Uważam jednak, że dzikość nie idzie ze Wschodu. Dzikość idzie z człowieka. Przecież do takich zbrodni doszło w różnych częściach świata: w Nankinie, na Bałkanach, w Rwandzie, Syrii itd. I jaki z tego wniosek? Taki, że nie wyciągamy żadnych wniosków z tych historii. Nie można zatajać prawdy o zbrodni. Zatajanie prawdy o zbrodni to prosta droga do nowych zbrodni.
mówi Wojciech Smarzowski. Reżyser „Wołynia” opowiada Łukaszowi Adamskiemu o swoim nowym filmie i kontrowersjach z nim związanych. Publikujemy fragment wywiadu.
(…)
Łukasz Adamski: Nie obawia się pan, że to właśnie wywoła ataki piewców politycznej poprawności? Grekokatolik głosi Dobrą Nowinę, a prawosławny z nią na ustach namawia do rzezi?
Wojciech Smarzowski: Postanowiłem tak to rozegrać filmowo. Język filmu rządzi się swoimi prawami. Mogłem pokazać w filmie postać wzbudzającego kontrowersje greckokatolickiego abp. Szeptyckiego, lecz to także wzbudziłoby protesty. Spodziewam się zresztą wielu najróżniejszych, mniejszej i większej wagi, protestów.
No właśnie. Jak to się stało, że twórca o takiej pozycji, autor tak głośnych i chwalonych filmów jak „Wesele” czy „Dom zły”, miał problemy z zebraniem funduszy na tę produkcję?
O tych przyczynach można opowiadać bardzo długo. Z jednej strony to bardzo kosztowny film. No ale nie zapominajmy, że ten temat jest po prostu bolesny i bardzo niewygodny. Takie hasła jak „Wołyń”, „rzeź” odpychały wiele instytucji. Lepiej przecież się przejść po czerwonym dywanie przy filmie neutralnym niż takim, który na starcie wywołuje emocje skrajne. Na początku wycofali nam się dwaj koproducenci, to najważniejsze. Poza tym nie mogliśmy znaleźć odpowiednich obiektów, by nie musieć budować ich od zera. Do tego dochodzą rzeczy, o których powszechnie nie ma się pojęcia. Trzeba ubrać setki statystów, zrobić im charakteryzacje, przewieźć, przenocować, zapłacić honoraria.
Czytaj również: Adamski z festiwalu w Gdyni: „Wołyń”. Idź i patrz! RECENZJA
Ale powstają w Polsce filmy historyczne rozdzierające pewne rany. Przykładem są te o stosunkach polsko-żydowskich. Na wiele takich kontrowersyjnych obrazów pieniądze się znajdują. A Kresowian zamordowano zapomnieniem. Może problemy filmu wynikają głównie z tego?
Nigdy nie było dobrego okresu na kino o Wołyniu. Za komuny nie wolno było tego tematu podejmować. Potem z powodów geopolitycznych również wiele środowisk nie chciało tego tykać. Teraz moment jest idealny, ale tylko dla mnie. Miałem siłę, by taki film zrobić. Ważniejsze, że żyją także Kresowianie, którzy pamiętają o tym, co się tam stało. Pracę nad „Wołyniem” zacząłem w roku 2012, więc jeszcze przed Majdanem na Ukrainie. Nigdy nie chciałem kręcić relacji czarno-białej. Od początku wiedziałem, że będę musiał przedstawić racje także strony ukraińskiej. To film zrobiony z polskiej perspektywy, bo jestem Polakiem. Chciałem jednak, by pokazał punkt widzenia Ukraińców.
A co o „Wołyniu” myślą aktorzy ukraińscy? Nie mieli oporów, by w nim zagrać. Kult Bandery jednak ożywa na Ukrainie.
Trzeba ich o to zapytać. Nie mogę za nich mówić. Każdy zagrał ze swoich osobistych powodów. Kilku aktorów ukraińskich nam odmówiło. Poszła plotka, że my ten film robimy za rosyjskie pieniądze. To kłamstwo. Zostały popełnione zbrodnie, a ci, którzy za nie odpowiadają, mają na Ukrainie pomniki. Część z nich żyje. Niestety dla nas, Polaków, tożsamość Ukraińców jest budowana na faszyzującej organizacji.
Cały wywiad w nowym numerze tygodnika wSieci. Już 3 października, także w formie e-wydania na http://www.wsieci.pl/e-wydanie.html.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/310462-juz-jutro-we-wsieci-nasz-wywiad-z-wojciechem-smarzowskim-polecamy
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.