WYWIAD. Stanisław Zalewski: To były niemieckie obozy koncentracyjneWYWIAD. Stanisław Zalewski: To były niemieckie obozy koncentracyjne. Miarą przeżycia było zdobycie kawałka chleba albo buraka

Gdy słyszałem od wykształconych ludzi, że to były polskie obozy – bo na polskim terytorium, bo Polacy też byli w ich obsłudze czy administracji – to powiem, że gdybym miał moje Parabellum, to bym strzelał.
Ze Stanisławem Zalewskim, wieloletnim przewodniczącym Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, oraz mecenasem Lechem Obarą, przewodniczącym Stowarzyszenia Patria Nostra, rozmawia Jerzy Szmit
Jerzy Szmit: Panie Stanisławie, urodził się pan w 1925 r., wkrótce obchodzi pan 101. urodziny. Do Auschwitz trafił pan w wieku 18 lat. Jak do tego doszło?
Stanisław Zalewski: Pochodzę ze wsi, ale od 5. roku życia mieszkałem na Pradze, przy nieistniejącej już ul. Olszowej nad Wisłą. W Warszawie funkcjonowały ferajny (grupy młodych ludzi trzymające się razem). Żeby dostać się do naszej, trzeba było przepłynąć Wisłę na warszawską stronę i wrócić. Było harcerstwo kształtujące charaktery. Naturalnie już w czasie okupacji dotarł do nas ktoś i stworzyliśmy sekcję Związku Walki Zbrojnej oraz grupę małego sabotażu. Byliśmy szkoleni do walki, również w mieście. Pamiętam m.in. naszą akcję wywieszenia polskiej flagi na kominie zbombardowanego budynku dawnej komendy uzupełnień. Była widoczna z warszawskiego brzegu. Wpadliśmy w czasie jednej z akcji malowania na murach hasła „Pawiak pomścimy” i kotwicy Polski Walczącej. Zatrzymał nas niemiecki patrol. Trafiliśmy najpierw do komendy policji na Pradze, dalej do siedziby Gestapo w Alei Szucha, potem na Pawiak. Wszędzie przesłuchania, bicie. A po trzech tygodniach do Auschwitz.
Auschwitz i inne obozy, codzienne ocieranie się o śmierć. Czy zastanawialiście się, jak to możliwe, że Niemcy potrafią bez wyrzutów sumienia tak okrutnie traktować i mordować ludzi?
Czasem tak, ale byliśmy nastawieni na przeżycie. Opowiem, jaka była racja żywnościowa w Auschwitz. Mieliśmy tylko miski. Rano do tej miski dostawaliśmy czarnej kawy – tyle, ile mam tutaj w filiżance i nic więcej. Byłem w kolumnie transportowej i rozładowywaliśmy wagony. Potem przerwa na obiad, czyli miskę zupy. W zależności od tego, jak się trafiło podczas podejścia do kotła, bo na dole kotła zupa jest bardziej gęsta niż na górze. Od funkcyjnego zależało, skąd nabrał zupy. Miało to ogromne znaczenie, aby przeżyć. Trafiłem na okres, gdy rozbudowywano obóz. Przychodziły towary i materiały, cement pakowany w 50-kilogramowe worki. Każdy z więźniów dostawał taki worek na plecy i musiał z nim przejść z kilkadziesiąt metrów, a może więcej. Po takich kilku rundach, przy takim obciążeniu i wyżywieniu, jedna trzecia ludzi padała. Niemcy się tym nie przejmowali: przyjeżdżali nowi więźniowie z tzw. rolwagą (ciągniętym przez nich wózkiem) i ładowali tych, którzy umarli. Później dym z krematorium informował, co się z nimi stało.
