Co, jeszcze o teatrze? Po przedstawieniu „Klątwa” w Teatrze Powszechnym można tylko powtórzyć za niezastąpionym mistrzem filmowym, czyli Stanisławem Bareją: „w życiu nie pójdę do teatru!”. Co, że to oburzające i niepoważne? A jednak przykład tego przedstawienia jest odstraszający. Być może istnieją jeszcze uczciwe teatry i poważni twórcy, ale odtąd decyzja o pójściu do teatru będzie obarczona poważnym ryzykiem. Teatr staje się miejscem niebezpiecznym dla postronnego widza. Że to niesprawiedliwe dla innych teatrów? Twórcy teatralni, podobnie jak inni prowokatorzy i skandaliści, muszą zrozumieć, że broń, którą wydobyli i której tak śmiało używają, jest obosieczna.
O tym przedstawieniu (wystąpieniu, występku?) napisano i powiedziano już chyba wszystko, więc szkoda się powtarzać, „wszyscy wszystko wiedzą”. A zatem tylko kilka uwag ogólniejszych z większej perspektywy. Tytułem wstępu uwaga o osobliwym szantażu. Twierdzenie wytwórców tego produktu, bo tak trzeba nazwać to przedstawienie o charakterze już pozateatralnym, że wypowiadać się o nim mogą tylko ci, co je widzieli, jest właśnie zwykłym szantażem. Nie muszę uczestniczyć w każdym wydarzeniu, by mieć o nim jakiś pogląd, nie muszę siedzieć w więzieniu, wstąpić do sekty czy mafii, by się o nich wypowiadać. Wystarczą mi wiadomości właśnie z drugiej ręki, chodzi przecież o to, by ustrzec się błędnego wyboru i niebezpieczeństwa. Ostrzeżenie świadków jest potrzebne i zupełnie mi wystarczy. Relacje z tego przedstawienia redaktorów Piotra Zaremby czy Jana Wróbla pozwalają ocenić w całości to, co działo się w Teatrze Powszechnym. Chodzi zaś w tym wydarzeniu chyba o to, by uczestniczyć w czymś, co jednych, wrażliwszych widzów dotknie do głębi, a drugich, podatnych na manipulację i ideologię płynącą ze sceny zjedna. Zdaje się, że dotychczasowa widownia to w większości zwolennicy tego teatru, którzy wywołują masową reakcję, tak że widz postronny poddany takiej gwałtownej presji, poczuje się raczej wykluczony. A wykluczenie to przecież wrażliwa sprawa w tej ideologii. Tak czy inaczej, nawet jeśli sytuacja się zmieni, takie działanie „teatralne” podzieli niebezpiecznie i niepotrzebnie widownię i naruszy jakieś dobra widzów. Czy o to chodzi w takim teatrze?
Pominę już inne okoliczności tej sytuacji: to że tymczasowi właściciele TP kwestionują właściwie pewne reguły życia kulturalnego, wpływ opinii publicznej, istnienie krytyki teatralnej (może rzeczywiście istnieje już tylko pewne powiązane lobby teatralne), a także instytucje państwa, które jednak utrzymują teatry. Także to, że owi właściciele mają widzów za pożytecznych idiotów, którzy nie dość, że płacą podatki na utrzymanie teatrów, to jeszcze zapłacą za bilet na przedstawienie, w którym będą wyszydzani i obrażani. I jeszcze to, że w tym wypadku nie obowiązuje zwykła umowa handlowa, i widz, który zechce zrezygnować z „teatralnego produktu”, nie dostanie przecież zwrotu swoich pieniędzy. Co, że to zbyt przyziemne, prymitywne argumenty? Bo może taki teatr ma jakąś wyższą misję, za którą trzeba cierpieć i płacić? Ale o misji dalej…
Rytualne dyskusje, które odbywają się po kolejnych takich prowokacyjnych i skandalizujących przedstawieniach czy wydarzeniach, stały się już dość bezpłodne, a zarazem demagogiczne. Powtarzają się już w kółko rozwlekłe rozważania o tym, czym jest sztuka i jakie są jej granice, kim jest artysta (jeśli jeszcze jest), czym jest wolność, także słowa i wypowiedzi. Rozważania i wypowiedzi tyleż manipulacyjne, co przewidywalne i nie przynoszące większych rezultatów. Już najogólniej mówiąc, nie może być sztuką ideologiczna propaganda, wyrażona do tego w formie skandalizującej prowokacji, posługiwanie się bluźnierstwem, atakiem i agresją obrażającą i uderzającą widzów. Być może twórcy takich wydarzeń powiedzą, że uprawiają sztukę rewolucyjną, podejmują misję polityczną, obalającą kolejne zniewolenia (tu kolejne określenia obalania tabu, granic, konwenansów i norm itp.), ale w ten sposób wykraczają ze sfery sztuki i wkraczają na teren polityki. Artyści, którzy powołują się na swe prawa i przywileje, przyznający sobie wyróżniona pozycję, stawiający się ponad innymi, przestają być już artystami, a stają się tu ideologami i politykami. Wolność artysty, wolność słowa i wypowiedzi nie może być narzucana i bezgraniczna, musi liczyć się z wolnością innego człowieka, w tym wypadku widza czy uczestnika, nie może polegać na ingerencji w życie widza, polegać na destrukcji, anarchii i agresji wobec niego. Przedstawienie teatralne jest też pewną umową społeczną, w której liczą się także prawa widza, nie tylko nadawcy, reżysera, aktora. Dzieło sztuki, podobnie jak cała kultura zakłada jakieś wspólne dobro, nawet jeśli używa drastycznych środków, subiektywnych wypowiedzi, wyraża partykularne dążenia, ambicje i interesy. Nie może być dziełem sztuki, ważnym nie tylko dla twórców, ale i dla innych (trudno jednak przyjąć, że ktoś w tej dziedzinie tworzy coś tylko dla siebie), jeśli poprzestaje na samej destrukcji, anarchii i agresji, a mądrzej i bardziej eufemistycznie mówiąc, na dekonstrukcji, reinterpretacji itp. Jak natura, a za nią kultura, powinna być konstruktywna, twórcza, przysparzająca jednak jakichś dóbr, pozytywnych doświadczeń.
Drukujesz tylko jedną stronę artykułu. Aby wydrukować wszystkie strony, kliknij w przycisk "Drukuj" znajdujący się na początku artykułu.
Co, jeszcze o teatrze? Po przedstawieniu „Klątwa” w Teatrze Powszechnym można tylko powtórzyć za niezastąpionym mistrzem filmowym, czyli Stanisławem Bareją: „w życiu nie pójdę do teatru!”. Co, że to oburzające i niepoważne? A jednak przykład tego przedstawienia jest odstraszający. Być może istnieją jeszcze uczciwe teatry i poważni twórcy, ale odtąd decyzja o pójściu do teatru będzie obarczona poważnym ryzykiem. Teatr staje się miejscem niebezpiecznym dla postronnego widza. Że to niesprawiedliwe dla innych teatrów? Twórcy teatralni, podobnie jak inni prowokatorzy i skandaliści, muszą zrozumieć, że broń, którą wydobyli i której tak śmiało używają, jest obosieczna.
O tym przedstawieniu (wystąpieniu, występku?) napisano i powiedziano już chyba wszystko, więc szkoda się powtarzać, „wszyscy wszystko wiedzą”. A zatem tylko kilka uwag ogólniejszych z większej perspektywy. Tytułem wstępu uwaga o osobliwym szantażu. Twierdzenie wytwórców tego produktu, bo tak trzeba nazwać to przedstawienie o charakterze już pozateatralnym, że wypowiadać się o nim mogą tylko ci, co je widzieli, jest właśnie zwykłym szantażem. Nie muszę uczestniczyć w każdym wydarzeniu, by mieć o nim jakiś pogląd, nie muszę siedzieć w więzieniu, wstąpić do sekty czy mafii, by się o nich wypowiadać. Wystarczą mi wiadomości właśnie z drugiej ręki, chodzi przecież o to, by ustrzec się błędnego wyboru i niebezpieczeństwa. Ostrzeżenie świadków jest potrzebne i zupełnie mi wystarczy. Relacje z tego przedstawienia redaktorów Piotra Zaremby czy Jana Wróbla pozwalają ocenić w całości to, co działo się w Teatrze Powszechnym. Chodzi zaś w tym wydarzeniu chyba o to, by uczestniczyć w czymś, co jednych, wrażliwszych widzów dotknie do głębi, a drugich, podatnych na manipulację i ideologię płynącą ze sceny zjedna. Zdaje się, że dotychczasowa widownia to w większości zwolennicy tego teatru, którzy wywołują masową reakcję, tak że widz postronny poddany takiej gwałtownej presji, poczuje się raczej wykluczony. A wykluczenie to przecież wrażliwa sprawa w tej ideologii. Tak czy inaczej, nawet jeśli sytuacja się zmieni, takie działanie „teatralne” podzieli niebezpiecznie i niepotrzebnie widownię i naruszy jakieś dobra widzów. Czy o to chodzi w takim teatrze?
Pominę już inne okoliczności tej sytuacji: to że tymczasowi właściciele TP kwestionują właściwie pewne reguły życia kulturalnego, wpływ opinii publicznej, istnienie krytyki teatralnej (może rzeczywiście istnieje już tylko pewne powiązane lobby teatralne), a także instytucje państwa, które jednak utrzymują teatry. Także to, że owi właściciele mają widzów za pożytecznych idiotów, którzy nie dość, że płacą podatki na utrzymanie teatrów, to jeszcze zapłacą za bilet na przedstawienie, w którym będą wyszydzani i obrażani. I jeszcze to, że w tym wypadku nie obowiązuje zwykła umowa handlowa, i widz, który zechce zrezygnować z „teatralnego produktu”, nie dostanie przecież zwrotu swoich pieniędzy. Co, że to zbyt przyziemne, prymitywne argumenty? Bo może taki teatr ma jakąś wyższą misję, za którą trzeba cierpieć i płacić? Ale o misji dalej…
Rytualne dyskusje, które odbywają się po kolejnych takich prowokacyjnych i skandalizujących przedstawieniach czy wydarzeniach, stały się już dość bezpłodne, a zarazem demagogiczne. Powtarzają się już w kółko rozwlekłe rozważania o tym, czym jest sztuka i jakie są jej granice, kim jest artysta (jeśli jeszcze jest), czym jest wolność, także słowa i wypowiedzi. Rozważania i wypowiedzi tyleż manipulacyjne, co przewidywalne i nie przynoszące większych rezultatów. Już najogólniej mówiąc, nie może być sztuką ideologiczna propaganda, wyrażona do tego w formie skandalizującej prowokacji, posługiwanie się bluźnierstwem, atakiem i agresją obrażającą i uderzającą widzów. Być może twórcy takich wydarzeń powiedzą, że uprawiają sztukę rewolucyjną, podejmują misję polityczną, obalającą kolejne zniewolenia (tu kolejne określenia obalania tabu, granic, konwenansów i norm itp.), ale w ten sposób wykraczają ze sfery sztuki i wkraczają na teren polityki. Artyści, którzy powołują się na swe prawa i przywileje, przyznający sobie wyróżniona pozycję, stawiający się ponad innymi, przestają być już artystami, a stają się tu ideologami i politykami. Wolność artysty, wolność słowa i wypowiedzi nie może być narzucana i bezgraniczna, musi liczyć się z wolnością innego człowieka, w tym wypadku widza czy uczestnika, nie może polegać na ingerencji w życie widza, polegać na destrukcji, anarchii i agresji wobec niego. Przedstawienie teatralne jest też pewną umową społeczną, w której liczą się także prawa widza, nie tylko nadawcy, reżysera, aktora. Dzieło sztuki, podobnie jak cała kultura zakłada jakieś wspólne dobro, nawet jeśli używa drastycznych środków, subiektywnych wypowiedzi, wyraża partykularne dążenia, ambicje i interesy. Nie może być dziełem sztuki, ważnym nie tylko dla twórców, ale i dla innych (trudno jednak przyjąć, że ktoś w tej dziedzinie tworzy coś tylko dla siebie), jeśli poprzestaje na samej destrukcji, anarchii i agresji, a mądrzej i bardziej eufemistycznie mówiąc, na dekonstrukcji, reinterpretacji itp. Jak natura, a za nią kultura, powinna być konstruktywna, twórcza, przysparzająca jednak jakichś dóbr, pozytywnych doświadczeń.
Strona 1 z 2
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/331744-tonacy-teatr-brzydko-sie-chwyta-prowokatorzy-i-skandalisci-musza-zrozumiec-ze-ta-bron-jest-obosieczna
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.