"Obce ciało" nie jest "Obywatelem" dla konserwatystów. To moralitet

materiały prasowe
materiały prasowe

Dyskusje o kinie zawsze mają swoje limity: w grę wchodzą indywidualne upodobania, indywidualne odczucia, osobista wrażliwość, a także najróżniejsze uwarunkowania, choćby pokoleniowe. Ale dyskutować warto (unikając streszczania filmów!!!!). Bo tak naprawdę dyskutujemy o nas. O naszych życiowych wyborach.

Zaczęła się na naszym portalu bitwa na recenzje „Obcego ciała”, nowego filmu Krzysztofa Zanussiego. Łukasz Adamski umiarkowanie pochwalił, przede wszystkim za odwagę w pokazywaniu scen i wątków politycznie niepoprawnych. Ale kręcił nosem na zbytnią łopatologiczność.

Marcin Fijołek, z którego opiniami politycznymi często się zgadzam, poszedł dużo dalej. Miał rację przekonując, że nie wystarczy aby film był „nasz” aby go uznać za film dobry. Ale też zestawił „Obce ciało” z „Obywatelem” Jerzego Stuhra – to jego zdaniem równie nieudana pogadanka dla konserwatystów, jak tamten zrobił pogadankę dla lemingów

I tu moja najgłębsza niezgoda. „Obywatel” to epatująca polityczną doraźnością satyra, której apogeum stanowi cytat z Jarosława Kaczyńskiego wplątany w kontekst antysemicki. W filmie Zanussiego nie ma nic z doraźności. Reżyser stara się mówić o sprawach najważniejszych i najbardziej uniwersalnych, a nie pozyskiwać publiczność grepsami i wygrażaniem wspólnym wrogom. Zwróćcie uwagę na postać matki głównej bohaterki, dawnej stalinowskiej aktywistki. W pokazaniu jej dzisiejszej kondycji, jej relacji z córką, nie ma niczego łatwego, doraźnego. To jest film o kondycji człowieka.

Zwróćmy też uwagę na zakończenie, które obaj panowie, Adamski i Fijołek przywołują, na szczęście niedokładnie (na szczęście, bo jest jeszcze po co iść do kina). Ono wydać się może wręcz dwuznaczne. Także konserwatywnym katolikom, których Zanussi traktuje rzekomo tak instrumentalnie jak Stuhr lemingów. To nie jest żadna łopatologia, żaden film pod jedną tezę!

Nieporozumienie, po części także u przychylniejszego skądinąd Adamskiego, bierze się stąd, że Zanussi nakręcił moralitet. Który rządzi się swoimi prawami, operuje skrótem, symbolem, posługuje się dyskursywnymi nieraz zdaniami. Ten akurat reżyser robił to już wcześniej, ale nigdy tak dobitnie i do końca. Ktoś może takiego sposobu opowiadania świata nie lubić. Jego prawo. Ale nie mylmy tego z topornymi słownymi gagami z filmu Stuhra.

Zanussi musiał się też zmagać z innym problemem. Kiedy 90 procent popkultury jest przesiąknięta innymi treściami i inną wrażliwością, pojawia się pokusa aby udzielić jednej zbiorczej odpowiedzi. Ba, twórca ma wrażenie, że wielu widzów nie zrozumie bez dodatkowych objaśnień głównej tezy. Stąd te wszystkie sceny kościelne, stąd deklaratywne wywody choćby głównej negatywnej bohaterki, zimnej „suki” z korporacji granej świetnie przez Agnieszkę Grochowską. Kontekst trzeba zarysować wyraziście, bo gdy go się przedstawi aluzjami, półsłówkami, wielu może go częściowo przeoczyć.

Dlaczego tak mocno protestuję przeciw uproszczonemu opisowi tego filmu? Bo „Gazeta Wyborcza” zdążyła już wplątać Zanussiego w tłumaczenia, dlaczego nie jest bardziej wieloznaczny.

To istny absurd. Ta sama „Wyborcza” oklaskiwała przecież „Obywatela”. A politgramoty o księżąch homoseksualistach fetowała „za odwagę” przyznając półgębkiem, że są może nadmiernie uproszczone.

Otóż problem polega nie tylko na tym, że to Zanussi jest naprawdę odważny, a nie autorzy tamtych obrazów. Problem także w tym, że zrobił film niekoniunkturalny, nie podlizujący się nikomu, także Kościołowi, także ludziom formacji Opus Dei, nawet jeśli pokazuje ich z sympatią. Ale to on będzie rozliczany z „uproszczeń”.

Niech każdy sam sobie wyrobi zdanie. Możliwe, że różnice w ocenie tego filmu są po części także różnicami pokoleniowymi. Ja, pan po 50., lubiłem moralistykę dawnego Zanussiego, tego jeszcze z ;at 70. I doceniam moralistykę obecną, nawet jeśli nie obdarzyłbym tego filmu sześcioma gwiazdkami (telewizyjny dodatek „Gazety Wyborczej” dał mu dwie). Czasem o prawdach najbardziej podstawowych warto mówić dobitnie.

Oddzielnym problemem, i skandalem, jest – pisał już o tym Krzysztof Kłopotowski - potraktowanie tego filmu przez środowiska filmowe. Odmowa finansowego wsparcia, teraz niedopuszczenie na festiwal w Gdyni! O tym ja z kolei zamierzam napisać oddzielnie do najbliższego numeru „wSieci”, bo zdaje mi się, że wchodzimy w czas jedwabnej, jak widać wciąż niekompletnej, ale jednak niepokojącej cenzury. Która grozi wyjałowieniem umysłów. Czyli tym o czym po części opowiada także ten film.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...