Jak się dowiedzieliśmy, Wojciech Pomorski, prezes Polskiego Stowarzyszenia „Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech” zaangażował się w sprawę niemieckich czytanek i zapowiedział złożenie powiadomienia do niemieckiej prokuratury o tzw. „Volksverhetzung” – czyli nawoływanie do nienawiści rasowej. Dostaliśmy również list, od matki 12-letniego chłopca w sprawie komentarzy pod naszym tekstem. Oto on:

Zdaje sie, że to niewybaczalne zaniedbanie, że przed rozpoczęciem roku szkolnego nie studiuję wszystkich tekstów źródłowych, których fragmenty zawierają podręczniki i ćwiczenia dziecka. Wiem już, że tekst pochodzi z opowiadania „Ben kocha Anne” i podobno z czasem Benowi odmieniają się spostrzeżenia co do Anny. Ale tu nikt nie żądał najpierw opowiadania do czytania, nikt nie przygotował dziecka na taki tekst, zadanie domowe bez komentarza, z którym dziecko pozostaje samo, tylko wyrwał kilka zdań, które zawierają prostą informację, a jeśli ktoś tej prostej informacji nie rozumie, to trudno, niektórym trudno opanować tabliczkę mnożenia. Można byłoby mi zarzucić po przerobieniu całego opowiadania w szkole, że się czepiam fragmentów. Ale tu mamy tylko fragment. Zakładam, że to opowiadanie jest jednym z najcenniejszych klejnotów literatury niemieckiej dla dzieci i młodzieży i nie sposób po prostu skomponować podręcznika nie przytaczając choćby jednego fragmentu.

I nawet jeśli ktoś teraz chciałby to naprawiać (a na razie nie widać takich ruchów), to i tak przekaz podprogowy zostaje – łańcuch prostych skojarzeń – staromodna sukienka – pociąga nosem -warkoczyk – Polka. Obrzydliwe. Dżinsy są super. Nauczycielka sprawdziła zadanie i już. Minęło kilka dni. Prawdopodobieństwo, że wśród dzieci korzystających z książki może znaleźć sie Ania z Polski w sukience i z warkoczem nie jest małe. Jaśnie oświeceni komentatorzy z ogromną swadą i znawstwem tematu ferują wyroki i wiedzą z zasady lepiej, no dobrze. Może i w Polsce pisze się w szkole podstawowej dyktanda o tym, jak beznadziejne i dziwaczne bywają dzieci z innych krajów i nikt nie dostrzega w tym nic dziwnego.

Gdybym się z tym spotkała, to zareagowałabym tak samo gwałtownie, bo byłoby mi wstyd, że w mojej Ojczyźnie dzieją się takie rzeczy. Może powinnam okazać wdzięczność, spójrzmy inaczej, jakże to, że jakaś smarkula z Polski gwiżdżąc na wszystko obnosi sie z sukienką (co, niby lepsza, jak my tu wszyscy w dżinsach), chce się pewnie wyróżniać lub odróżniać od chłopaków, przyjechali tu, a nie łapią o co chodzi, warkoczyki to były w średniowieczu, teraz modne dziecko używa żelu i lakieru, i jeszcze siaka nosem, nie ma chusteczki czy co. Z litości choćby, dla jej własnego dobra trzeba ją szybko wstawić do szeregu. Czy ktoś chce czy nie, przekaz tych kilku zdań nie jest przyjazny, mówiąc najoględniej i dotyczy dziecka, któremu samemu trudno zabrać głos, tym bardziej ze nikt je o zdanie nie pyta. Mieszkam w Niemczech od wielu lat i przeżyłam niejedno. Ale dla mojego dziecka to w takiej formie pierwszy raz. Czy ostatni? Można oczywiście siedzieć cicho w imię świętego spokoju, lub bardzo starać się wtopić w otoczenie, to dość popularne rozwiązania. Ale nie dla mnie. Ludzie, jak widać, bywają różni – napisała Ewa, matka dyskryminowanego chłopca.

http://wpolityce.pl/artykuly/13475-dyskryminacja-polakow-w-niemieckich-podrecznikach