Cyrk na cmentarzu, czyli policja aresztuje trumienki, prace na „Łączce” stoją, a IPN donosi na… IPN

Prace ekshumacyjne na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej, fot. M. Czutko
Prace ekshumacyjne na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej, fot. M. Czutko

W IPN od dawna nie dzieje się dobrze. Właściwie to można nawet powiedzieć, że tak źle to chyba nie było jeszcze nigdy. Źle i niebezpiecznie, bo kiedyś zagrożenie dla instytutu przychodziło z zewnątrz, teraz wszystko wygląda tak, jakby ktoś chciał tę instytucje rozsadzić od wewnątrz.

Jest tyle „ważnych” spraw dla głównych mediów, że takimi małostkami jak kondycja jedynej instytucji, która jako tako dba o pamięć historyczną schodzi na plan dalszy. W zgiełku politycznej zawieruchy związanej z kolejnym nieudanym odwołaniem rządu Donalda Tuska i w oparach absurdu związanego ze spoliczkowaniem Boniego przez Korwina giną sprawy ważne. Ale widocznie w takiej to już przykrywkowej rzeczywistości musimy funkcjonować.

Niezwykle ważna jest moim zdaniem informacja o tym, co stało się warszawskim cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej. Tam, gdzie przez ostatnie dwa tygodnie pracowała ekipa historyków, archeologów, antropologów i wolontariuszy pod kierownictwem dra hab Krzysztofa Szwagrzyka. Okazało się, że łapę na całej sprawie, na szczęście po zakończeniu pierwszego etapu prac położyła prokuratura okręgowa Warszawa - Mokotów.

Ci, którzy widzieli to na własne oczy, przecierają je ze zdumienia. Po prostu przyszedł prokurator z policjantami i powiedział coś w stylu: proszę nam oddać szczątki tych ofiar komunizmu, które podjęliście z cmentarza, bo nie mamy pewności skąd one pochodzą i kim byli ci, których znaleźliście. Trudno się dziwić osłupieniu całej ekipy, bo to ludzie, którzy w swoim zawodowym życiu podjęli takich szczątek kilkaset, albo nawet kilka tysięcy, ale po raz pierwszy ich pochodzenie zakwestionował prokurator.

To zdziwienie jest jeszcze większe, bo oto okazuje się, że na pracowników IPN doniósł… IPN. Instytut przyznał się do tego zresztą na swojej stronie internetowej.

W absurdalnym komunikacie czytamy:

Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu stwierdziła, że na obecnym etapie brak jest wystarczających przesłanek do podjęcia czynności przez pion śledczy IPN. W związku z tym – uznając swoją niewłaściwość – prokurator IPN, działając na podstawie art. 304 par. 2 kodeksu postępowania karnego, poinformował jednostkę organizacyjną prokuratury powszechnej o fakcie odnalezienia podczas prac archeologicznych na cmentarzu przy ul. Wałbrzyskiej szczątków ludzkich.

Ważne jest, aby zwrócić uwagę na dwa fragmenty. Podczas dwutygodniowych prac zespół IPN znalazł na Wałbrzyskiej szczątki 23 osób, w większości złożone w masowych grobach odkrytych w miejscach, gdzie obecnie są cmentarne alejki. Znając dokumenty historyczne trudno doprawdy mieć wątpliwości, że to ofiary komunistycznego terroru. Z 23 szczątków tylko cztery można było wydobyć, bo reszta częściowo znajdowała się pod współczesnymi grobami, a w grę nie wchodziło ani ich rozczłonkowanie, ani wkopywanie się pod obecne tam mogiły. Z tych, które pozostały w ziemi pobrano próbki DNA. Zatem tylko cztery szkielety złożono w trumienkach, czy to mało? Być może dla Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu za mało, skoro uznała, że „brak jest wystarczających przesłanek do podjęcia czynności przez pion śledczy IPN”. Niesłychane!

Absurd kolejny wynika właśnie z tego. Szef pionu śledczego IPN, prokurator Dariusz Gabrel „uznając swoją niewłaściwość” jak napisano w komunikacie powiadomił prokuraturę powszechną o znalezisku. To już horrendum! Pion śledczy IPN, którego OBOWIĄZKIEM jest praca nad takimi właśnie przypadkami na własne życzenie oddaje śledztwo prokuratorom cywilnym.

Ci też „popisali się” oświadczeniem na stronie internetowej. Potwierdza ono, że doniesienie złożył prok. Dariusz Gabrel.

Z treści powyższego zawiadomienia wynikało także, iż w toku prac archeologicznych nie ustalono tożsamości ofiar ani też nie określono czasu i okoliczności ich zgonu, co zgodnie z obowiązującymi przepisami skutkuje uznaniem, iż organem właściwym do prowadzenia sprawy jest jednostka organizacyjna prokuratury powszechnej, ze względu na miejsce ujawnienia  szczątków

— czytamy w komunikacie.

Co to za bzdura? Mówimy, przypomnę o szczątkach czterech osób podjętych z ziemi w ciągu niespełna dwóch tygodni. Jak można czynić zarzut, że w tym czasie „nie ustalono tożsamości ofiar”? Z „Łączki” w ciągu dwóch lat podjęto szczątki 194 osób. Po kilku miesiącach identyfikowano 28 osób. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby identyfikacji wymagać od ręki. Na Wałbrzyskiej wszystko podziało się bardzo szybko.

Kiedy kilka tygodni temu opisałem w tygodniku „wSieci” fakt, że instytut w stosunku do zbrodni komunistycznych działa tak, jakby się czegoś bał, jakby ktoś celowo blokował prace na „Łączce” to spotkałem się ze zmasowaną krytyką. Że coś wymyślam, że jątrzę, że szkodzę sprawie. Od tych kilku tygodni prace na „Łączce” nie posunęły się nawet o milimetr. Pisałem także, że kierujący zespołem dr Krzysztof Szwagrzyk jest marginalizowany i odsuwany od procesów decyzyjnych. Ba, nawet od informacji. Teraz, jak słusznie powiedział Tadeusz Płużański, prezes Fundacji „Łączka” nikt chyba nie może mieć wątpliwości, że „Szwagrzyk zrobił swoje, Szwagrzyk może odejść”.

Ludzie, którzy znają sprawę twierdzą, że odsuwanie Szwagrzyka ma m. in. podłoże ambicjonalne. Bo to naukowiec z Wrocławia dał będącemu w kryzysie IPN-owi uzasadnienie istnienia. Kiedy okazało się, że determinacja jego i kierowanego przez niego zespołu przynosi efekty i dołów hańby na „Łączce” udaje się wydobywać kolejnych bohaterów, stał się dla instytutu kimś ważnym, wręcz niezbędnym. Kiedy okazało się, że odnaleziono „Zaporę”, „Łupaszkę”, Kasznicę i innych nikt już nie odważył się pytać, czy istnienie IPN ma sens. A telewidzowie, czytelnicy, internauci poznali skromnego, rozważnego historyka, który ma jasny cel - odkłamać historię zafałszowaną przez komunistów. Nie każdemu w instytucie to się spodobało.

fot. wSieci.pl
fot. wSieci.pl

We „wSieci” ujawniliśmy także, że wokół „Łączki” trwa dziwna gra, instytucje przerzucają się odpowiedzialnością, rodziny ofiar są ignorowane, a zgody na kontynuowanie prac nie ma. Trzeci etap ekshumacji miał się zacząć wiosną. Z IPN słychać tylko: to żmudne procedury, delikatne sprawy, trzeba czekać. Okej, czekamy. Dlatego, kiedy w międzyczasie okazało się, że „ekipa Szwagrzyka” może popracować na Wałbrzyskiej powiało optymizmem. Niestety, nie na długo.

Tej sprawy nie zostawimy. Wysłałem już kilkanaście pytań do IPN, Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i prokuratury. Czekam na odpowiedź.

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...