zdarzenia, które w kontekście oskarżeń „Ognia” o mordowanie Żydów przywoływane są najczęściej. 20 kwietnia 1946 r. kilkudziesięcioosobowy oddział zgrupowania „Ognia” miał zaatakować siedzibę PUBP w Nowym Targu. Na przedmieściach miasta partyzanci zatrzymywali przejeżdżające samochody. Kierowca jednego z nich nie zareagował na wezwanie do zatrzymania się, a z auta w kierunku partyzantów posypały się strzały. Ci odpowiedzieli ogniem. Doszło do nieplanowanej przez „ogniowców”, krótkiej walki. Wszyscy pasażerowie auta - sześć osób – zostali zabici. Byli pochodzenia żydowskiego, ale przecież nie z tego powodu zginęli. Niespełna dwa tygodnie później, w nocy z 2 na 3 maja 1946 r., kilku podkomendnych „Ognia” przebywających wówczas w Krościenku otrzymało informację o ciężarówce wojskowej, która zatrzymała się pod miasteczkiem. Postanowili wyjaśnić skąd się tam wzięła. Na miejscu okazało się, że podróżuje nią dwudziestu pięciu Żydów i że czekają oni na przerzut przez zieloną granicę. Miał ich przez nią przeprowadzić wspominany już przeze mnie człowiek, który za obrabowanie i zabójstwo dwóch żydowskich kupców został  później z wyroku „Ognia” zastrzelony. Wiadomo, że na wezwanie partyzantów osoby podróżujące ciężarówką zeszły z auta i wyszły na drogę, gdzie miały zostać wylegitymowane i skontrolowane czy nie mają broni. Podczas przeprowadzanego w ciemnościach przeszukania padły strzały. Ogień z broni długiej otworzyli dwaj partyzanci. Nie wiemy co nimi powodowało. Przeszukiwani nie byli uzbrojeni, w każdym razie nic na ten temat nie wiadomo. Zginęło wówczas jedenaście osób, siedem zostało rannych, siedmiu innym udało się uciec. Motyw rabunkowy należy wykluczyć – ani zabici, ani ranni nie zostali obrabowani. Czy zginęli dlatego, że byli Żydami? Wątpię. Jeżeli przyjąć, że zabito wtedy z tego powodu jedenaście osób, to dlaczego z tej samej przyczyny nie dobito rannych, lecz pozostawiono ich przy życiu? Przyjęcie antysemityzmu za motyw opisywanych zdarzeń nie daje przekonywującej odpowiedzi na to pytanie. Tak czy inaczej całkowitą odpowiedzialność za tę tragedię ponoszą ci dwaj partyzanci, którzy wówczas otworzyli ogień do nieuzbrojonych ludzi. Wiadomo, że o wydarzeniach pod Krościenkiem „Ogień” dowiedział się post factum. Natomiast nie wiemy w jaki sposób zostało mu ono zrelacjonowane, a zwłaszcza jak przedstawiono mu moment, który zadecydował o użyciu broni. Możemy tylko domniemywać, że wersja, którą „Ogień” uznał za prawdopodobną czy odpowiadającą rzeczywistości nie uzasadniała rozstrzelania sprawców tej tragedii; warto pamiętać, że „Ogień” nie dysponował więzieniami, zatem tylko taka kara wchodziła w grę. Pamiętajmy również o tym, że często przywoływany, rzekomy zapisek z dziennika „Ognia” mający dotyczyć tych wydarzeń - „Witaj majowa jutrzenko! W nocy samochód z Żydami. Mieli być przeprowadzeni przez granicę. Przed Krościenkiem do rowów. Salci krzyczy: Panie Ogień, taką nieładną demokrację Pan robi. Ucięto język.” - jest wymysłem Władysława Machejka, komunisty parającego się pisarstwem, autora książki „Rano przeszedł huragan”, będącej ubranym w formę powieści paszkwilem na temat „Ognia”. Powtórzmy na zakończenie tego wątku: nie ma podstaw, aby twierdzić, że kiedykolwiek z rozkazu „Ognia” doszło do akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Z rąk podkomendnych „Ognia”, wskutek akcji wymierzonych przeciwko funkcjonariuszom UB, konfidentom i szczególnie szkodliwym lokalnym aktywistom komunistycznym, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak , że „Ognia” cechował antypolonizm czy, że dążył on do wygubienia narodu polskiego. Podobnie rzecz ma się z zaangażowanymi w system komunistyczny towarzyszami pochodzenia żydowskiego, którzy zginęli z rozkazu „Ognia”.

MORDERCA SŁOWAKÓW

Kolejny katalog oskarżeń pod adresem „Ognia” zawiera się w słowie „Słowacy”. Z rąk podkomendnych „Ognia” zginęło kilka osób tej narodowości, a pododdziały zgrupowania niejednokrotnie dokonały rekwizycji żywności na słowackich wsiach. To wszystko prawda. Tyle że warto te informacje umieścić w szerszym kontekście historycznym. Podczas II Wojny Światowej Słowacja była w sojuszu z państwem Adolfa Hitlera. Żołnierze słowaccy u boku swoich niemieckich towarzyszy broni o świcie 1 września 1939 r. zaatakowali Polskę. Chwilę później urządzili paradę zwycięstwa w Zakopanem. Część terenów polskiego Spisza i Orawy znalazła się pod okupacją słowacką. Podjęto tam szereg działań wymierzonych w ludność polską. W 1945 r. konflikt graniczny ze Słowakami ponownie nabrał dynamiki. Paradoksalnie, nawet w piśmiennictwie komunistycznym dostrzegano, że bandy „Ognia” miały zasługi w przywróceniu przedwojennego przebiegu tego kawałka granicy. Nieuprawnione przy tym jest twierdzenie, że „Ogień” zabijał Słowaków za narodowość. Gdyby tak było, to, mając na uwadze i intensywność działań jego zgrupowania, skala ofiar po stronie słowackiej nie byłaby mierzona liczbą pojedynczą, lecz sięgnęłaby kilkuset osób. Oczywiście dla Słowaków „Ogień” nie jest i nie będzie postacią zasługującą na dobrą pamięć. I perspektywę tę także można zrozumieć, ale też niekoniecznie należy przyjmować ją za własną.

UBEK

To jeszcze nie wszystko. Nie zapominajmy, że „Ogień” był ubekiem. W końcu przez trzy tygodnie - od 19 marca 1945 r. do 11 kwietnia 1945 r. – pełnił funkcję szefa PUBP w Nowym Targu. Ten epizod z jego życia jest często eksponowany, w celu wykazania jaka to z „Ognia” kontrowersyjna postać. - Karierę chciał za komuny zrobić, Panie, ubekiem został, ale poznali się na nim, to im uciekł w góry. Rzeczywiście ubekiem został, ale nie dla kariery tylko w ramach realizacji wytycznych Stronnictwa Ludowego, któremu jego oddział był podporządkowany. Koncepcja tej partii polegała wówczas na wprowadzaniu swoich ludzi w struktury organów władzy tworzonej przez komunistów na terenach opanowanych przez Sowietów. Z tego samego powodu wielu podkomendnych „Ognia” z okresu okupacji niemieckiej tworzyło na Podhalu struktury Milicji Obywatelskiej. Duża ich część zdezerterowała w kwietniu 1945 r., idąc wraz z „Ogniem” w góry i podejmując walkę z komunistami. Osoby zainteresowane szczegółami tego epizodu w życiu „Ognia” ponownie odsyłam do pracy Macieja Korkucia „Józef Kuraś „Ogień” Podhalańska wojna 1939 – 1945”. Zgromadzone przez jej autora, opublikowane i przeanalizowane tam dokumenty w sposób nie budzący wątpliwości pokazują, że „Ogień” działał zgodnie z wytycznymi swoich konspiracyjnych przełożonych. Od siebie dodam, że próby wchodzenia w tworzone wówczas struktury władzy komunistycznej były podejmowane przez czynniki niepodległościowe w różnych regionach kraju. Zawsze z takim samym skutkiem - po krótkim czasie okazywało się jasne, że to jest droga do nikąd. Dochodziło wówczas do dezercji całych obsad posterunków MO, których załogi odnajdywały się później w szeregach partyzantki antykomunistycznej. Przypadek „Ognia” i jego podkomendnych nie jest zatem odosobniony.

NA PRZEPADŁE

„Ogień”, jak wiadomo, zginął śmiercią samobójczą w Ostrowsku, we wsi bezpośrednio sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem. Warto wspomnieć, że zdrada nie wyszła od osoby, która działalność „Ognia” uznawała za kontrowersyjną. Dwóch braci osoby, która miejsce postoju „Ognia” wskazała bezpiece siedziało wówczas w areszcie UB, a sam zdrajca był zagrożony aresztowaniem. Wydając „Ognia”, uratował i siebie przed więzieniem, i swoich braci - obaj zaraz po śmierci „Ognia” wyszli na wolność. W sumie i to postępowanie też można zrozumieć, jeśli tylko przyłożyć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej partyzancka epopeja „Ognia” znalazła swój finał w lutym 1947 r. Istnieje źródło dzięki któremu wiemy jak ten nader kontrowersyjny partyzant zachował się w ostatnich chwilach swojego życia. Niektórzy mówią, że człowiek w obliczu śmierci przeważnie zachowuje się tak, jak wcześniej żył. Ten pogląd jest odzwierciedleniem raczej prostej prawdy, że trudno jest siebie przeskoczyć, a na moment przed „codą” jest to szczególnie ciężkie. Wspomnianym źródłem wiedzy na temat postawy „Ognia” w jego ostatnich chwilach jest relacja jednego z uczestników tamtej walki w Ostrowsku, wówczas adiutanta „Ognia”, Stanisława Ludzi „Harnasia”. Dane mu było, mimo odniesionej rany, wyrwać się wtedy z matni. Co istotne, swoją relację „Harnaś” złożył w warunkach, które raczej nie sprzyjały budowaniu pozytywnego wizerunku „Ognia”, bo w toku śledztwa na UB. Aresztowany został w lipcu 1949 r., był wówczas dowódcą ostatniego oddziału antykomunistycznego podziemia zbrojnego walczącego w rejonie Gorców, działającego pod nazwą „Wiarusy” (komuniści skazali go na karę śmierci i zamordowali w więzieniu na Montelupich 12 stycznia 1950 r. – przyp. GW). Podczas przesłuchania w sierpniu 1949 r. „Harnaś” zeznawał na temat ostatnich chwil tak bardzo kontrowersyjnego dzisiaj dowódcy partyzanckiego w sposób następujący:

„(...) my w tym czasie zauważyli, że jesteśmy okrążeni przez wojsko. „Ogień” wtenczas powiedział do nas : chłopcy mamy zdradę ze swoich i ażeby mi się ani jeden nie poddał. Jak giniemy, to giniemy razem i jako bohaterzy w obronie Ojczyzny”.

WYSOKA CENA WYBORU

Józef Kuraś „Ogień”, nie widząc szans na przebicie się z okrążenia, strzelił sobie w głowę. Skonał, nie odzyskawszy przytomności, wkrótce po północy 22 lutego 1947 r. Swój wybór pójścia z systemami nieludzkimi „na udry, nie na pertraktacje”, opłacił życiem własnym, swojego ojca, żony, dwu i półrocznego synka a także jednego z braci. Zapłacił za niego również zmasowaną propagandą, przez dziesiątki lat szkalującą jego imię.

CZYTAJ TAKŻE: OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO PAMIĘĆ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI.

Nie ma swojego grobu – miejsce, w którym komuniści pogrzebali jego ciało  do dzisiaj pozostaje nieznane. I zapewne tak już pozostanie. W sprawie pogrzebania zwłok „Ognia” ówczesny kierownik Sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu, Kazimierz Jaworski, wyraził się jasno:

„Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.”.

PATRIOCI PEJZAŻU

Zbigniew Herbert został kiedyś poproszony o ocenę walki jaką „Ogień” prowadził z komunistami. Powiedział wówczas, że jego zdaniem „Kuraś był patriotą i nie mógł pogodzić się z tym gniotem, który nadszedł”. Poeta miał rację - Kuraś był patriotą. Warto tę myśl rozwinąć.

„Są trzy rodzaje patriotyzmu. Patriotyzm narodowy, patriotyzm doktryny i patriotyzm pejzażu. Narodowy interesuje się tylko ludźmi zamieszkującymi dany pejzaż, ale nie pejzażem. Doktrynalny ani ludźmi, ani pejzażem, tylko zaszczepieniem doktryny. Dopiero patriotyzm pejzażu(...)obejmuje całość, bo i powietrze, i lasy, i pola, i błota, i człowieka jako część składową pejzażu.(….). A jak ty wszystkim wronom każesz krakać pod batutą, czy liście na drzewach przykroisz w jeden wzór, to co zostanie z pejzażu?”

 

Widok z okolic bacówki Kurasiów. Polana Wachowa, okolice Bukowiny Waksmunkiej.Gorce. Fot. Michał Kuraś.

To, moim zdaniem, wielka mądrość. Jedna z wielu jakie zapisane zostały na kartach twórczości Józefa Mackiewicza, w mojej ocenie najwybitniejszego pisarza polskiego XX wieku. Jak jednak myśl ta ma się do historii „Ognia”? Dla tych, którzy poznali piękno Gorców i posiadają elementarną wrażliwość historyczną, relacja wzajemna jest pewnie dość oczywista. Ci, którzy nie mieli dotąd okazji podziwiać rozpościerającego się z Bukowiny Waksmundzkiej, zapierającego dech w piersiach widoku na Podhale,  zamkniętego u horyzontu majestatyczną koroną Tatr, zasługującego na miano symbolu swobody, przestrzeni i wolności, widoku, który na pewno był w „czasach nadaremnych” naturalnym wsparciem dla postaw oporowych wobec nieznośnie przecież dusznych i klaustrofobicznych systemów totalitarnych XX wieku, mających za cel sprowadzenie człowieka do roli śrubki w trybach ideologicznej machiny, mielącej ludzką godność i kręgosłupy, mogą zależności tej nie pojąć. Im to dopowiem, że Józef Kuraś „Ogień” i jego podkomendni byli po prostu patriotami pejzażu. Nie chcieli dać się „przykroić w jeden wzór”, tak znakomicie sprawdzający się zwłaszcza podczas wszelakich uroczystości z okazji 1 maja, 22 lipca i innych ważnych świąt władzy ludowej, hucznie i masowo obchodzonych, pod sympatyczną, choć czujną, batutą funkcyjnych towarzyszy, przez miliony naszych rodaków w okresie Polski Ludowej. Patrioci pejzażu. Takimi Ich widzę.

Mam nadzieję, że ten skromny tekst pozwoli niektórym z Was, szanowni czytelnicy, lepiej zrozumieć źródła kontrowersji wokół postaci „Ognia”, i tę głęboką niechęć jaką wywołała u niektórych wiadomość o postawieniu w masywie Turbacza pomnika mającego formę symbolicznej partyzanckiej mogiły, u której podnóża, w kamieniu, wykuto między innymi imię, nazwisko i pseudonim tego dzielnego człowieka. Człowieka, który dla sprawy wolności poświęcił dosłownie, nie w przenośni, wszystko co było mu drogie, a o którym przeciętny nasz rodak jeśli cokolwiek wie, to jedynie, że to jakaś bardzo kontrowersyjna postać.


PS. 12 sierpnia 2012 r., podczas uroczystości odsłonięcia pomnika w masywie Turbacza, Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów partyzantki antykomunistycznej, powiedział:

„dziś „Ogień” powrócił w Gorce”.

Długo przyszło na to czekać. Ponad sześćdziesiąt pięć lat.

Grzegorz Wąsowski

 

Od redakcji: polecamy poprzednie eseje Grzegorza Wąsowskiego. Znajdziecie je Państwo tu.

OBEJRZYJ TAKŻE: A jednak Polska o nich nie zapomniała! Zobacz galerię zdjęć z odsłonięcia pomnika mjra Józefa Kurasia „Ognia” oraz jego żołnierzy

O rodzinie Kurasia dziś przeczytasz tu: Prezydent Gdyni wspiera festiwal o Żołnierzach Wyklętych, a prezydent Gdańska - walczy jak lew o Lenina na bramie Stoczni

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...