Dzień euforii i krwawych potyczekDzień euforii i krwawych potyczek. "Akcja usuwania Niemców nie była skoordynowana i kierowana odgórnie, ale przebiegała spontanicznie"

Z każdą godziną napięcie narastało i mimo dobrej woli dowództw obu stron niemal w każdej wybuchały w mieście mniejsze lub większe starcia zbrojne, a liczba ofiar rosła po obu stronach.
Dzień odzyskania niepodległości wiązał się nie tylko z euforią. W Warszawie trwały regularne starcia z żołnierzami niemieckimi i w nieco mniejszym stopniu z bolszewikami, usiłującymi i tu wzniecić rewolucję. 11 listopada 1918 r. był dniem radosnym, pełnym emocji, ale też zimnym i deszczowym.
Ten dzień wpisał się w zbiorową wyobraźnię obrazkiem powszechnego entuzjazmu i rozbrajania niemieckich żołnierzy przez nieuzbrojonych przechodniów. Często istotnie tak bywało.
Zaczęło się rozbrajanie Niemców. Jako dowódca patrolu widziałem na ulicy kilkakrotnie, jak peowiacy, dowborczycy i harcerze (a także cywile, nawet niewiasty i chłopcy) rozbrajali kajzerowskich żołnierzy
– wspominał Stefan Jellenta, historyk, legionista, świadek wydarzeń. Niemcy byli tego dnia kompletnie zdezorientowani. Kilka dni wcześniej rewolucja zdetronizowała cesarza, oni sami przegrali wojnę, w większości nie mieli więc nawet pojęcia, w jakim kraju znajduje się aktualnie ich dom.
Niejasne było nawet to, kogo właściwie mają słuchać. Władzę nad armią przejęła zrewoltowana Rada Żołnierska, ale wciąż przebywali tu oficerowie – nieustanne napięcie i tarcia między tymi grupami dodatkowo osłabiały morale. A na to wszystko nakładała się niepewność w kwestii zachowania się Polaków. Mieli świadomość, że byli zaborcą i okupantem, wiedzieli, że są nad Wisłą znienawidzeni, a wielokrotnie odczuwali na własnej skórze, że Polacy potrafią szybko sięgać po broń. Wiele na temat ich obaw mówią wspomnienia samego Józef Piłsudskiego. Kiedy mianowicie Komendant przyjechał do Warszawy i zamieszkał tymczasowo w lokalu przy ul. Moniuszki 2, niemal natychmiast do jego drzwi zapukała delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej.
Gdym zdziwiony tą delegacją zapytał, czego mogą chcieć ode mnie, stwierdzili, że są gotowi poddać się wszystkim moim zarządzeniom, bylebym im zagwarantował życie i swobodny odjazd do ojczyzny
– zapisał. Kiedy Piłsudski dociekał, czemu zwracają się właśnie do niego – bo nie miał przecież formalnie żadnej konkretnej władzy,
odpowiedzieli mi w sposób nadzwyczaj dowcipny […] iż gdyby się zwrócili do kogoś innego czy do jakiejś grupy, to właśnie dlatego, że zwrócili się do tej grupy czy człowieka, zostaliby wyrżnięci przez innych
– wspominał. Trzeba przyznać, że Niemcy zdradzili doskonałą orientację w politycznym chaosie pierwszego dnia odrodzonej polskości, a przy okazji niezłą umiejętność łechtania ego przyszłego Marszałka. 11 listopada o godz. 8 rano Piłsudski udzielił im gwarancji bezpiecznego opuszczenia terytorium Polski, co wkrótce zakomunikował publicznie.
Ani jednemu z nich nie śmie stać się najmniejsza krzywda
– zażądał od zgromadzonego tłumu. Z wykonaniem tego rozkazu bywało jednak bardzo różnie.
Wojna nerwów
Tego dnia niemiecka agencja Wolffa donosiła:
Żołnierze i oficerowie niemieccy, którzy opuszczają Warszawę, znaleźli się w trudnym położeniu z powodu braku połączenia kolejowego. Dziś nie otrzymano w Warszawie pism niemieckich. Także połączenie telegraficzne między Berlinem i Warszawą przerwane. Władze wojskowe niemieckie usiłowały porozumieć się z Berlinem za pomocą telegrafu iskrowego, ale bez skutku. Nadeszły wiadomości, że miasta pograniczne, zajęte przez wojska niemieckie od pierwszych niemal dni wojny, są z pośpiechem ewakuowane. Wiadomości dotyczą Częstochowy, Będzina i Sosnowca
Zdezorientowani, ale wsparci gwarancjami Piłsudskiego, Niemcy często istotnie nie stawiali oporu przy rozbrajaniu. Nie wspominając o tym, że rozbrajali się też sami, całkiem chętnie sprzedając broń ludziom z półświatka w peryferyjnych dzielnicach – co musiało być zjawiskiem na tyle znanym, że wytknął im to nawet niedawno przybyły do Warszawy Komendant. Tak czy inaczej członkowie Legii Akademickiej, POW, dowborczycy, ale też cywile zatrzymywali na ulicach niemieckie patrole, odbierali im broń i zasadniczo puszczali wolno. Większe grupy opanowywały niemieckie urzędy, jak choćby biuro Zarządu Cywilnego w dawnym Pałacu Saskim, Belweder czy posterunki na mostach: kolejowym i Kierbedzia. Około 5 tys. żołnierzy i żandarmów niemieckich pochodzenia polskiego – jak wyliczył Lech Wyszczelski – zdezerterowało natychmiast z armii i zgłosiło się do wojska polskiego.
Wszyscy oni ryzykowali sporo, bo Niemcy pierwotnie szykowali się do obrony Zamku Królewskiego, w którym wciąż przebywał generał-gubernator Hans Hartwig von Beseler, upoważniono ich także do otwarcia ognia w przypadku próby zajęcia Cytadeli – gdzie schroniła się większość wojska. Mało tego. Miasto mogło zostać dość łatwo spacyfikowane, bo w położonej kilkanaście kilometrów od Warszawy Jabłonnie odpoczywały znaczne siły niemieckie powracające z frontu. Sytuacja była napięta, tym bardziej że akcja usuwania Niemców nie była skoordynowana i kierowana odgórnie, ale przebiegała spontanicznie. Niemcy byli zdenerwowani, Polaków zaślepiała euforia niepodległości – w tej sytuacji dość łatwo mogło dojść do poważniejszego wybuchu. O tym, że do niego nie doszło na większą skalę, zadecydował ostatecznie najprawdopodobniej rewolucyjny chaos, a pewnie i to, że wszyscy mieli już dość wojny. Zamek Królewski bez większych problemów opanowali członkowie Legii Akademickiej, Cytadelę zaś zdobyli sami zrewoltowani żołnierze niemieccy, aresztując komendanta i na dowód dobrej woli wypuszczając kilkuset osadzonych tam więźniów.
Dość sprawnie szło Polakom również odzyskiwanie dóbr materialnych, co było o tyle ważne, że Warszawa była wówczas miastem bardzo głodnym. Jak informowała prasa:
Wczoraj w godzinach rannych wyżsi urzędnicy ministerium przemysłu i handlu udali się w delegacji, na rozkaz tegoż ministerium, do niemieckiego wydziału surowców wojennych przy ul. Bielańskiej. Obecny tam jeszcze oficer niemiecki na żądanie urzędników naszych oddał pieniądze w sumie około 200 tys. marek oraz materiały w składach, do których niezwłocznie udali się młodsi urzędnicy ministerium. W magazynach urzędnicy nasi objęli w posiadanie około 300 tys. kg spirytusu, 100 tys. kg nafty, 400 tys. kg oliwy, olejów i w ogóle tłuszczów, mnóstwo manufaktury, skór, wyrobów włókienniczych, drzewa itd. Wartość tych odzyskanych surowców jest bardzo znaczna i wynosi niewątpliwie kilkanaście milionów marek
Sprawnie zawracano też transporty żywności idące w kierunku Wiednia lub Berlina. A bywały one ogromne. W okolicach Krakowa zatrzymano np. skład liczący czterysta wagonów, wypełnionych bydłem i trzodą chlewną.
Mimo tych sukcesów atmosfera napięcia wyraźnie unosiła się w powietrzu. Problem polegał na tym, że na ewakuację Niemcy potrzebowali co najmniej kilku dni, a w połączeniach kolejowych wciąż panował bałagan. Z każdą godziną napięcie narastało i mimo dobrej woli dowództw obu stron niemal w każdej wybuchały w mieście mniejsze lub większe starcia zbrojne, a liczba ofiar rosła po obu stronach.
Dzień małych bitew
Piłsudski rzeczywiście zdawał sobie z tego sprawę. Jedną z pierwszych jego decyzji było mianowanie komendantem milicji w Warszawie Jana „Jura” Gorzechowskiego – jednego z najbardziej zaufanych, dawnych bojowców Organizacji Bojowej PPS. To on był jednym z szefów brawurowej akcji z 1906 r., kiedy grupa spiskowców ubranych w rosyjskie mundury bez jednego wystrzału uwolniła dziesięciu skazanych na śmierć więźniów z Pawiaka. Gorzechowski po mistrzowsku odegrał rolę dowódcy rzekomego konwoju, co było tym bardziej niezwykłe, że po rosyjsku znał podobno zaledwie kilka słów i potwornie kaleczył akcent. Akcja była na tyle głośna, że kilka lat później powstanie o niej nawet film, „Dziesięciu z Pawiaka”. Nawet jednak on nie był w stanie całkowicie zapanować nad ekscesami rozgrywającymi się 11 listopada w Warszawie. Tylu strzałów i eksplozji w mieście warszawiacy nie słyszeli tak naprawdę przez cały czas trwania wojny. Bywały to niekiedy wręcz małe bitwy.
„Kurier Warszawski” donosił:
Na Muranowie i w obrębie dworca kowelskiego podczas wymiany strzałów między oddziałem wojska polskiego a stawiającym opór w oddaniu cytadeli oddziałem niemieckim wiele osób cywilnych odniosło wczoraj rany od strzałów kierowanych z Cytadeli
Dziennikarze podają nazwiska około 20 takich ofiar, zaznaczając, że lista ta nie jest pełna. Podobne epizody rozgrywały się również w innych częściach miasta. Reporterzy tego samego dziennika informowali dalej:
W ciągu całego dnia trwała z pewnymi przerwami strzelanina na Nalewkach, gdzie oddział wojska niemieckiego opierał się przekazaniu gmachu rządowego i broni. Stawiają również opór podchorążowie szkoły niemieckiej na Pradze, z którymi dochodzi do wymiany strzałów
Mnożyły się też drobniejsze incydenty, zwłaszcza wówczas, gdy ludność cywilna sama brała się za konfiskowanie poniemieckiego mienia. Choć tu akurat chyba nikt nie chciał nikogo zabijać. Wszędobylscy dziennikarze „Kuriera Warszawskiego” wyliczali:
O godz. 10, na ul. Kolejowej, jakiś Niemiec strzelił w ucho 28-letniej Józefie Skoneckiej, wyrobnicy. Na stacji towarowej Warszawa Wiedeńska, przy rabowaniu węgli, żołnierz niemiecki postrzelił w pośladek 26-letniego Stanisława Dębickiego… Lista podobnych przypadków była znacznie dłuższa.
To wszystko peryferia miasta, ale niebezpiecznie bywało także w ścisłym centrum. W biurze dyrekcji kolei, na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, niemieccy żołnierze bronili się przez kilka godzin. Ich kule dosięgły nawet przypadkowych przechodniów, ale też popijających kawę w ogródku kawiarni Nadświdrzańskiej. Dwóch z nich zmarło na miejscu. Do największego i najdłuższego starcia doszło jednak na placu Teatralnym, gdzie rozgorzała prawdziwa bitwa o ratusz.
Dziś […] doszło do ostrej wymiany strzałów na placu Teatralnym pomiędzy oddziałem wojska polskiego a oddziałem niemieckim, strzegącym prezydium policji niemieckiej, które odmówiło jakoby wydania nagromadzonych w ratuszu olbrzymich zapasów i materiałów i skonfiskowanej w swoim czasie ludności broni. Strzelanina przy użyciu karabinów maszynowych i granatów ręcznych trwała do późnej nocy. Wynik tego oblężenia w chwili wydawania numeru nie jest znany
– informowali na gorąco reporterzy „Kuriera Warszawskiego”. Wygrali rzecz jasna Polacy, ale liczba ofiar była znaczna.
Starcie dwóch rewolucji
Ale nie tylko starcia z Niemcami powodowały, że 11 listopada był dniem bardzo brutalnym. Kolejną przyczyną rozlewu krwi była kwestia bolszewicka. Nie wiadomo, kto konkretnie był inicjatorem zajść, ale faktem jest, że pojawiły się próby wywołania rewolucji także w Warszawie, a antypolskie okrzyki pojawiały się w trakcie komunistycznych manifestacji. Wbrew pozorom nie były one niepopularne, ale wywoływanie ich tego akurat dnia, kiedy euforia niepodległości osiągała szczyty, było pomysłem bardzo karkołomnym.
W ciągu wczorajszego dnia zaszło mnóstwo epizodów na ulicach. Epizody te miały wszędzie niemal związek z powszechnym przeciwbolszewickim nastrojem, jaki ogarnął całą ludność stolicy. Emisariusze rosyjscy, którzy w ciszy przygotowywali ze swoimi warszawskimi kamratami i którzy wcześniej byli poinformowani o rozpoczynającym się w sobotę likwidowaniu okupacji – wyruszyli na ulice, myśląc, iż pójdą za nimi tłumy i że nad Warszawą rozpostrzą swój krwawiący sztandar
– informowano następnego dnia w „Kurierze Codziennym”, a koledzy z „Kuriera Warszawskiego” dodawali:
W różnych dzielnicach miasta odbyły się próby manifestowania przeciw Polsce i wojsku polskiemu. Dość liczny tłum z czerwonym sztandarem szedł w dzielnicy wolskiej ulicą Chłodną. Oddział żołnierzy polskich, idący na mszę św. do kościoła, był sprowokowany przez manifestantów i w 60 osób bez użycia broni przy pomocy pasów i pięści rozproszył tłum liczący 2000 ludzi
W tym przypadku obeszło się bez rozlewu krwi. Bywały jednak sytuacje znacznie bardziej groźne. Dziennikarze „Kuriera Warszawskiego” byli na miejscu, kiedy „zuchwałego napadu na żołnierzy polskich dopuścili się bolszewicy około godz. 17.30 na ul. Królewskiej. W czasie tym z dowództwa 1 brygady powracał do koszar na ul. Ciepłą oddział 20 żołnierzy, z których tylko 5 uzbrojonych było w karabiny. Gdy oddział znalazł się u zbiegu Marszałkowskiej i Królewskiej, z przejeżdżającej bryczki posypały się strzały rewolwerowe do żołnierzy, po czym napastnicy popędzili szybko Marszałkowską w kierunki Siennej. Zaskoczeni tym zamachem żołnierze puścili się w pogoń. Gdy pogoń za uciekającymi wydawała się już utrudniona, dali salwę z karabinów. Bryczka przewróciła się, a z pośród uciekających jeden padł trupem, dwóch zranionych, a dwóch z rewolwerami w rękach zbiegło”.
Drobniejszych epizodów wynikających z „antybolszewickiego nastroju” było, jak oceniali dziennikarze, znacznie więcej. Na łamach wyliczano:
W różnych punktach miasta zaszły następujące wypadki: Na ul. Ciepłej, ok. godz. 16, robotnik Szaja Robak, lat 32, otrzymał ranę w plecy bagnetem. Na pl. Bankowym, ok. godz. 18, otrzymał ranę postrzałową 16-letni Julian Kieszkowski. O godz. 9 w obrębie kolejki grójeckiej, podczas strzelaniny, odnieśli rany przypadkowo: 26-letni Jan Sikora, kowal, i 21-letni Kazimierz Woźniak, konduktor. Na Powązkach 40-letni Jan Cieślewski, woźnica, otrzymał ranę kłutą bagnetem w plecy. Ok. godz. 21 rozległ się szereg strzałów w pobliżu dworca wiedeńskiego. Po pierwszych strzałach nastąpiły salwy z rewolwerów i karabinów. Strzelanina trwała blisko godzinę
Co ciekawe, komunistyczna agitacja w niemieckich szeregach nie wywołała żadnej reakcji. Sylwester Okoń, policjant X Komisariatu Policji Państwowej, w raporcie dla swojego dowódcy opisał charakterystyczną sytuację, która zdarzyła się na Dworcu Głównym:
Do tłumu [cywilów – przyp. aut.] przed dworzec wyszedł oficer niemiecki z plutonem żołnierzy uzbrojonych, którzy stanęli w szyku rozwiniętym na stopniach, zasłaniając wejście na dworzec, z bronią u nogi, którzy najprawdopodobniej czekali dalszych rozkazów. W tym momencie wyszedł żołnierz niemiecki, w czapce z czerwonym lampasem, mundur rozpięty, kokarda czerwona na lewym boku, twarz ogorzała, i bystro przystąpił do oficera, coś mu powiedział, chwycił hełm z głowy, zerwał orła, rzucił na ziemię i również zwrócił się do stojącego plutonu, ostro coś do nich przemawiając. Niemcy stali jak wryci; dało się zauważyć zabicie w nich ducha zupełne. Wówczas stojący tłum krzyknął: »marsz, naprzód, hurra!«. Wraz z tłumem wtargnęliśmy do środka, zabierając Niemcom karabiny […] Niektórzy z nich sami zanosili broń i amunicję z dworca, składając takową w salce wejścia głównego
Tego dnia rozszalał się także pospolity bandytyzm ludzi marginesu skuszonych, jak zwykle w takich sytuacjach, perspektywą łatwego rabunku.
Czekając na pociąg
12 listopada dla Piłsudskiego sprawą najważniejszą był sprawny i spokojny przebieg ewakuacji żołnierzy niemieckiego garnizonu. W Cytadeli zgrupowało się bowiem 8 tysięcy żołnierzy niemieckich, którzy wyrażali gotowość do walki, gdyby ich postulaty nie zostały spełnione
– pisał Wyszczelski. A postulaty te dotyczyły wyłącznie możliwości dostania się do pociągu, który zawiezie ich do domu. Ich dowódca gen. Beseler nie czekał nawet na to. Już tego dnia odpłynął statkiem Wisłą do Prus Wschodnich. Większość pozostałych musiała w niepewności czekać do 19 listopada, a 15 listopada wybuchła z tej niepewności nawet strzelanina w okolicach Cytadeli.
11 listopada było szaro, zimno i coś siąpiło z nieba. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął” – wspominał ten dzień premier Jędrzej Moraczewski.
Artykuł z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
