Nasz wywiad. Macierewicz o przełomie w śledztwie smoleńskim. "Piloci wciągnięci w pułapkę. Nie popełnili żadnego błędu"

Wysłuchanie publiczne na temat 10/04 w Brukseli. Fot. PAP
Wysłuchanie publiczne na temat 10/04 w Brukseli. Fot. PAP

Jak już pisaliśmy, niezwykle ważne informacje na temat polskiego dochodzenia w sprawie  tragedii smoleńskiej wytropił "Nasz Dziennik", który opisał wyniki eksperymentu polegającego na powtórzeniu na identycznym Tupolewie, jak ten, który rozbił się w Smoleńsku, kluczowych momentów lotu z 10 kwietnia 2010 roku.

Z ujawnionych przez gazetę informacji wynika, że eksperyment automatycznego odejścia na drugi krąg znad lotniska pozbawionego systemu naprowadzania ILS, przy włączonej dalszej radiolatarni, zakończył się powodzeniem.

Dlaczego to tak ważne? Bo nieoficjalnie wiadomo, że właśnie w decyzji pilota o automatycznym odejściu znad lotniska smoleńskiego, polscy eksperci, w tym. płk. Edmund Klich, chcieli widzieć główną przyczynę katastrofy. W tej wersji kapitan Arkadiusz Protasiuk po komendzie "odchodzimy" wcisnął przycisk mający spowodować automatyczne odejście. Ale ten system miał rzekomo działać tylko na lotniskach z systemem naprowadzania ILS. Na Siewiernym takiego nie było. I w tym właśnie leży - wywodzą niektórzy polscy eksperci - przyczyna tragedii.

Jak już wiemy - to nieprawdziwa teza. Piloci działali prawidłowo!

 

O ocenę tych informacji zapytaliśmy szefa Parlamentarnego Zespoły badającego wydarzenia  związane z 10 kwietnia 2010 roku – posła PiS Antoniego Macierewicza.

 

wPolityce.pl: Pułkownik Edmund Klich, szef Państwowej Komisji badania Wypadków Lotniczych  wielokrotnie mówił, że właśnie w tym momencie, kiedy piloci naciskają guzik automatycznego odejścia leży przyczyna tragedii. Tymczasem, jak się okazuje, przycisk powinien zadziałać. Trudno nadal bronić tezy o winie pilotów. Jaka jest Pana ocena tych doniesień?

Antoni Macierewicz: Zgadzam się w pełni z pułkownikiem Edmundem Klichem. Rzeczywiście w tym przycisku tkwi tajemnica tragedii smoleńskiej. Co do tego nie miałem wątpliwości już od dawna. Od momentu, kiedy zespół pana pułkownika Grochowskiego odczytał słowa zapisu z czarnej skrzynki, które Rosjanie sfałszowali.

 

Jakie to słowa?

Chodzi o stwierdzenie, padające na wysokości 100 metrów, jakie wypowiada kapitan Protasiuk – „odchodzimy". Tego nie było w rosyjskim stenogramie, a to ma dzisiaj kluczowe znaczenie. Na szczęście udało się odczytać. I już wtedy, w połowie grudnia 2010 roku wiedzieliśmy, że tragedia smoleńska nie była winą pilotów tylko działania sił trzecich czy osób trzecich.

Zespół Parlamentarny którym kieruje skontaktował się wtedy z pilotami TU 154 i uzyskaliśmy wgląd w materiały szkoleniowe dla pilotów tych maszyn. Mamy zresztą kopie strony z podręcznika, która dokładnie referuje iż przycisk „uchod" jest stosowany skutecznie także wtedy, kiedy nie ma ILS. Wtedy też wyprowadza samolot automatycznie, bez innych działań pilota. Jest to działanie nieporównanie szybsze i skuteczniejsze niż sterowanie ręczne.

 

Eksperyment z bliźniaczym Tupolewem to potwierdził?

Dokładnie. W pełni potwierdził to co było od dawna wiadome, ale było zalewane przez zwolenników wersji rosyjskiej, którzy poświęcili bardzo wiele wysiłku by zbezcześcić pamięć polskich pilotów, którzy przez miesiące powtarzali nam, że to piloci są winni. Pułkownik Klich przy tej swojej wersji upierał się bardzo długo, spór między nim a nasza komisją odbył się 10 stycznia w komisji obrony narodowej w Senacie, gdzie też próbował te wersje o ILS przedstawiać, wersje niezgodne z prawdą. Można tylko ubolewać dlaczego wielkie media dały się wprowadzić w błąd, że teraz są tak zwani eksperci próbujący podważyć te fakty i sam sens eksperymentu. To jest ucieczka.

 

Ucieczka przed czym?

Przed stwierdzeniem faktu, że tragedia miała miejsce bo zdarzyła się awaria –naturalna lub przez kogoś spowodowana. Trzecia możliwość – mieliśmy co czynienia z działaniem osób trzecich. A więc z tym wariantem, który w sposób tak nieprofesjonalny i tylko politycznie motywowany próbował wykluczyć niedawno pan prokurator generalny Andrzej Seremet. Moim zdaniem pan Seremet po upublicznieniu wyników tego eksperymentu powinien podać się do dymisji, gdyż mieliśmy w  jego wykonaniu z działaniem politycznie uwarunkowanym, bezprawnym bo nie uzgodnionym z prokuratorem prowadzącym to postępowanie. Było to więc złamanie ustawy o prokuraturze i to dla uzyskania doraźnego, wymierzonego w prawdę, efektu politycznego.

 

No i bez pełnej wiedzy, bez zakończenia postepowania.

Więcej – w sytuacji gdy większość dowodów nie została zbadana. To jest kompromitujące dla prokuratora Seremeta.

 

Podsumujmy wątek eksperymentu. Najprościej mówiąc dowiódł, że piloci nie popełnili błędu. Reagowali prawidłowo, wcisnęli przycisk, który powinien zadziałać, tak jak ich uczono, tak jak to działa w innych Tu 154, także w tym bliźniaczym o numerze bocznym 102?

Tak. Ten eksperyment przesądza od strony faktycznej, że piloci zrobili wszystko zgodnie ze sztuką lotniczą. Zorientowawszy się, że zostali wciągnięci w pułapkę przez kontrolerów lotu, próbowali na właściwej, przepisowej wysokości 100 metrów, odejść na drugi krąg. Co zresztą, jak wiadomo, zaplanowali 10 minut wcześniej, przygotowywali się do tego manewru, co słychać na zapisach z czarnej skrzynki, gdzie kapitan Protasiuk wydaje polecenia o przygotowaniu do odejścia „w automacie". Podaje konkretne dane jakie powinny być wprowadzone do komputera, po to, żeby to odejście automatyczne po naciśnięciu przycisku mogło zadziałać. Zrobił więc wszystko żeby podjąć tę decyzję gdy samolot znajdzie się na 100 metrach a nie będzie widoczności lotniska. Kiedy to zrobił – samolot spadł. Problem polega na tym, co się stało, dlaczego ten samolot spadł? Albo mieliśmy do czynienia z dywersją, świadomym działaniem lub z awarią. Co z kolei łączyłoby się z odpowiedzialnością firm rosyjskich, które dokonywały naprawy tego samolotu.

 

Jeszcze większego znaczenia nabiera w tym kontekście niszczenie wraku Tupolewa, i to zaledwie w kilkadziesiąt godzin po tragedii.

Tak. Z przykrością musze do tego dodać jeszcze jedną, ponurą informację, która dotychczas nie dotarła do świadomości opinii publicznej. To informacja z listu polskich specjalistów, ekspertów, którzy byli w Smoleńsku jako komisja uczestnicząca tuż po wypadku w tych badaniach. I nie mogli zbadać tego wraku ponieważ pan pułkownik Edmund Klich wyjeżdżał ze Smoleńska właśnie w momencie, kiedy Rosjanie pozwolili naszym ekspertom na zbadanie wraku. Ale ponieważ tylko on był upełnomocniony przez rząd, to nasi eksperci nie mogli wraku zbadać, który następnie został poddany procesowi niszczenia. Najpierw więc zadbano o to by nie mogli wraku zbadać, a potem, żeby został zniszczony. Stąd może tak duże zaangażowanie pułkownika Klicha w deprecjonowanie tego eksperymentu, stąd może to ciągłe popieranie nieprawdziwych tez rosyjskich. Nie wiem czy taki dokładnie jest związek, ale wiem, że Edmund Klich jest współodpowiedzialny za to, ze polscy eksperci nie mogli zbadać tego wraku i dojść do wniosków, które dzisiaj są już oczywiste.

 

Myśli Pan, że prawda o wynikach tego eksperymentu, tak kluczowa dla obrazu zdarzeń, nie będzie ukrywana? Zostanie ujawniona w pełni?

Natężenie złej woli w istotnych ośrodkach medialnych i politycznych jest ogromne. A ten eksperyment, w połączeniu z wcześniejszą wiedzą obala wszystkie tezy, jakie głosił pan prezydent Komorowski, już trzy miesiące mówiąc, ze nie ma co badać, nad czym się zastanawiać, bo samolot po prostu uderzył w ziemię. Cała elita polityczna powtarzała te tezy, wielkie media ją głoszą bez przerwy. Nie ukrywam więc, że obawiam się iż teraz zostaną uruchomione ogromne, gigantyczne  naciski na pułkownika Mirosława Grochowskiego, dzięki któremu w ogóle ten eksperyment został zrobiony, któremu zawdzięczamy odczytanie słów padających na 100 metrach. Boję się tych nacisków, boję się, żeby się przed nimi nie ugiął. Mam nadzieję, że opinia publiczna będzie go chroniła. Bo to jest przełomowy moment.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...