Jestem przeciwna wszelkim koncepcjom równościowym, ponieważ nie uwzględniają natury rozwoju dziecka. To zakrawa na manipulację i indoktrynację - mówi Dorota Dziamska, metodyk nauczania początkowego z Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.

Maria Lorek, główna autorka darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów zapowiada, że materiały są konsultowane pod kątem równościowym. Czy to oznacza, że mogą się w nim znaleźć treści wrogie rodzinie i innym tradycyjnym wartościom?

Dorota Dziamska: Lepiej byłoby poczekać do maja, kiedy pani Lorek faktycznie pokaże swój podręcznik i przedstawi jego koncepcję, ponieważ nie wiadomo, co ma na myśli mówiąc o równości. Wtedy będzie również możliwa ocena jego zawartości pod względem metodycznym, merytorycznym, językowym oraz przestawionych w nim wartości. Oczywiście jestem świadoma zagrożeń wynikających z ideologii gender wrzucanej na szybko do programów edukacyjnych. Analizowałam niedawno dwa programy przedszkolne - Równościowe przedszkole oraz Równość szans dziewczynek i chłopców. Te projekty były absolutnie chybione, bo zawierały bezsensowne treści, złe również z metodycznego punktu widzenia, nieadekwatne do potrzeb rozwojowych dzieci.

Z rządowym podręcznikiem może być podobnie?

Hasło „równość” wypowiadane w momencie, kiedy pani Lorek nie przedstawia koncepcji na kształcenie całościowe dziecka powoduje, że rodzice faktycznie mają prawo się obawiać, iż podręcznik będzie zrobiony pod jedną ideę. A gdzie cała reszta? A poza tym ta idea niekoniecznie musi się wszystkim podobać. Jestem przeciwna wszelkim koncepcjom równościowym, ponieważ one nie uwzględniają natury rozwoju dziecka. To oburzające, że w XXI w. trzeba na ten temat w ogóle dyskutować. Równość płci tak naprawdę nie istnieje, istnieje natomiast godność i każdy ją ma, powinniśmy zatem iść w kierunku szanowania godności dziewczynek i chłopców, rozwijania poczucia sprawiedliwości i wzajemnego szacunku, respektowania prawa, a nie wprowadzać jakieś bulwersujące pomysły. Niestety nieprzemyślane idee równościowe mogą prowadzić do dyskryminacji i to właśnie w szkole. Nauczycielka ucząca małe dzieci jeszcze w wieku 65 lat, bo dopiero w 67. roku życia pójdzie na emeryturę z uwagi na zrównanie wieku emerytalnego z mężczyzną, nie będzie niestety grać np. w piłkę nożną ze swoją klasą pierwszą, tak jak czyni to nauczycielka trzydziestoletnia. Nie wspomnę o wzroku słuchu, cierpliwości. Dzieci będą dyskryminowane przez system równościowy, który miał im zagwarantować równość szans. Dziecko powinno się kształcić całościowo, wielokierunkowo, aby mogło osiągnąć pełnię dojrzałości psychicznej. Zajmowanie się jedną wybraną ideą zakrawa na manipulację i indoktrynację.

Rodzice wolą dmuchać na zimne i już wysyłają do premiera petycje w której mówią nie „genderowej deprawacji”.

I dobrze, że się mobilizują, bo sama jestem zdecydowaną przeciwniczką gender jako idei, która - jak możemy przypuszczać - ma wejść do edukacji. Akceptuję natomiast każdy konstrukt zwany ideą czy ideologią w dyskursie naukowym osób dorosłych. Boję się jednak, że rodzice zostaną wciągnięci w wir dyskusji na temat tej ideologii, podczas gdy powinni skupić się na całościowej koncepcji uczenia dziecka. Podczas breefingu w MEN, pani Lorek mówiąc o swoim podręczniku w pierwszych słowach stwierdziła, że dziecko nie rozwija się tylko według inteligencji logicznej, ale istnieją również inteligencje wielorakie. I tu chwyciłabym ją za język.

A nie jest tak, jak powiedziała?

Teoria inteligencji wielorakich już upadła, jej twórca wycofuje się z niej, a najwięksi psychologowie kognitywni na całym świecie traktują ją jako doktrynę i w ogóle się nią nie przejmują. I nagle ktoś w XXI wieku pisze podręcznik na podstawie tej teorii! Tego bym się bardziej obawiała, bo taka podstawa naukowa podręcznika nadaje się do wyrzucenia do kosza, a więc całość jest do niczego. Jeżeli rodzice uczepią się tylko idei równościowej, to ministerstwo edukacji szybko wynajdzie jakąś supernianię, feministkę i tysiące innych „proeuropejskich” osób, które będą twierdzić, że rodzice nie dojrzeli do swojej roli itp. Tu trzeba przeanalizować cały podręcznik pod kątem merytorycznym i metodologicznym.

Czym jest teoria inteligencji wielorakich?

To po prostu błędne założenie, jeśli chodzi o naukową podstawę uczenia dzieci. Teoria inteligencji wielorakich powstała w 1992 r. na gruncie amerykańskim. Została utworzona przez prof. Howarda Gardnera. To bardzo teoretyzujący konstrukt, który w dyskursie naukowym zapewne odegrał ważną rolę. Pobudził naukowców do dyskusji i poszukiwań. Niestety profesor nie skonstruował narzędzi badawczych do obrony swej teorii. Z jakiej racji zatem mielibyśmy posługiwać się w praktyce pedagogicznej niedokończoną koncepcją? Inteligencja jest pojęciem psychologicznym, które powstało dla potrzeb opisu procesów poznawczych. I teraz na tej dość fikcyjnej teorii próbuje się przemycać do systemu edukacji różne idee, mówiące na przykład o tym, że dziecko musi się teraz inaczej uczyć, bo ma inną inteligencję. Dziecko współczesne powinno uczestniczyć w nowoczesnym procesie edukacyjnym dostosowanym do wzorów uczenia się mózgu i jego stylów uczenia się wynikających z preferencji związanych z aktywnością jego zmysłów. W ten sposób rozwinie swoje procesy poznawcze - a więc inteligencję jako umiejętność panowania nad nimi i ich wykorzystywania.

Do czego może prowadzić nieprzestrzeganie tych założeń?

Teoria Gardenra, którą zachłystywali się niektórzy nauczyciele, a nawet rodzice, w praktyce zwalniała dziecko uznane za mniej utalentowane muzycznie z wyrażania się poprzez muzykę, a to jest fałsz pedagogiczny. Nawet mało zdolne muzycznie dziecko powinno być aktywizowane przy pomocy rytmu i muzyki, bo to właśnie wzmacnia jego potencjał intelektualny. Trzeba także tutaj wspomnieć, iż teoria inteligencji wielorakich jest teoretyczną koncepcją psychologiczną. Nauczyciele – pedagodzy powinni w swej pracy posługiwać się teorią pedagogiczną empirycznie udowodnioną. Posługiwanie się obojętnie jaką teorią psychologiczną, bez konkretnej koncepcji pedagogicznej na nauczanie małych dzieci, może prowadzić do deformacji dydaktyki i ciekawych nowoczesnych metod oraz odrzucenia dorobku polskich naukowców i nauczycieli. Pani Lorek na tym chce oprzeć swój podręcznik, mówiąc jeszcze o jakichś ideach równościowych. Pytam więc, gdzie w tym wszystkim jest edukacja początkowa małego dziecka, której celem jest integracja psychiczna człowieka i rozwój jego procesów poznawczych? Ta pani nie umie się na ten temat wypowiedzieć. A na dodatek wydawnictwo ministerialne jest poza procedurami i podręcznik nie będzie miał recenzentów.

Jeśli przyjąć, że darmowy podręcznik jest dobrym pomysłem, to jakie warunki według Pani powinien spełniać?

Jeśli ma już być jeden darmowy podręcznik, który de facto robi ministerstwo edukacji, to powinien być zrobiony na najwyższym poziomie. Uważam, że pani Lorek powinna obronić swój podręcznik przed komisją złożoną z recenzentów wyznaczonych nie tylko przez MEN, ale również przez podmioty społeczne i naukowe, które interesują się tą problematyką, analizują podstawy programowe i ewentualnie protestują. To powinna być obrona na kształt obrony pracy doktorskiej, w czasie której pani Lorek przedstawiłaby koncepcję swojego podręcznika. Bo nie jest tak, że można sobie napisać książkę i będzie ona dobra dla wszystkich dzieci. Przecież one różnią się między sobą. W różnych regionach Polski dzieci sześcio- siedmioletnie mają zupełnie inny sposób myślenia, inną dojrzałość. Żeby zrobić powszechny podręcznik dla wszystkich dzieci, powinien nad nim pracować zespół wybitnych praktyków, którzy oprą swe dzieło na solidnych podstawach naukowych. Oprócz tego taki podręcznik powinien mieć przynajmniej półroczny pilotaż na wybranej grupie dzieci, który pozwoliłby na skorygowanie nieścisłości. Nawet jeśli produkuje się mydło o określonym zapachu, to robi się badania rynku mające wykazać, jak zostanie przyjęte przez konsumentów.

Urzędnikom MEN raczej obca jest taka logika.

Ten cały manewr ministerstwa edukacji jest nieodpowiedzialny. Poza tym uważam, że podręcznik nigdy nie powinien być zmieniany pod wpływem jakiejś idei, która nagle skądś do nas przychodzi. Jeśli mamy grupę matek, które są feministkami i są oczarowane ideą równościową, to ewentualnie mógłby zostać stworzony maleńki program, który byłby fakultatywnie realizowany dla ich dzieci w jakichś instytucjach oświatowych. Natomiast nie można narzucać jednej ideologii całemu światu tylko dlatego, że jest się w rządzie. Podręcznik nie powinien być przestrzenią dla szerzenia idei, które są sprzeczne z potrzebami społecznymi. Cała procedura tworzenia rządowego podręcznika jest przeciwna oczekiwaniom społeczeństwa. To nie jest to, o co tak naprawdę chodzi rodzicom i nauczycielom.

Rozmawiał Bogusław Rąpała