Dziś w Sejmie odbywa się posiedzenie zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, w którym bierze udział 30 kolejnych, niezaangażowanych dotychczas w bliską współpracę z Antonim Macierewiczem rodzin ofiar katastrofy. Na posiedzeniu zespołu jest także reporter portalu wPolityce.pl.

CZYTAJ WIĘCEJ: Rodziny smoleńskie przerywają milczenie. Kolejne osoby włączają się we współpracę z zespołem Antoniego Macierewicza

Prezentujemy wypowiedź Janusza Walentynowicza z posiedzenia zespołu ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej:

To co mogę zrobić to opisać, jak do tego doszło. Byliśmy jedną z ostatnich rodzin, które brały pod uwagę ekshumację ciał. Byliśmy przekonani, że to jej ciało. Mamę rozpoznałem natychmiast (to było trzecie ciało, które mi okazano). Ciało było w całości. Poza zerwanym pieprzykiem nie było żadnych ran. Wyglądało jakby mama drzemała. Była przed sekcją. Nie było żadnych śladów sekcyjnych na ciele mamy.

Chcę podziękować lekarzom - rosyjskim i polskim.

Na początku lipca, po niemal 2,5 roku dostaliśmy wezwanie do zapoznania się z dokumentacją, która przyszła z Moskwy. Musieliśmy podpisać klauzulę tajności. To był swoisty szantaż: podpiszecie, to zobaczycie - nie to nie...

W momencie, gdy zaczęliśmy czytać pierwsze strony – już wiedzieliśmy, że dokumentacja nie dotyczy mojej mamy. Jeszcze w tym samym dniu złożyliśmy wniosek o ekshumacje.

3 września dostaliśmy podobne wezwanie do prokuratury. Tym razem spotkanie było techniczne. Tego dnia dowiedzieliśmy się, że 9 sierpnia prokuratura podjęła decyzję z urzędu o ekshumacji, bo im również coś się nie zgadzało.

17 września miała być ekshumacja w Gdańsku na cmentarzu Srebrzysko. Jak to było – wszyscy wiedzą. Po wydobyciu trumny – pojechaliśmy do Bydgoszczy. Tam miała być częściowa sekcja – i tomograf. Dzień później zaplanowano ekshumację Teresy Przyjałkowskiej-Walewskiej. Ponieważ komputer odmówił współpracy – ciało pojechało do Krajkowa, a my na drugą ekshumacje.

W Krakowie – oba ciała zostały poddane badaniu przez tomograf. W konwoju ruszyliśmy na dodatkowe zdjęcia rentgenowski.

Ciało z Gdańska było poddawane sekcji jako pierwsze. Rozpakowano je z worka. Już wiedziałem,że to nie jest moja mama. Potwierdził to wieczór, gdy zakończono sekcje i znaleziono w ciele organy, których być tam nie powinno. Mama miała je usunięte...

Oba ciała były w bardzo dobrym stanie. Na drugi dzień była sekcja z grobu warszawskiego. W tym ciele sporo rzeczy się zgadzało. Natomiast ciało nie miało twarzy...

Relację uzupełniał Piotr Walentynowicz:

Ciało w Warszawie nie posiadało twarzy, czaszki – zgadzały się jakieś blizny. Tylko dlatego czekaliśmy na potwierdzenie badań DNA. Po tygodniu wróciliśmy po ciało. Odbył się drugi pogrzeb.

Janusz Walentynowicz kontynuował swoją wypowiedź, bardzo krytycznie oceniając działania i pomoc ze strony rządzących:

Parę razy próbowaliśmy się przebić przez to co mówił Seremet. Jego słowa były traktowane jak słowa guru.  Strasznie zawiodłem się co do działania organów państwa. Nie mam dziś pewności, ze badania wyników DNA są takie jakie są. Widać, że komuś bardzo zależy na tym, żeby sprawa nie znalazła wyjaśnienia. Nie mówię, że badania zostały sfałszowane, ale czy informacja jaka została przekazana do wiadomości publicznej jest prawdziwa – nie wiem. Moją mamę niezależnie ode mnie rozpoznali ludzie, z którymi nie jestem spokrewniony. Oni znali ją z telewizji, ale od razu powiedzieli, że to jest Pani Walentynowicz. Dlatego to co mówi Prokurator Sermet jest dla mnie niepojęte

- mówił.

Już wkrótce na portalu wPolityce.pl zamieścimy szczegółową relację z dzisiejszego posiedzenia zespołu parlamentarnego.

ansa