Zaufał Panu Bogu. "Odszedł wybitny dziennikarz"Zaufał Panu Bogu. "Większość ludzi w takiej sytuacji paraliżuje strach. A co robi rzeszowski dziennikarz?"

Gdy na stole operacyjnym neurochirurg wycinał mu złośliwy nowotwór mózgu, Jaromir Kwiatkowski opowiadał o bohaterach swoich książek, by lekarz miał pewność, że nie uszkadza mu ośrodka mowy. Po ciężkiej chorobie odszedł wybitny dziennikarz, zostawiając nam poruszający testament, w którym pisał o wdzięczności i zaufaniu Bogu.
Dla większości diagnoza glejaka jest wyrokiem i końcem świata (jeden z najgorzej rokujących nowotworów). Dla znanego rzeszowskiego redaktora stała się darem wolniejszego czasu i rekolekcjami. Jak zamiast buntu i strachu odnaleźć w śmiertelnej chorobie nadludzki pokój, pogodę ducha i miłość drugiego człowieka – o tym jest ostatnia książka Jaromira.
16 lipca 2026 r. podkarpackie środowisko dziennikarskie pogrążyło się w głębokim smutku. W wieku zaledwie 63 lat, po niezwykle bohaterskiej, dwuipółletniej, wycieńczającej walce z glejakiem mózgu odszedł redaktor Jaromir Kwiatkowski. Był postacią nietuzinkową – wieloletnim zastępcą redaktora naczelnego Gazety Codziennej „Nowiny”. Na jej łamach opisywał najważniejsze wydarzenia z życia regionu, komentował sprawy społeczne i polityczne, a także sportowe. Należał do grona najbardziej rozpoznawalnych rzeszowskich dziennikarzy. Był również wieloletnim zastępcą redaktora naczelnego „Posłańca Matki Bożej Saletyńskiej”. Jego teksty ukazywały się też m.in. w takich pismach jak „Solidarność”, tygodnik „Sieci” i „San” oraz w tygodnikach katolickich, m.in. „Niedzieli”.
Zaczynał od prozy, pisał też wiersze, był w sumie autorem 38 książek reportażowych i biograficznych, a przede wszystkim człowiekiem o niezłomnej wierze, głęboko zakorzenionym w wartościach chrześcijańskich i ruchu Domowy Kościół.
Skromna książeczka
Choć odszedł, zostawił po sobie coś niezwykle cennego – książkę „Glejak. Zaufać Panu Bogu”, która ukazała się w 2025 r. nakładem Wydawnictwa Sumus.
Skromna książeczka jest bardzo szczera. Nie jest realizacją wzniosłych aspiracji, nie rości sobie prawa do czegoś niezwykłego, niczego nie udaje. Mimo że pisana w cieniu diagnozy – wyroku, choć autor każdego dnia zmagał się z wieloma dolegliwościami i ograniczeniami, publikacja nie jest rzewnym pamiętnikiem odchodzącego człowieka.
Z każdej strony przebija pogoda ducha i optymizm – ale nie ten płytki, powierzchowny, lecz głęboki, bazujący na zaufaniu Bogu. To słowa człowieka stojącego na pograniczu życia i śmierci, to poruszający duchowy testament, rzucający światło na sens ludzkiego cierpienia.
„Nie znam, Panie, Twoich planów. Nie wiem, co jest mi przeznaczone. Ale ufam Ci z całego serca, które bije dzięki Tobie i dla Ciebie. Bądź wola Twoja!”
Na żywym organizmie
Aby zrozumieć, kim był Jaromir Kwiatkowski, trzeba przenieść się do sali operacyjnej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM przy ul. Banacha w Warszawie. Jest piątek, 10 listopada 2023 r. Na stole operacyjnym leży człowiek z otwartą czaszką. Trwa kraniotomia wybudzeniowa – skomplikowana procedura neurochirurgiczna, podczas której pacjent musi pozostać świadomy, by lekarze mogli kontrolować kluczowe funkcje jego mózgu.
Większość ludzi w takiej sytuacji paraliżuje strach. Wielu mdleje z przerażenia, inni wpadają w panikę. A co robi rzeszowski dziennikarz? To, co kochał przez całe swoje zawodowe życie. Zaczyna opowiadać. Sam wspominał ten moment z właściwym sobie, reporterskim dystansem:
„Sytuacja rozgrywa się na dwóch planach. Pierwszy: przede mną, jestem człowiekiem, który lubi duże wyzwania. Tym razem muszę przemawiać w czasie operacji, żeby lekarz miał pewność, że nie uszkadza ośrodka mowy w mózgu. Odpalam się i zaczynam opowieść towarzyszącym mi neuropsychologom o bohaterach moich książek: błogosławionym ks. Józefie Kowalskim z Siedlisk, męczenniku salezjaninie w Auschwitz, Genowefie Nowak, znakomitej rzeźbiarce pochodzącej z Terliczki nieopodal Rzeszowa, a zarazem nauczycielce w liceum plastycznym w Nowym Wiśniczu (zmarłej w 1981 r.), jak również o 63-letniej dziś Izie Zatorskiej-Pleskacz, legendzie polskiego biegania górskiego”.
Pod skalpelem chirurga rodzi się opowieść o ludziach Podkarpacia – o niezłomnym księdzu, o lokalnej rzeźbiarce, o legendarnej górskiej biegaczce. Kwiatkowski nie mówi o sobie, nie użala się nad własnym losem.
Pasja, z jaką Jaromir opowiadał na stole operacyjnym, była tak magnetyczna, że zburzyła sztywne medyczne procedury. Zamiast mechanicznego odpytywania pacjenta z tabliczki mnożenia czy powtarzania prostych słów, lekarze po prostu dali się porwać tej historii. Wybitny publicysta wciągnął personel medyczny do własnego reporterskiego świata.
„Neuropsycholożki są zachwycone tym, że tak bardzo się zaangażowałem. Cieszą się, że nie muszą zadawać pytań na język ani zadawać dodatkowych pytań z przygotowanego katalogu. Poddają się do tak skomplikowanej historii zainteresowani opowieścią. Żywo opowiadałem, nie zwracam uwagi i dobrze, na drugi plan, gdzie za kurtyną pracuje nad moją głową dr hab. med. Tomasz Dziedzic, neurochirurg. Po zabiegu, zmęczony, zasypiam. Kiedy myślę o tej scenie po upływie czasu, czasami robi mi się zimno, ale taka jest współczesna medycyna”.
Spokój w godzinie próby
Ten głęboki, wewnętrzny pokój nie narodził się jednak nagle na warszawskiej sali operacyjnej. Towarzyszył Jaromirowi od pierwszego uderzenia choroby. Gdy w swojej książce autor wraca pamięcią do momentu, w którym nowotwór po raz pierwszy zamanifestował swoją niszczycielską obecność, uderza całkowity brak paniki. Dla dziennikarza, którego całym życiem i narzędziem pracy było słowo, nagła utrata kontroli nad mową i pismem powinna być momentem absolutnego przerażenia. U Kwiatkowskiego było zupełnie inaczej. Opisuje te dramatyczne chwile z dystansem obserwatora, a jednocześnie głęboko zawierzając Bogu, pośród najbliższych mu ludzi z Domowego Kościoła.
„Po Mszy pogaduchy z przyjaciółmi z Domowego Kościoła. Czuję, że jakoś trudniej niż zwykle zebrać mi myśli. Po krótkiej przerwie idziemy na konferencję ks. Tomka, a późniejszej pary diecezjalnej Halinki i Zbyszka Grochalów. Próbuję coś z tego zanotować, ale litery nie ”wchodzą„ mi na koniec długopisu. Renia, myśląc, że jestem odwodniony, podaje mi butelkę wody do wypicia. Nie ma rady, wychodzimy. Przy drzwiach wejściowych do Instytutu czuję, że zaczyna mi wstrzymywać mowę. Później lekarze pytają mnie, czy ”zatrzymywało mi„ słowa, które rzeczywiście chciałem powiedzieć, czy raczej mówiłem coś bez sensu… Nie, nie mówiłem nic bez sensu, a jedynie czułem, że słowa zatrzymują mi się w połowie. Nie miałem też utraty świadomości”.
W tym opisie nie ma ani jednego słowa buntu. Gdy litery „nie wchodzą na koniec długopisu”, gdy słowa „zatrzymują się w połowie”, Jaromir nie pyta dramatycznie: „Dlaczego ja, Panie?”. Wie, że jego życie bez względu na okoliczności znajduje się w najlepszych możliwych rękach. Ten brak lęku w obliczu pierwszych symptomów śmiertelnej choroby to klucz do zrozumienia całej jego późniejszej postawy. To nie była rezygnacja czy apatia, lecz dojrzały, wypracowany latami formacji duchowy pokój.
Lekarz z ludzką twarzą
Ta specyficzna dla niego pogoda ducha sprawiała, że wokół jego szpitalnego łóżka znikał chłód instytucji, a pojawiała się autentyczna bliskość. Jaromir Kwiatkowski, posiadający unikalny dar zjednywania sobie ludzi i patrzenia na nich przez pryzmat ukrytego w nich dobra, potrafił dostrzec w wybitnym neurochirurgu nie tylko precyzyjnego rzemieślnika, lecz przede wszystkim przyjaciela. Z kart książki bije wręcz uderzająca fala ciepła, gdy autor opisuje swoje relacje z personelem medycznym.
„Doktora Dziedzica nazywamy Tomkiem lub docentem Tomkiem. Ma kapitalne podejście do pacjenta. Kiedy widzimy się pierwszy raz i staje się jasne, że to on będzie mnie operował, od razu proponuje, żebyśmy przeszli na ”ty„. Taka zażyłość lekarza z pacjentem powoduje, że obaj stają się sobie bliscy, a ten drugi nie boi się aż tak bardzo. Renia pyta, czy doktor może przejść na ”ty„ także z żoną pacjenta. Tomek ze uśmiechem mówi, że tak. I tak się dzieje”.
Ta więź pozostała po opuszczeniu sali operacyjnej. Trwała miesiącami, stając się dla rodziny Kwiatkowskich bezcennym punktem oparcia w momentach niepewności i nawrotów choroby.
„Do dziś jeździmy do Tomka na kontrole. Czasami, kiedy potrzebna jest fachowa porada, Renia pisze do niego. Obojętnie o której. Jeśli akurat w danej chwili nie może odebrać informacji, odpisuje albo oddzwania później. Krótka konsultacja, ”cześć„”.
Zamiast roszczeniowości czy pretensji do świata o niesprawiedliwy los, autor na każdym kroku celebruje obecność dobrych ludzi. Podkreśla ich dyspozycyjność, zaangażowanie i bezinteresowność. Pisząc o swojej chorobie, de facto pisze wielki hymn pochwalny na cześć ludzkiej solidarności.
W reporterskim oku Kwiatkowskiego nigdy nie było miejsca na powierzchowność. W książce zamieszcza precyzyjną notę biograficzną lekarza.
„Doktor Tomek śmieje się, że stara się nie szkodzić pacjentowi. Darzymy go ogromnym podziwem i szacunkiem. Wiedzę i doświadczenie zdobywał w Klinice Neurochirurgii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, w której ukończył specjalizację i uzyskał tytuł specjalisty neurochirurga. A także na University of Pittsburgh School of Medicine oraz Weill Cornell University / New York Presbyterian Hospital w Stanach Zjednoczonych. Odbył dwa staże w Klinice Neurochirurgii Uniwersytetu w Toronto Western Hospital oraz w St. Michael's Hospital. Jeden z tych staży dotyczył operacji w wybudzeniu w przypadku guzów mózgu położonych w okolicach elokwentnych, a więc takich jak mój w czasie pierwszej operacji. Doktor habilitowany nauk medycznych. Adiunkt i wykładowca w Klinice Neurochirurgii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego”.
Święty „przystanek w drodze”
Dla człowieka tak aktywnego jak Jaromir Kwiatkowski diagnoza glejaka mogła być końcem wszystkiego. On jednak potrafił spojrzeć na raka z zupełnie innej perspektywy.
„Od tamtej pory nic nie jest takie samo. Okazało się, że praca i inne zaangażowania mogą poczekać albo znacznie zwolnić. I że wcale nie muszę tak biegać jak dotąd, nie muszę mieć kalendarza, szczelnie wypełnionego wydarzeniami (także religijnymi), mogę do wielu rzeczy podejść z dystansem i pewnym pokojem. Zaczął się dla mnie okres ”spowolnienia„. To dobry czas, bo Pan Bóg pokazuje mi w nim to, co jest najważniejsze. Daje czas na refleksję”.
W tych słowach kryje się wielka mądrość dojrzałego człowieka. W tym trudnym doświadczeniu nie był sam – otaczała go tarcza utkana z miłości najbliższych i modlitwy setek ludzi, których poruszyło jego świadectwo.
„Panie Boże, dziękuję Ci za okres od jesieni 2023 r. do dziś, za wszystkie doświadczenia, które przybliżają mnie – mam nadzieję – do Ciebie. Za Pana Jezusa. A także za Maryję i świętych, którzy wstawiają się za mną. Za moją kochaną Renię, za wspaniałą Rodzinę. Za cudownych Przyjaciół i wszystkich innych, którzy modlili się i modlą się w mojej intencji”.
Pomnik ze słów
Jaromir Kwiatkowski dzielnie walczył z nowotworem 2,5 roku, pracując i dając świadectwo niemal do samego końca. Diagnoza postawiona jesienią 2023 r., okupiona dwiema skomplikowanymi operacjami, chemioterapią i bolesnymi nawrotami, nie złamała jego wewnętrznego kręgosłupa.
Pani Renata wspomina swego męża: „Jaromir to dla mnie wspaniały człowiek, mąż, tatuś, dziadziuś. Pogodny, życzliwy, radosny. Jeśli do czegoś był przekonany, nie było ludzkiej siły, by ktoś zmienił mu poglądy. Zawsze był prostolinijny, szedł pod prąd. Jego dewizą było hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna”.
Książka „Glejak. Zaufać Panu Bogu” stała się jego najgłośniejszym, bo popartym własnym cierpieniem, artykułem publicystycznym. Odszedł człowiek spełniony, który swój życiowy „przystanek w drodze” zamienił w piękną lekcję dla nas wszystkich – lekcję o tym, że kalendarze mogą zwolnić, praca może poczekać, a najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu: miłość rodziny, solidarność przyjaciół i bezgraniczne zawierzenie Bogu.
Odszedł reportażysta, który napisał swój najważniejszy tekst o tym, jak z podniesioną głową i spokojem w sercu przejść przez najtrudniejszą z ludzkich prób.
„Wdzięczność, pogoda ducha, zaufanie” – te trzy słowa, rzucone gdzieś na marginesie szpitalnych zapisków, stały się orężem w walce z najgorszym nowotworem. Choć ziemskie pióro wybitnego rzeszowskiego biografa zamilkło, jego opowieść o bezwarunkowym zawierzeniu Opatrzności zostaje z nami na zawsze.
