Zuzanna Kurtyka: „Instytut jest przejmowany przez środowisko Gazety Wyborczej. Po co Polakom taki IPN?”. NASZ WYWIAD

fot. wSieci
fot. wSieci

wPolityce.pl: W najnowszym wydaniu tygodnika „wSieci” zadajemy pytanie, czy aby przypodobać się SLD, Donald Tusk wymusi na IPN zaprzestanie walki o pamięć historyczną. Czy pani także widzi polityczną rozgrywkę wokół instytutu?

Zuzanna Kurtyka, wdowa po prezesie IPN, śp. Januszu Kurtyce: Ja to oceniam jeszcze szerzej. Toczy się teraz wokół instytutu coś na kształt próby sił. Decyduje się to, kto w przyszłości będzie rządził IPN-em, a zatem badaniami nad naszą narodową pamięcią. Nowelizacja ustawy o IPN daje prezesowi dwie możliwości, albo ta funkcja będzie wykonywana solidnie, albo prezes może być figurantem. Gra teraz toczy się o to, aby społeczeństwo zaakceptowało „przejęcie” instytutu przez osoby związane ze środowiskiem Gazety Wyborczej. Bo tylko to towarzysko uważa siebie za jedynych, którzy mogą Polaków pouczać i mówić, co mamy myśleć. Mówię o takich osobach jak pan prof. Andrzej Friszke, jak pan prof. Antoni Dudek, jak pani wiceprezes Agnieszka Rudzińska, czy pan dyrektor Krzysztof Persak, który podpisał się pod oświadczeniem instytutu na temat policyjnej akcji na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej.

No właśnie, jak ocenić zajście na Wałbrzyskiej, kiedy prace zespołu prof. Szwagrzyka zostały zakwestionowane przez prokuraturę powszechną?

Pan Persak podpisał się pod dokumentem, który kompromituje władze IPN w sposób dramatyczny. Wynika z niego bowiem, że instytut nasłał prokuraturę powszechna sam na siebie. W skali funkcjonowania tej instytucji to jest sprawa kuriozalna. A gdzieś na tym tle zaginęła zupełnie postać osoby odpowiedzialnej za instytut, czyli postać prezesa Łukasza Kamińskiego. To on jest odpowiedzialny za tę instytucję, a więc także za to, co się stało i to on musi ponieść za to odpowiedzialność. Albo powinien wyciągnąć środki dyscyplinarne w stosunku do osób, które się tego dopuściły. No bo jak o IPN świadczy sytuacja, kiedy nasyła on policję i prokuraturę sam na siebie? To właśnie dowód na „przejmowanie” IPN przez inna opcję. W tym momencie instytut automatycznie przestaje się wywiązywać ze swoich ustawowych obowiązków. Musi paść tutaj dramatyczne pytanie: jeśli tak, to po co nam ten IPN?! Musimy sobie odpowiedzieć, po co w takim razie Polakom Instytut Pamięci Narodowej?

A co się takiego stało, że właśnie teraz widać to, co się dzieje pod spodem wszystkich oficjalnych działań?

Jest to proces bardzo rozłożony w czasie. Ale nie da się ukryć, że właśnie teraz z instytutu są wyrzucani bardzo wartościowi ludzie. Jeszcze w ubiegłym roku usunięto z funkcji dyrektora wrocławskiego oddziału pana profesora Włodzimierza Suleję. Stało się to w sposób tajny, nie ujął się za nim nikt, na ten temat w przestrzeni publicznej nie padło ani jedno słowo. Niedawno został wyrzucony z pracy kolejny dyrektor kolejnego oddziału, tym razem w Katowicach, pan dr Andrzej Drogoń. Tym razem środowiska związane ze Śląskiem nieśmiało protestowały, ale to wszystko tonie w morzu ciekawszych dla mediów informacji. Więc ten proces rozmontowywania IPN-u od spody trwa. Ale ta akcja na Służewie to chyba już lekka przesada. Bo przeprowadzono ją w stosunku do ekipy profesora Szwagrzyka, ekipy , która posiadała wszelkie wymagane pozwolenia i która takie prace wykonywała nie po raz pierwszy, Co więcej - ich prace na powązkowskiej „Łączce” odbywały się przy aplauzie obserwatorów, mediów, kierownictwa instytutu i prawie pod patronatem samego prezydenta RP. W sumie te prace od siebie się niczym nie różnią. Takie same badania, ci sami pracownicy i ten sam cel - i nagle okazuje się, że tym razem to przestępstwo? Jeśli tak, to oznacza, że dopuścił się go IPN, który postanowił zaaresztować sam siebie. Paranoja kompletna! Na Boga! Przecież wychodzi na  to, że ci ludzie ciągle walczą z żołnierzami polskiego podziemia niepodległościowego!

Jak ocenić te niemoc wokół kontynuacji prac na „Łączce”? Są pewne przeszkody, ale gdyby próbowano je pokonać z pewnym wyprzedzeniem, to już byłoby po sprawie. Skąd ta bierność w IPN?

Dla wielu ludzi to są ogromnie ważne sprawy, a dla wielu środowisk to są kwestie podstawowe. Dokładnie wczoraj rozmawiałam z jednym z członków rodziny osoby ekshumowanej na „Łączce”. Powiedziałam mu, że ten uroczysty pogrzeb, na który on bardzo liczył jest na chwile obecna fikcją. I ten starszy człowiek po prostu płakał. Ale jest tak, że wszędzie tam, gdzie ekshumacja Żołnierzy Wyklętych wiąże się z ekshumacją osób pochowanych nad nimi, prace są wstrzymywane. Ale to należało przewidzieć, a nie teraz być zaskoczonym, że na „Łączce” nie da się kontynuować prac. Najprawdopodobniej komunistyczni oprawcy na to liczyli. Chowanie Wyklętych, a na nich komunistów to nie był przypadek, to były głęboko przemyślane działania.

Czy widzi pani jakąś drogę wyjścia z tego klinczu?

Na pewno nie można pozwolić, aby ta sytuacja dalej brnęła w tym kierunku. Należy protestować i wymóc, aby wycofano to zawiadomienie do prokuratury powszechnej ws. prac na Wałbrzyskiej. Jeśli to się nie stanie to cała ta idea, nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce zostanie zahamowana. Nikt już drugi raz nie będzie chciał się tego podjąć. A już na pewno nie zrobi tego, zresztą jak widać, instytucja, która powinna to robić, czyli IPN. Ale widocznie takie jest trend, aby tych nieco bardziej niezależnych dyrektorów oddziałów usunąć, żeby nikomu już nie przychodziło do głowy rozpoczynanie takich prac. Cała ta akcja jest montowana bardzo sprytnie i przeprowadzana krok po kroku, dlatego tylko zmasowany wielki opór społeczeństwa może tutaj cokolwiek pomóc.

W artykule tygodnika „wSieci” sugerujemy także, że obecna polityka IPN jest odwracana wobec tego, co działo się w czasie, kiedy prezesem był pani mąż, śp. Janusz Kurtyka. Jak pani to ocenia?

To już jest zupełnie inna polityka. Z tym, co robił IPN za czasów mojego męża, właściwie nie ma już nic wspólnego. Oczywiście są tam jeszcze bardzo porządni i wartościowi ludzie, którzy próbują pracować, natomiast faktem jest, że sukcesywnie się ich marginalizuje a nawet pozbywa. Dlatego instytut podejmuje takie akcje, które w sumie mogą być, ale wcale być nie muszą. Janusz kiedyś mówił, że instytut mógłby udawać, że pracuje, mógłby zajmować się problemami błahymi i wszyscy byliby prawdopodobnie zadowoleni, ale nie po to został powołany. Ale wtedy należałoby się naprawdę poważnie zastanowić, czy taki IPN ma jeszcze rację bytu. Tak jest teraz. A jeżeli IPN miałby rzeczywiście zostać przejęty i pracować dla środowiska Gazety Wyborczej, to chyba rzeczywiście nie ma sensu, żeby istniał.

Rozmawiał Marcin Wikło

POLECAMY TAKŻE najnowszy numer tygodnika „wSieci” z artykułem: „Kolejny cios w Wyklętych” - Czy aby przypodobać się SLD, Donald Tusk wymusi na IPN zaprzestanie walki o pamięć historyczną?

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...