Będziemy o naszych decyzjach w sprawie „Rzepy” i „Uważam Rze” rozmawiać z czytelnikami. Decyzje po Wszystkich Świętych

Piotr Zaremba przed redakcj "Rz" i "Uwaam rze". Fot. wPolityce.pl
Piotr Zaremba przed redakcj "Rz" i "Uwaam rze". Fot. wPolityce.pl

Zacznę od najprostszej deklaracji: o swoich decyzjach i wyborach: gdzie pisać i co pisać, zamierzam rozmawiać z czytelnikami. Maksymalnie szczerze.

Nie przekonują mnie uwagi o „prawach właściciela” i „korporacyjnym ładzie”: Wypowiadanie swoich sądów w gazecie nie jest taką samą komercyjną działalnością jak produkowanie gwoździ. A kilka tysięcy listów od Państwa, to wyraz zaufania dużo ważniejszy niż zaufanie najbardziej zwycięskiego w danej chwili wydawcy czy obdarzonego największymi uprawnieniami naczelnego.

Piszę to, bo rozpętano przeciw naszej powściągliwej, wręcz dyskretnej obronie prawa do pisania w miejscu, które uznajemy za wolne i przyjazne, zdumiewającą kampanię. Była ona oparta na fałszu. Autorzy sugerujący, że wydawca nie miał innego wyjścia jak zmienić naczelnego bronionego przez swoich dziennikarzy, nie piszą prawdy. Napisaliśmy swój list w momencie, kiedy już wiedzieliśmy, jakie są zamiary Grzegorza Hajdarowicza, co chce zrobić z Pawłem Lisickim i kogo typuje na jego następcę. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że gdyby nie nasz opór, kurs na całkowitą zmianę wszystkiego byłby jeszcze twardszy. Wyjaśniam to zwłaszcza tym, którzy narzekają na nasz rzekomy radykalizm w dobrej wierze.

Przy okazji staliśmy się przedmiotem czegoś, czego nawet ja, widzący jak zmieniają się w Polsce media, a pamiętający i dawne medialne bitwy lat 90. nie byłem sobie w stanie wyobrazić. Na stronie Wyborcza.pl przeczytałem komentarz Adama Leszczyńskiego (skądinąd podobno społecznego wrażliwca), który nie tylko próbował nas przekonać do prawie feudalnej wizji relacji dziennikarz-wydawca. Pan Leszczyński podjął się niewdzięcznego zadania wytłumaczenia panu Hajdarowiczowi, że kilku publicystów „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” to obciążenie dla niego i jego firmy.

CZYTAJ: Zapamiętajmy to nazwisko i ten tekst. Adam Leszczyński z "GW" chwali pacyfikację redakcji "Rz" i z całą mocą potępia warchołów

Ponieważ Leszczyński „leciał po nazwiskach”, miałem nieodparte skojarzenie, które tak lubią dziennikarze „Wyborczej”. Autorzy, którzy słyszeli z ekranów telewizora w roku 1968 z ust Władysława Gomułki, że nie powinni pisać w socjalistycznej ojczyźnie, nie czuli się chyba lepiej.

Pora przejść do konkluzji. Ci co za pośrednictwem portalu wPolityce.pl pisali do nas z wyrazami sympatii, mają prawo wiedzieć, co będzie dalej. Rozumiem najgłębszą nieufność i sceptycyzm. Jeśli skarb państwa od kilku lat odmawiał sprzedaży państwowych udziałów Anglikom (którzy nie chcieli zmienić naczelnego „Rzepy), a teraz nie odmawia polskiemu kapitaliście, który tego naczelnego zmienia, wnioski nasuwają się same.

Z drugiej strony ten nowy właściciel chce podobno nadal wydawać tygodnik, który różni się od wszystkich pozostałych, może więc być dobrym interesem. Zapewnia, że nie będzie w niego ingerował. Jego tymczasowym szefem ma być odwołany przez niego Paweł Lisicki. Czy intencje właściciela są szczere? Nie mam pojęcia. Co jest na nie testem? Wydawanie kolejnych numerów.

Na pierwszym spotkaniu z panem Hajdarowiczem  powiedziałem mu, że mamy dziś swoisty pat. My może i jesteśmy obciążeniem dla niego, niech będzie. Ale i on jest obciążeniem dla nas. Jako właściciel pisma Grzegorz Hajdarowicz wzbudzi, już budzi obawy naszych czytelników czy to jest aby „ten sam” tygodnik.

Takie pytania padają już dziś w Internecie. Czasem jest to podejrzliwość przesadna. Bo jeśli ktoś głosi, całkowicie kłamliwie, że już od kilku miesięcy pisaliśmy pod nowego wydawcę, to dlaczego nasi czytelnicy nie zagłosowali nogami? Dlaczego wciąż nas lubią, to wynika z wyników sprzedaży. Dlaczego nas w tych ostatnich ciężkich tygodniach bronili?

Jest jedna droga aby sprawdzić, jaki jest zakres naszej dziennikarskiej wolności: sięgnąć po najbliższe numery i się przekonać. To jest prowizoryczny eksperyment i on się nie uda bez Państwa. Jeśli zagłosujecie nogami, czy raczej portfelami, na „nie”, to nie będzie po co dalej bawić się w wydawanie „Uważam Rze”. Ale zróbcie to w oparciu o lekturę, a nie same tylko wrażenia i plotki.

To eksperyment trudny i budzący wątpliwości u wszystkich. Ale może warto go spróbować żeby pan Leszczyński i ci co opublikowali jego komentarz nie mieli poczucia, że tak łatwo wygrali.

Inną sprawą jest „Rzeczpospolita”. Zmiana naczelnego jest w tej redakcji wyraźną zmianą linii. Nie chcę się wdawać w absurdalną debatę, czy Lisicki odniósł sukces rynkowy czy klęskę. Straty z ostatniego roku to wyraz kłopotów rynku medialnego, głównie spadku reklam, dotykającego wszystkich. Lisicki był naczelnym od 2006 roku i wcześniej za jego rządów, także w roku 2010,  ta firma miała zyski. I odpierała kolejne ataki, choćby wchodzącego na rynek „Dziennika”. A jeśli z „porażki” rozlicza go przedsiębiorca utrzymujący od ponad roku  dychawiczny „Przekrój”, który już za jego rządów nadal leci w dół, to o czym my właściwie mówimy? Jeśli ktoś chce dziś stabilnych korzyści porównywalnych np. z rynkiem sprzedaży cementu, powinien unikać rynku mediów jak ognia.

Zmiana naczelnego jest w każdym razie w tej redakcji wyraźną zmianą linii. To Lisicki był liberalnym konserwatystą czującym tematykę, która w moim przekonaniu jest dla współczesnej debaty bodaj czy nie najważniejsza: problem wartości, zagrożonej kultury, także i sporu o kształt Europy. Zastąpił go Tomasz Wróblewski, z którym pracowałem kiedyś w „Newsweeku”. Jest to człowiek w moim  przekonaniu niezależny od obecnego rządu. Ale ma inne poglądy niż większość z nas, a jego deklaracja nie podejmowania polemik z gazetami „lewicowymi” może budzić obawy, że „Rzepa” pogrąży się w majestatycznej izolacji. Nasz przeciwnik nie ma żadnych oporów aby okładać nas dzień w dzień po głowach. Nawet nie kijem, a kłonicą.

Do tego dochodzi kontrowersyjne co najmniej stwierdzenie o wyższości indywidualizmu nad wspólnotą. Nie zgadzam się z nim, a poczucie, że polskość i naród są ważne, wyróżniały redakcję „Rz” pod kierownictwem Lisickiego.

Ta wyraźna zmiana linii stawia każdego komentatora „Rzeczpospolitej” przed pytaniem, czy to nadal jego gazeta. Ja zacznę rozmowę na ten temat od wymiany zdań z nowym naczelnym – bo takie są dobre obyczaje. Ale podejmę decyzję bardzo szybko: zaraz po Wszystkich Świętych.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...