Sprawa Durczoka demaskuje dziennikarzy mainstreamu. Naczelna RdC: „Większość z nas to straumatyzowani neurotycy, którzy żyją w poczuciu nieustannego strachu”

Fot. YouTube
Fot. YouTube

Sprawa Kamila Durczoka weszła w fazę rozliczeń środowiskowych. Choć wielu dziennikarzy próbuje sprawę zamilczeć, pojedynczy reprezentanci mainstreamu odważnie zabierają głos. Naczelna Polskiego Radia „RdC” Ewa Wanat, mówi wprost, że mainstream „siedzi w smrodzie”. Kim więc są dziennikarze, którzy uczą Polaków jak mają żyć? Zdaniem Wanat, która sama pochodzi z tego środowiska, większość to „straumatyzowani neurotycy”. Trudno się dziwić, że medialna propaganda jest neurotyczna i bezrefleksyjna.

Popatrzmy obiektywnie na polskich dziennikarzy. Większość z nas to straumatyzowani neurotycy, którzy żyją w poczuciu nieustannego strachu. Boimy się, że nam zamkną redakcję, że nas wywalą albo w najlepszym wypadku zabiorą etat i że nie będziemy mieli za co spłacić kredytu we frankach. Pracujemy w sytuacji ogromnego stresu i napięcia. To jest paradoks – jak niedawno powiedział mi Grzegorz Chlasta – że ludziom opowiadają i tłumaczą świat osoby, głęboko znerwicowane, nieraz zapite, zaćpane, niemogące spać po nocach, narcystyczne, niejednokrotnie z rozwalonym życiem prywatnym. Tacy jesteśmy. I właśnie my opowiadamy reszcie społeczeństwa, jaki jest świat i jak należy z nim postępować. Chore

— przyznaje Ewa Wanat w rozmowie z tygodnikiem „Wprost”. Właśnie o tym pisałam dwa tygodnie temu, gdy padły zarzuty pod adresem Kamila Durczoka. Medialna rzeczywistość kreowana przez zdemoralizowanych ludzi, na których bez trudu można zebrać haki i poddać szantażowi i naciskowi lobbystów, nie może być rzeczywistością zdrową.

CZYTAJ WIĘCEJ: Mainstream chroni Durczoka. A gdyby w mieszkaniu z narkotykami, gumowymi lalkami i płytą zoofilską zamiast szefa „Faktów” spotkano księdza?

Zarzuty Ewy Wanat są mocne i bezwzględne. Ma nadzieję, że artykuł „Wprost” o molestowaniu w redakcji „Faktów” stanie się „momentem wymuszonej refleksji”.

Siedzieliśmy w smrodzie od lat, przyzwyczailiśmy się do tego na tyle, że nam to nie przeszkadzało

— mówi Wanat i przyznaje, że czeka na reakcję TVN,  a po jej lekturze „każdy molestujący szef zastanowi się dwa razy, zanim klepnie stażystkę w tyłek albo złoży jej niemoralną propozycję”, bo „przecież problem molestowania i mobbingu to problem wielu redakcji”.

Pytania o dziennikarską hipokryzję są oczywiste. Jak ludzie z tak połamanym kręgosłupem wartości mogą odpowiedzialnie rozliczać innych? Dlaczego z taką lubością oskarżają duchownych i polityków, wydając na nich wyroki na podstawie niepotwierdzonych pomówień? Dlaczego nie są w stanie rozliczyć własnego środowiska? Te same pytania stawia Ewa Wanat, której bliżej do światopoglądu liberalno-lewicowego, niż do konserwatywnego postrzegania świata.

Przyjemnie było piętnować solidarność zawodową oskarżanych o nadużycia seksualne księży, w tamtych sprawach żaden z dziennikarzy nie mówił o domniemaniu niewinności i czekaniu na wyrok sądu. Umieliśmy też pokazywać hipokryzję polityków, którzy nie wyciągnęli wniosków wobec skompromitowanych partyjnych kolegów. A kiedy padło na nas nie zdaliśmy egzaminu

— przyznaje i przypomina, że w przypadku „Faktów” „proceder nie dział się w ukryciu, ludzie na to patrzyli i nie reagowali”. Zdaniem Wanat bierność spowodowana była tym, że „molestował ktoś, kto wydawał się nietykalny”. Dodaje, że środowisko od razu wiedziało, że chodzi o Durczoka, choć ten idzie dziś w zaparte i oddaje swoją sprawę w ręce „najlepszego prawnika w Polsce”.

W telewizji zespół budowany jest wokół gwiazdy. Wszyscy grają na gwiazdę, wszyscy gwiazdę podziwiają, dla gwiazdy tam przyszli, ta gwiazda jest ich niekwestionowanym liderem. Ona jest osią tego zespołu, niezależnie od wszystkiego jest punktem odniesienia. W pewnym sensie wszyscy szli do „Faktów”, żeby być jak Kamil Durczok

— mówi Wanat, tłumacząc milczenie ofiar molestowania. Wanat zastrzega, że w sprawie Durczoka interesuje ją tylko ten jeden wątek. Drugą publikację „Wprost” uważa za błąd. Nie interesuje jej „kto z kim sypia i co zażywa”, a sama jest zwolenniczką legalizacji narkotyków. Przyznaje jednak, że stosunki panujące w redakcjach pozostawiają wiele do życzenia, a pierwsza publikacja tygodnika sprawiła, że wielu dziennikarzy zaczęło się budzić. Dzięki niej uświadomili sobie, że choć „takie sytuacje dobrze znają z życia”, „nikt im nie powiedział, że to coś złego”.

Ciekawe, że ci sami dziennikarze, te same redakcje od lat podejmują szeroko problem molestowania i są propagandowym zapleczem feministycznych środowisk walczących z z szeroko pojętą przemocą wobec kobiet.

Ewa Wanat twierdzi, że opisany problem dotyczy nie tylko Durczoka, lecz dotyka szeroko całego środowiska. Jej trafne spostrzeżenie jasno pokazuje, że nadęte pychą autorytety, uważające się za półbogów, w rzeczywistości są pustymi wydmuszkami.

Dzisiejsi szefowie redakcji wywodzą się z pokolenia, które do mediów wkroczyło na początku lat 90. Nie mieliśmy wzorców, bo przecież w PRL wolne media nie istniały. Mieliśmy za to poczucie, że jesteśmy pionierami, robimy rewolucję że dzięki nam Polska się zmienia. Do tego doszedł olbrzymi szacunek społeczny i poczucie wielkiej siły. W końcu liczyli się z nami najważniejsi ludzie w kraju, a przecież mieliśmy po dwadzieścia kilka lat. Wielu z nas poczuło się prawie Bogami i tak zostało

— przyznaje Wanat.

Prawdziwa twarz mainstremowego dziennikarska została obnażona. Czy można wierzyć „straumatyzowanym neurotykom”, drżącym o utrzymanie się na stanowisku? Czy przekaz budowany przez „osoby, głęboko znerwicowane, nieraz zapite, zaćpane, niemogące spać po nocach, narcystyczne, niejednokrotnie z rozwalonym życiem prywatnym” może być prawdziwy i wiarygodny?


Gorąco polecamy książkę naszego publicysty Krzysztofa Feusette’a pt.„Alfabet salonu”.

Można ją kupić szybko i wygodnie wSklepiku.pl!

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...