Ciała zostały pomylone. To już niestety wiemy. Żenująca propaganda większości dużych mediów może odnieść jedyny skutek w postaci odwleczenia uświadomienia sobie tego przez niektórych.

Rodziny nie wiedzą, kto leży w ich grobach, nie wiedzą, gdzie leżą ich bliscy.

Środa, 19 września jest tak samo ważnym dniem, jak ujawnione 16 stycznia stenogramy z rozmów czarnej skrzynki, które dowiodły, że gen. Błasika nie było w kokpicie.

Skandal z ciałami ofiar rzuca kolejny poważny cień na całą wierchuszkę władzy i wojskowej prokuratury.

Kto pozwolił na to, by nie było wiadomo, jakie ciała, w jakim stanie, są wkładane do jakich trumien? Gdzie były wówczas służby MSZ? Gdzie była Ewa Kopacz? Gdzie był Tomasz Arabski – wielki strażnik zamkniętych trumien?

Co się działo w prokuraturze wojskowej 10 i 11 kwietnia? Dlaczego pierwszy wniosek o pomoc prawną do Rosji, dotyczący m.in. sekcji zwłok, przygotowany 10 KWIETNIA, został wysłany dopiero 11 z powodu… No właśnie, jakiego?

10 lutego Krzysztof Parulski na posiedzeniu sejmowej komisji obrony mówił:

Wylądowaliśmy w Smoleńsku w nocy, tak naprawdę wniosek o pomoc prawną był napisany, a przecież byliśmy tam po to, aby realizować wniosek o pomoc prawną strony polskiej, jednak nie został jeszcze przesłany faksem stronie rosyjskiej. A więc wszystko, co czyniliśmy, to były wstępne ustne uzgodnienia, które miały nam zapewnić niejako możliwość jak najbardziej skutecznego działania w interesie Polski.

Zabrakło człowieka do obsługi faksu? Czy może faks się zepsuł? Tak, jak zepsuły się serwery w MSZ kilkanaście godzin wcześniej – przed katastrofą (na marginesie – do dziś nie wiemy, co było przyczyną tej poważnej awarii).

Fakty chronologicznie przedstawiają się tak:

- Polscy medycy sądowi (pod przewodnictwem prof. Karola Śliwki) godzinę po katastrofie informują prokuraturę o gotowości wyjazdu do Smoleńska i przeprowadzenia sekcji zwłok. Prokuratura milczy.

- W ciągu dnia prokuratura wojskowa sporządza wniosek o pomoc prawną dotyczący m.in. przeprowadzenia sekcji zwłok. Wniosek jest przetrzymywany.

- Ewa Kopacz późnym wieczorem zaczyna kompletować ekipę specjalistów, z którą następnego dnia wyleci do Moskwy (m.in., by uczestniczyć w sekcjach). Nie uwzględnia grupy prof. Śliwki.

- Prokuratorzy wojskowi w Smoleńsku od śledczych rosyjskich dowiadują się, że sekcje – bez udziału strony polskiej – trwają i niebawem zostaną zakończone. Nie reagują.

- Grupa Ewy Kopacz ląduje w Moskwie. Na miejscu dowiaduje się, że sekcje zostały zakończone.

- Prokuratura wysyła do Rosji faks m.in. z prośbą dotyczącą sekcji.

Wnioski każdy może wyciągnąć sam.

Po 29 miesiącach zbieramy żniwo tamtej sekcyjnej obstrukcji. Okazuje się, że ciała w grobach najprawdopodobniej są pomylone. Rosyjskim dokumentom sekcyjnym wierzyć nie można. Polskiej prokuraturze też już nie, bo to ona zlekceważyła podstawową czynność w śledztwie.

Kolejna rodzina – tym razem Anny Walentynowicz – domaga się więc uczestnictwa w sekcjach dodatkowego eksperta z zagranicy, Michaela Badena. Podobnie jak w przypadku Przemysława Gosiewskiego i Janusza Kurtyki, wojskowi śledczy nie zgadzają się. Płk Szeląg traktuje rodzinę z buta, mętnie się tłumacząc, że nie ma obowiązku przychylać się do takiego wniosku.

I to jest niewyobrażalne. Człowiek, który OSOBIŚCIE pozwolił Rosjanom, na co tylko zechcieli, teraz ma czelność odmawiać rodzinie prawa do powołania własnego eksperta. KAŻE ufać sobie i biegłym przez siebie wyznaczonym.

Ale do zaufania nie da się nikogo zmusić. W ten sposób tylko potęguje się nieufność.

Na wczorajszym posiedzeniu zespołu parlamentarnego Andrzej Melak ujawnił, że w czerwcu usłyszał od prokuratorów, iż zgodzą się na udział w sekcji jego brata amerykańskiego eksperta. Po wtorkowej wypowiedzi płk. Szeląga, na miejscu przewodniczącego Komitetu Katyńskiego nie spodziewałbym się dotrzymania tego słowa. Pułkownik butnie stwierdził, że nie było merytorycznego uzasadnienia wniosku rodziny. I że za granicą jest mnóstwo ekspertów (równie dobrych, co polscy), co nie znaczy, że mają być powoływani w polskim śledztwie.

Skompromitowani prokuratorzy nie mają prawa odmawiać rodzinom powołania ich eksperta. Nie tego literalnego, ale moralnego. Po prostu nie mają prawa.

Zastanawiam się, czy jest możliwe takie skręcenie sprawy, by z badań genetycznych wyszło, że na Srebrzysku jednak pochowano Annę Walentynowicz. Mając w pamięci umieszczenie gen. Błasika w kokpicie, można spodziewać się wszystkiego.

Skoro z generałowej zrobiono wdowę ślepą na prawdę o pijanym mężu, to z syna i wnuka „Anny Solidarność” można będzie zrobić oszołomów, którzy nie wiedzą, co mówią i nie są w stanie rozpoznać swoich najbliższych krewnych.

Tu wszystko jest możliwe.

CZYTAJ TAKŻE: „Haraszo” – powiedzieli polscy prokuratorzy na samodzielne rosyjskie sekcje. I co pan na to, panie premierze? I co pani na to, pani marszałek?