Trzęsienie ziemi w polskim KościeleTrzęsienie ziemi w polskim Kościele. "Przez długie lata polskich hierarchów omijały zawirowania związane z tuszowaniem afer"

Czy rzeczywiście po roku 2001, przez tyle lat, w całym kraju nie było ani jednego przypadku molestowania dzieci przez księży?
Nie ma drugiego kraju na świecie, w którym za tuszowanie afer pedofilskich w tak krótkim czasie zostałoby ukaranych przez władze kościelne tak wielu biskupów katolickich, jak w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy w Polsce.
Przez długie lata polskich hierarchów omijały zawirowania związane z tuszowaniem afer homoseksualno-pedofilskich. Informacje o dymisjach dostojników odpowiedzialnych za zamiatanie pod dywan skandali obyczajowych docierały do nas z USA, Irlandii, Szkocji czy innych krajów Zachodu. Najbardziej spektakularnym przykładem była bezprecedensowa decyzja episkopatu Chile, który w 2018 r. w całości podał się do dymisji (Stolica Apostolska nie przyjęła zbiorowej rezygnacji, lecz każdy przypadek zbadała osobno – w efekcie spośród 34 biskupów siedmiu straciło stanowiska). Na tym tle Kościół w Polsce, mimo wciąż pojawiających się doniesień medialnych o molestowaniu dzieci przez księży, jawił się jako wolny od tego typu problemów. Do czasu…
Lawina ruszyła
Od listopada zeszłego roku sprawy nabrały niezwykłego przyspieszenia. W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy aż dziewięciu polskich hierarchów katolickich zostało ukaranych przez Stolicę Apostolską. Stało się to w następstwie dochodzeń dotyczących bądź wykorzystywania seksualnego osób nieletnich, bądź zaniedbań i niewłaściwych reakcji owych biskupów na przypadki molestowania dzieci przez podległych im kapłanów.
Zaczęło się od kard. Henryka Gulbinowicza, któremu zakazano używania insygniów biskupich oraz udziału w celebracjach i spotkaniach publicznych, a także pozbawiono prawa do nabożeństwa pogrzebowego i pochówku w katedrze wrocławskiej. Później kolejne sankcje Watykanu dotknęły bp. Edwarda Janiaka, abp. Sławoja Leszka Głodzia, bp. Jana Tyrawę, bp. Tadeusza Rakoczego, bp. Stanisława Napierałę, bp. Stefana Regmunta i bp. Zbigniewa Kiernikowskiego (osobny przypadek stanowi bp Jan Szkodoń, którego oczyszczono z zarzutów o molestowanie seksualne 15-latki, lecz nałożono nań pokutę za „nierozważne zachowanie” w postaci trzymiesięcznych rekolekcji zamkniętych). Ostatnio do tego grona dołączył metropolita katowicki abp Wiktor Skworc. Nie ma drugiego kraju na świecie, w którym w tak krótkim czasie zostałoby ukaranych tak wielu hierarchów.
Wiele wskazuje jednak, że to nie koniec. Wiadomo bowiem, że trwają obecnie postępowania w sprawie kolejnych dostojników, wśród których znajdują się m.in. abp Andrzej Dzięga, bp Andrzej Dziuba, bp Henryk Tomasik, bp Andrzej Suski czy bp Janusz Stepnowski.
Nie sposób postawić znaku równości między wszystkimi powyższymi przypadkami, w których orzeczono winy hierarchów. Różne były bowiem kary oraz rozmaite sposoby ogłaszania wyroków. Wszystkie historie łączyło jednak podobne modus operandi. Dochodzenia odbywały się w najgłębszej tajemnicy, a werdykt Watykanu spadał niczym grom z jasnego nieba na zaskoczoną społeczność katolików. Uzasadnienia decyzji, przedstawiane przez nuncjaturę apostolską lub nasze lokalne władze kościelne, były tak enigmatyczne, że nie sposób było z nich odczytać, za co tak naprawdę ukarani zostali wspomniani dostojnicy. Najbardziej ogólnikowy z komunikatów, dotyczący kard. Gulbinowicza, do dziś dzieli archidiecezję wrocławską. Nakładał bowiem na purpurata dotkliwe kary, nie precyzując konkretnie jego winy. Rezultatem był zamęt i dezorientacja wśród wiernych. Ów stan niepewności pogłębiały kolejne pytania, na które nie było odpowiedzi. Jedno z nich dotyczy osób prowadzących dochodzenia. Nie wiadomo, czy przybywają one w tym celu z Watykanu, czy też pochodzą z Polski.
Wysłannik z Watykanu
W jednym tylko przypadku rąbek tajemnicy został uchylony. Nie stało się to oficjalną drogą, lecz dzięki ks. Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu, który ujawnił, iż był przesłuchiwany w sprawie kard. Stanisława Dziwisza osobiście przez kard. Angela Bagnasco, który specjalnie przyleciał z Rzymu. Dopiero wtedy opinia publiczna dowiedziała się, że w Watykanie powołano specjalną komisję, na czele której stanął purpurat pełniący w latach 2007–2017 funkcję przewodniczącego Konferencji Episkopatu Włoch.
O wszystkim nie zostały poinformowane nawet władze Kościoła w Polsce. Dopiero gdy historię upubliczniły media, nuncjatura w Warszawie wydała lakoniczny trzyzdaniowy komunikat:
Na prośbę Stolicy Apostolskiej, w dniach 17–26 czerwca br., przebywał w Polsce z wizytą kard. Angelo Bagnasco, emerytowany arcybiskup Genui. Jej celem była weryfikacja sygnalizowanych, także publicznie, zaniedbań kard. Stanisława Dziwisza podczas pełnienia przez niego funkcji arcybiskupa metropolity krakowskiego (2005–2016). Kard. Bagnasco zapoznał się z dokumentami i odbył szereg spotkań, a relację z wizyty przedstawi Stolicy Apostolskiej Wszystko wskazuje więc na to, że już wkrótce poznamy decyzję Watykanu w sprawie najwyższego rangą i najbardziej rozpoznawalnego na świecie polskiego dostojnika katolickiego.
Wydarzenia w naszym kraju są żywo komentowane w mediach kościelnych i świeckich w innych państwach. Liczni wyznawcy Chrystusa właśnie z Polską wiążą bowiem nadzieje na nową ewangelizację i „wiosnę Kościoła”. Tymczasem głosu polskich duchownych dotkliwie brakuje w międzynarodowych debatach religijnych, kulturowych i cywilizacyjnych, a zamiast tego znad Wisły docierają kolejne doniesienia o skandalach pedofilskich i karach dla biskupów. Wielu zadaje sobie pytanie: jak to się mogło stać?
Zignorowany dokument
Pierwszym papieżem, który rozpoczął systemową walkę z pedofilią wśród duchowieństwa, był Jan Paweł II. W 2001 r. ogłosił on list apostolski motu proprio (czyli powstały z jego własnej inicjatywy i mający moc dekretu) „Sacramentorum sanctitatis tutela”. Postanowił, że odtąd wszystkie przypadki wykorzystywania seksualnego przez księży, łącznie z nakładaniem sankcji karnych, mają być rozpatrywane przez Kongregację Nauki Wiary, która ma działać jak „trybunał apostolski”. Kilkanaście dni później wspomniana Kongregacja pod przewodnictwem kard. Josepha Ratzingera wydała normy wykonawcze do papieskiego dokumentu zatytułowane „De delictis gravioribus”. Nakładały one na biskupów bezwzględny obowiązek zgłaszania do Stolicy Apostolskiej wszelkich prawdopodobnych doniesień o przypadkach molestowania nieletnich przez kapłanów na terenie podległych im diecezji.
Rok 2001 stanowił niewątpliwy przełom. Do tamtego czasu w Kościele nie istniał żaden obowiązujący sposób radzenia sobie z tego typu problemami. W związku z tym poszczególni ordynariusze działali na własną rękę, kierując się różnymi kryteriami. Zazwyczaj, zgodnie z „kulturą przemilczania”, afery starano się wyciszać: sprawców przenoszono w inne miejsca lub kierowano na terapie, a w niektórych krajach podpisywano ugody z ofiarami i wypłacano im odszkodowania. Od 2001 r. stało się to, w myśl obowiązującego prawa kościelnego, niemożliwe. Wyłączne kompetencje w tych sprawach przejęła Kongregacja Nauki Wiary, biskupi, którzy nie zgłosili do niej przypadków molestowania, narażali się zaś na kary. Z tego powodu w latach 2005–2013 Benedykt XVI zdymisjonował na świecie ok. 80 biskupów.
Wiele wskazuje na to, że w Polsce przez siedem lat chyba ani jeden biskup nie zgłosił do Watykanu w sposób określony przez normy z 2001 r. żadnego przypadku wykorzystywania nieletnich przez duchownych. Dopiero w 2008 r. do Rzymu wpłynęły pierwsze formalne zgłoszenia z kurii płockiej. Decyzja podjęta przez władze tej diecezji w 2007 r. wymuszona została głośnym śledztwem dziennikarskim i doniesieniami do prokuratury. Potem wokół tego typu spraw zapanowała cisza – aż do roku 2013 i skandalu w parafii na warszawskim Tarchominie. Później znów zapadło milczenie. Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło dopiero w ciągu ostatnich dwóch–trzech lat.
W związku z tym rodzi się zasadne pytanie: czy rzeczywiście po roku 2001, przez tyle lat, w całym kraju nie było ani jednego przypadku molestowania dzieci przez księży? Ostatnie wyroki Watykanu w sprawie polskich biskupów podważają taką wersję, ujawniając jedynie wycinek problemu. Ks. prof. Andrzej Kobyliński, który o homoseksualnym lobby i pedofilii klerykalnej alarmował już od 1998 r., mówi wręcz o „systemowym tuszowaniu afer” w polskim Kościele po 2001 r. O szczegółach owego zamiatania pod dywan wiemy jednak więcej z doniesień dziennikarskich niż z oficjalnych komunikatów kościelnych. Jak choćby w przypadku abp. Skworca, który jako ordynariusz diecezji tarnowskiej nie tylko nie zgłosił do Kongregacji sprawy księdza pedofila, lecz wysłał go na Ukrainę, gdzie ten kontynuował swój niecny proceder.
Wielu zadaje sobie pytanie: kto będzie następny?
Artykuł z 32/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
